Scenka rodzajowa druga Środa, cze 24 2009 

Przedstawienie sceny – pokój, standarowy. Kłamię. Postmodernistyczny, niepraktyczny w żadnym zakresie. Kąty, łuki, unikanie jak ognia normalności. Też kłamię. Z czerwonej cegły. Nie. Dwa kartony imitujące ściany w teatrze. Nie. Wszystko nie i wszystko tak. Bez znaczenia. Ściany białe bądź kolorowe, każdorazowo decyzja należy do reżysera. Podłoga zaściełana dywanem, wykładziną, wysadzona posadzką. Może być zupełnie goła – beton, zimny i nierówny. Tak samo jak przy ścianach. Obojętne.

W głębi pokoju, przy oknie,  biurko. Na nim komputer, wielki i biały, huczy donośnie, a do niego podłączony jest człowiek, którego płeć i wygląd również nie są określone, zależy to tylko od ludzi, uczestniczących w tej scenie.

Pozostałe meble są nieważne. Nie obchodzi mnie ich typ ani przeznaczenie, ale jako takie powinny być w celu głębszego stopienia scenki z rzeczywistością. Mogą to być regały z książkami, z których niektóre walają się bezładnie po reszcie pokoju, mogą to być krzesła, może być łóżko czy stolik z wazonem. Coś.

PODŁĄCZONY/PODŁĄCZONA (swoje kwestie mówi w dowolnej kolejności. może mówić inne, wymyślone na poczekaniu. mówi z przerwami. pauzy mają być raczej długie, tj. mogą pojawiać się kwestia jedna po drugiej, ale taki ciąg może mieć najwyżej trzy człony, a potem następuje przerwa. Intonacja jest zależna od charakterystyki Podłączonego/Podłączonej. Elegancko ubrana kobieta o chudej twarzy, wyciągniętej barwami surowości i władzy niech mówi spokojnie, stanowczo, jakby chciała przekonywać. Obdarty i obrośnięty chłopak będzie mówił tak, jakby słowa same wypływały z jego ust, bez najmniejszego udziału mózgu, słowa, w które nie wierzy. Tak dalej, tak dalej, tak dalej.)

Jeszcze chwila…

Zaraz!… zaraz…

Już po wszystkim, mogę odpocząć…

Chwila… za chwilę…

Muszę, muszę to zrobić. Siedzę tu, ile to już?, i do niczego nie dochodzę, ale inaczej mnie zabiją. Dajcie mi z tym spokój! Dajcie… dajcie…

już!

O, tylko to zobaczę…

A może jeszcze…

Znowu…

Ostatnie. Tylko to zobaczę/przeczytam/usłyszę.

Idę. (już) (już) (już)

Sekundka, sekundeczka…

Po pewnym czasie, gdy za oknem dzień zmieni się w noc, a noc w dzień, komputer wyłącza podłączonego doń człowieka, który wstaje, trzyma się za głowę, przecierając niekiedy oczy. Kładzie się i robi przerwę w swoim cyklu życiowym.

Pozbywszy się pasożyta maszyna rozkoszuje się przez pewien czas spokojem płynącym z sennego pomieszczenia; następnie gaśnie.

Mażenia się spełniają. opisowiadanie piątek, cze 19 2009 

Dwie osoby siedzące na ławce przystanku, mającego za szkielet konstrukcję z czerwonego metalu i za skórę – szyby z plastiku, badawczym spojrzeniem omiotły dosiadającego się mężczyznę. Pierwsi, więc i naturalnie prawowici, siedzący byli obojga płci: najwidoczniej znudzona młoda dziewczyna oraz niewiele od niej starszy chłopak. Ona miała długie, tlenione blond włosy, on marynarkę.

Nowoprzybyły miał lat może z czterdzieści. Łysiał. Miał twarz oznaczoną już lekkimi zmarszczkami. I uśmiechał się. Patrzył prosto przed siebie, na zupełnie nie zajmujący pejzaż, niekiedy przerywał, by zerknąć na niebo, podobnie pozbawione wyrazu.

