Idę, wracam, wsłuchuję się w ciszę. Każdy cichy dźwięk wtapia się w ogółniezrozumianego i wszechobecnego - ale zarazem delikatnego szumu. Natomiast to, co głośne - przeciwnie. Odbija się echem i trzeszczy, warknięcie staje się rykiem. Słyszę odgłos własnych kroków na chodniku, własny oddech… i ciszę.
Na tle czarnego nieba poplamionego ciemnofioletowymi chmurami pojawia się zarys drzewa, jak najbardziej ziemskiego. Pozbawione liści konary wznoszą się ku mrocznemu niebu - nie zostaną wysłuchane, nawet tego nieoczekują. Z przyzwyczajenia składają swe chropowate dłonie i z przyzwyczajenia wpatrują się w górę. Nawet ich nadzieja jest przyzwyczajona; tak jak wcześniej, tak jak było, tak dobrze.Czarne kontury gałęzi przeszywają niebo, obserwując je tracę orientację między przestrzeniami. Czy nieskończony wszechświat daje się schwytać w pajęczynę drewnianych żył starego drzewa? Czemu nie wzięłem ze sobą rękawiczek?
Zimno. Chłód nie pozwala mi na głębniejsze studiowanie przedmiotu, przerywa jedną z nielicznych chwil, kiedy moje własne istnienie nie zakłóca niczyjego innego, kiedy żadne inne istnienie nie wkracza w moje. Kiedy istnieje tylko cisza, ja i świat stworzony na potrzeby wyobraźni, pod wszystkim jest wszystko, ukryte znaczenie - nie wszystkiego, nie przedmiotu - a mnie samego. Chłód przerywa jedną z nielicznych chwil, w których poznaję siebie samego, odkrywam swoje myśli, kształtuje je i rozpraszam, tworzę i burzę, czuję.
Deszcz tworzy na szkle moich okularów impresje. Rozmazane kolory, plamy barw, delikatne i szybkie ruchy pędzla po płótnie, kolory świateł, rozgwieżdzonej ziemi, zakorzenionych drzew w kosmosie. Każda kolejna kropla wody jest kolejnym dotykiem nieskończonej sztuki na zimnym materiale przed moimi oczami, bacznie wpatrzonymi w powstający twór. Idę, zaciskam z zimna pięści, marzę o cieple, o ucieczce z tego nieprzyjaznego miejsca, idę i wpatruję się w niepowstałe arcydzieła. Smugi lewitujących świateł, niewyraźne kreski płotów, wyblakłe kształty domów… brak punktu zaczepienia, brak klucza, którym mógłbym to wyjaśnić, przyswoić i zrozumieć, a jednak, ta sztuka chwili, ta gra rozpryskującego się deszczu jest mi w jakiś sposób znana, nie gubię się w niej, zaintrygowany wkraczam w jej świat, staram się ogarniąć myślą. Czemu nie wzięłem ze sobą rękawiczek?
Zimno.
Jak refren powraca przeszywające uczucie. Dłonie skostniałe i czerwone błagają o ogień.
Chłód.
Jedno słowo, jedne wrażenie niewymagające uzupełnień - samo jest uzupełnieniem, samo wypełnia, samo stanowi i samo przez siebie powstaje i nieśmiertelne dręczy.
-Zimno ci? /// wtuleni w siebie
-Nie… trochę w ręce, nie jest źle. ///jak może być im źle?
Stoję skubiąc trawę i obserwuję. Wsłuchuję się w głosy ludzi znajdujących się wokół mnie. Do mych uszu dochodzi wiatr i woda, przeciskają się pomiędzy frazami, wtłaczają się w wygodne miejsca wewnątrz czaszki. Później nerwami płyną po wszystkich zakątkach ciała, pracują wytrwale, aż będę chłodniejszy od mrozu na zewnątrz. O ile jeszcze nie jestem, poddany długotrwałemu procesowi zobojętniania.
Czymże jest czas, jak nie wielkim kotłem, w którym gotujemy się wszyscy razem, wszystko ze wszystkim - czymże jest przyszłość, jak nie przeszłością, czym jest teraźniejszość, jak nie abstrakcą - czymże jesteśmy my, jak nie………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..
…………………………………………………………………………….
Czemu nie zabrałem ze sobą rękawiczek?