Niedługo wyjeżdżam do Warszawy, teraz siedzę w pokoju i słucham Archive, którym Bartek od dawna się ekscytuje. Może być i to. Nie mam zamiaru męczyć uszu słuchawkami, a Miriodora na głośnikach nie puszczę – lubię swoich współlokatorów.
Zasiadłem do pisania nie mając zupełnie pomysłu o czym mógłbym napisać. Ale nie zawsze trzeba mieć powód, żeby coś zrobić. Może to mieć efekt dwojaki – albo będzie rozlazłe i bezpłciowe, albo będzie luźniejsze, pozbawione napięcia i hermetyczności tekstu pisanego z Celem. Co za papka teraz wyjdzie, nie wiem wcale.
Dzisiaj straciłem półtora godziny i dwa złote. Czas to jednak niesamowicie względna bestia, i nie chodzi mi tu o takie elementarne przypadki jak to, że raz czas nam się dłuży, a kiedy indziej błyska jak błyskawica. Nie, to nie ten przypadek. Mam półtora godziny, które straciłem z pewnych przyczyn, których – jako że nie chcę tu ludzi obgadywać – nie wyjawię. Wyobraźmy sobie jednak taką sytuację, że owe przyczyny nie zaistniały i to, co miałem zrobić doszło do skutku. W takim przypadku spędziłbym na miejscu dodatkowe 50 minut. Wg prawideł matematyki oznaczałoby to, że nie byłoby mnie w akademiku 90 + 50 = 140 minut. Wg prawideł czasu miejskiego wyszłoby, że wróciłbym do siebie już po dwóch godzinach, czyli zyskałbym 20 minut względem prostej matematyki, które spędziłem na stanie na przystankach czy pod pustym budynkiem. Ot, i względność.
Gdy wracałem do siebie w koszmarnie zakonserwowanym trolejbusie, gdzie ludzie jak sardynki cisnęli się przy sobie, pomyślałem sobie, że ludzie są brzydcy. Dzisiaj, tu, teraz i u mnie, wszak zgodnie z prawidłami postmodernizmu, wszyscy są równie piękni jak brzydcy – zależy kto patrzy. Nie chodzi mi o jakąś metafizyczną brzydotę, „ci brzydcy ludzie mnie wyrolowali przez co straciłem czas i dwa złote”, ale o zwykłą, prostą jak w mordę strzelił na chłopski rozum. Stoję przyciśnięty do ściany, torba pod prawą ręką, w lewej trzymam klarnet, trolejbus wlecze się po zakorkowanym mieście, ludzi tłum, stoję i patrzę. Twarze jakieś takie niespecjalne. Dwóch chłopaków się śmieje. Gdy przerywają gadać, gdy przestają się śmiać także niewyraźnieją. Matowa dziewczyna z kolczykiem we brwi stoi obok i też gdzieś patrzy. Ja czuję się zgarbiony. Po prawej siedzi starszy facet. W tłumie trochę staruszek w beretach na głowach, te zależnie od humoru, bardziej uśmiechnięte lub mniej. Jedna dziewczyna co parę minut wykonuje pewien ruch głową, jakby wynurzała się spod wody. Lekki zwód w dół, a później do góry i do przodu. Blondynka w różowej bluzie była w pobliżu, potem znikła gdzieś po lewej. Nie patrzę na lewo, skupiam się na prawej stronie pojazdu, więc przez pewien czas jej nie widzę. Ta znowu wynurza głowę, uśmiecham się. Ja swojej formy, poza zgarbieniem, nie czuję. Często nagle dopada mnie jakaś konkretna forma w którą chcąc nie chcąc wbijam się jak w foremkę; czasem jest ona narzucona z zewnątrz, czasem sugerowana przeze mnie, by ładniej na zewnątrz wyglądać, niekiedy zaś jest ona zupełnie wewnętrzna, maska, którą nakładam, by przypodobać się na pięć minut samemu sobie. Dzisiaj nie miałem żadnej. Najwyraźniej byłem za bardzo zajęty słuchaniem muzyki i przyglądaniem się ludziom oraz swoim myślom. Kilka postaci przypominało mi kilka postaci z Białegostoku. Podobieństwo wyglądu, podobieństwo zachowania? Unikalni ludzie unormowani tym samym kodeksem, umundurowani w te same mundury.
W brzydkie mundury, ale co ja tam się znam na modzie.