Chłopak odsunął się od uśmiechniętego, przybliżając się tym samym do dziewczyny, z którą stykał się już prawie ramieniem. Ona także by się odsunęła, ale – nie chciało się jej. Spojrzała jedynie z potępieniem na chłopaka. Mężczyzna albo nie zauważył, albo nie przejął się wywołanym przez siebie zamieszaniem, siedział dalej z niewzruszonym uśmiechem na ustał. Dłonie trzymał na kolanach.

Dziewczyna wyjęła komórkę i zaczęła pisać smsa. Na jej twarzy nie pojawiła się najmniejsza nawet oznaka emocji. Kąciki ust lekko wygięte w dół, beznamiętne spojrzenie błękitnych oczu. Chłopak spojrzał na nią, potem na uśmiechniętego. W następnej kolejności na zegarek. Wpatrywał się w tarczę kilka minut, jakby nie był pewien, co oznacza która wskazówka. Może: najdłuższa, ta najbardziej ślamazarna, to czekanie. On siedzi tu, powiedzmy, od pół godziny, autobusu ciągle nie ma, słońce pali twarz, obok niego ludzie, którzy sprawiają, że nie wie, co ze sobą zrobić. Patrzy więc na zegarek, czeka.

Mężczyzna podrapał się za uchem; przestał się uśmiechać. Może wobec swędzenia uśmiech był nietaktowny, może zaczęły go boleć usta. Może po prostu nic, odechciało mu się. To zespolenie dwóch ruchów, zaczęcie jednego i zakończenie drugiego, wywołało – jak się zdaje – łańcuch kolejnych. Lewa dłoń, przestając być odbiciem prawej, uniesionej aktualnie do ucha, nie może znieść zaburzenia symetrii, opada na czerwoną ławkę, postukując palcami o drewno cichym rytmem. Po chwili mężczyzna założył nogę na nogę i spojrzał przelotnie na siedzących obok niego ludzi.

Blondynka pisała, kto wie którą już, wiadomość. Siedziała pochylona, tak że długie włosy zasłaniały jej twarz i rzucały cień na telefon. Nie przeszkadzało to jej jednak w niczym. Kciuki poruszały się szybko, jak jedyne ruchome elementy w mechanicznej konstrukcji.

Muchy brzęczały, słońce płonęło, a śmieci, ruszane wiatrem, przemieszczały się po chodniku. Autobusu nie było. Średnia wskazówka, pomyślał, średnia wskazówka. Ta duża, ta długa i powolna, to czekanie, które wydaje się, że trwa wieczność i że nigdy się nie skończy. Najkrótsza – to było życie. Każde tyknięcie uświadamia kolejną porcję straconego czasu. Tyk, tyk. Minęła sekunda. Tyk, tyk. Minęło życie. Znalezienie znaczenia sekundowej wskazówki nie było trudne. Chłopak uśmiechnął się do siebie. Taki właściwie banał, paradoksalne umieszczenie wiecznego czekania wewnątrz odpowiadającego sekundom życia. Wpatrywał się w zegarek, ale zapomniał, która godzina. Czym jest średnia wskazówka?

Ciche klaśnięcie zamykanej klapki komórki. Dziewczyna wstaje, podchodzi do rozkładu. Przeklina. Ex-uśmiechnięty łysiejący czterdziestolatek przypatruje się jej z zaciekawieniem. Dziewczyna zdejmuje kurtkę, rzuca ją na ławkę, siada obok. Chłopak unosi głowę, widząc, że usiadła dalej od niego niż poprzednio. Zastanawia się dlaczego. Poprawia rękawy marynarki. Ex-uśmiechnięty na nowo staje się uśmiechniętym i patrzy na ziemie niezbadane jeszcze jego wzrokiem – plakat wiszący na boku przystanku. „Solidarność jest Twoją nadzieją”. Uśmiecha się szerzej, wydaje z siebie stłumiony śmiech. Dziewczyna wyjmuje komórkę i pisze smsy, chłopak zapomina o niezidentyfikowanej średniej wskazówce, zapomina o dwóch pozostałych, myśli nad tym, dlaczego ona usiadła dalej od niego.

Podjeżdża autobus. Wsiadają do środka, sytuując się w różnych miejscach i natychmiast przestają o sobie myśleć, teraz, gdy wieczność czekania stała się już popiołem przeszłości, rozwiewanej razem ze śmieciami przez wiatr.

*tytuł zaczerpnięty z plakatu wiszącego w autobusie. Nie ma związku z tekstem, poza oczywiście występowaniem autobusu. Tytuł jednak jest potrzebny, a ten leżał najbliżej.

Happy Family po raz wtóry Środa, cze 17 2009 

Dzwoni. Mówi, że on. Że jego wina, tylko, tylko. Jakby wstawszy pewnego ranka, otarła ze zdumieniem zaspane jeszcze oczy, dostrzegając, że raj jest piekłem i że już na zawsze nim pozostanie. Krzyknęła? Zapłakała? Zawołała przerażona kłującą świadomością? Cokolwiek, dawno, nieważne. Ale to on. To jedno się liczy. Szatan z drugiej strony łóżka.

„Dzwoni, bez <<dzień dobry>>, bez niczego, pierwsze zdanie – już o nim. I mówi to, co on wcześniej mówił o niej. Mówię jej (…) mówię jej, nie chcę tego słuchać – on mówił to samo o tobie, co ty mówisz teraz o nim (…) wy tak cały czas, uspokójcie się (…) już od razu, w pierwszym zdaniu na niego (…) on o niej, ona o nim (…) dajcie mi spokój”

W wielkim domu, pałacu – niedokończonym, ale za parę lat, kto wie, jak to cudo by wyglądało, a w szczęśliwej rodzinie lata mijają szybko, więc, załóżmy, pomińmy całą rzeczywistość, w szczęśliwej rodzinie szybko mijają lata, więc mgnienie oka – pałac, na górze on, na dole ona, albo odwrotnie, albo w pokojach obok, kogo to obchodzi. Pałac wielki i gościnny, tylko król i królowa siebie nawzajem ugościć nie potrafią. Zgroza. Zgryzota. Zgryzienie. Zgryzanie.

słucham
„Dzwoni ona”
„Sądzę, że jej wina, bo…”
„Ona mówi że jego”
„On mówi, że jej”
bez sensu

Dzień po Houellebecq czwartek, cze 11 2009 

Jest gorąco, wchodzę do sklepu po loda. Wyjmuję go z lodówki i staję w kolejce, przede mną jest małżeństwo w średnim wieku. Cherlawa kobieta i wysoki troglodyta do niesienia toreb. Zwracają się do siebie z irytującą obojętnością, co pewien czas podnosząc głos, jakby partner cierpiał na niebywałą tępotę. Działa to w obie strony.
Kobiecie co chwila przypomina się kolejna rzecz, którą ma kupić. Wiedzę, że zejdzie im na zakupach trochę czasu, wrzucam więc loda z powrotem do lodówki, w innym wypadku zmieniłby się w niejadalną papkę, mokrą i obrzydliwą. Stoję i obserwuję, bo co mam robić. Do pomieszczenia wchodzi kolejny klient – starszy mężczyzna.
Para dalej zamawia. Pytają się o piwa, narzekają na niezwrotne butelki. Mówią, że w Polsce większość jest niezwrotnych. Kobieta rozgrzebuje pamięć , próbuje znaleźć w niej informacje o potrzebnych jej produktach. Mężczyzna patrzy na torby i pyta z wyrzutem, jak on ma to wszystko ponieść? Bierze, podnosi, sprawdza. Mówi, że idzie do domu, ale jest strofowany przez małżonkę, że i tak nie ma kluczy. Nie widzę jego twarzy, ale wyobrażam sobie, jakim spojrzeniem obdarza kobietę – zirytowanym i niezadowolonym, a jednocześnie bezsilnym i uległym. Odkłada torby na ziemię.
Stoją u kasy jeszcze chwilę, potem płacą i wychodzą.
A potem i ja biorę to, co miałem wziąć, płacę i wychodzę.

Stworzenie własnego okręgu poniedziałek, cze 1 2009 

1-2-3-4-5-6-7-8-9-10-11-F

…i nadal stał. Księżyc wisiał wysoko na niebie; każdy, kto był tu za dnia, dawno już wrócił do własnego ciepłego życia; wiatr muskał ciemną powierzchnię jeziora. Nic nie zakłócało ciszy. Marcin stał.
Poczuł dotyk na ramieniu.
-Cicho… – usłyszał szept w uchu.
Nawet się nie poruszył, nawet się nie zdziwił, nawet nie odwrócił głowy. Czysta obojętność.
Ręka powędrowała z ramienia na policzek, druga objęła mężczyznę. Szept powtarzający jedno słowo – „cicho” – jak mantrę, pojawił się znowu. Marcin rozpoznał głos, położył swoją dłoń na cudzej dłoni, leżącej na jego policzku. Otrzymał pocałunek w drugi policzek. Obce dłonie wędrowały po jego ciele. Nic nie mówił, spoglądał tylko dalej na jezioro. I niebo odbite w wodzie. I wodę odbitą w niebie.
A później stali, nieruchomi jak rzeźba, ustało nawet miarowe poruszanie ust, wypowiadających słowo. Głowa wsparta o głowę, ręce na ciele. I cisza, cisza, cisza.
Potem…
To było szybkie, prawie błyskawiczne. Wyciągnięta w mgnieniu oka szmatka nasączona płynem o silnej woni zasłania usta i nos ofiary, która wierzgnąwszy opada bez czucia.
*
Marcin otworzył oczy. Znajdował się w jakiejś piwnicy. Było zimno i ciemno, a jednym źródłem światła była goła żarówka zwisająca z cienkiego kabla uczepionego na środku sufitu. Roztaczała wokół siebie słabą aurę, która nie była zdolna do rozproszenia mroku w kątach pomieszczenia. Ściany były niewidoczne za osłoną ciemności. Jedyne, co mógł zobaczyć, to siebie, siedzącego na krześle, wybetonowaną podłogę pomieszczenia i dyndającą bezczelnie żarówkę. Kręciło mu się w głowie, mimo przebudzenia się nadal czuł się senny, a prócz mroku zewnętrznego, gęsta ciemność kłębiła się również i w jego umyśle – nie był w stanie uchwycić się choćby jednej myśli.
Spróbował wstać. Nadgarstki zahaczyły o sznur, którym były związane za oparciem fotela, podobnie nogi, przymocowane do nóg krzesła. Szarpnął się kilkakrotnie, ale równie bezskutecznie. Językiem wyczuł knebel. Zatrząsł się z oburzenia. Jego półprzytomny umysł wysyłał polecenia do mięśni, aby walczyły z całych sił z więzami. Mięśnie jednak były jak zwiotczałe, a sznury wokół jego kończyn były ciasno związane. Mimo to szamotał się dalej.
Krzesło upadło na bok, zadygotało, ale nie pękło. Prawe ramię Marcina, które pierwsze przyjęło skutki upadku, zaczęło przekrzykiwać się bólem na zmianę z głową, która także z impetem uderzyła o beton. Na brudnej podłodze pojawiła się niewielka ilość krwi. Marcin zmrużył oczy z bólu. Ponownie stracił przytomność.
*
Z mroku wyłoniła się postać. Przywróciła krzesło i więźnia do początkowej pozycji. Pomacała skroń Marcina, by zobaczyć, jak duże jest nowe zranienie. Najwyraźniej nie było niebezpieczne, ponieważ postać opuściła rękę i powróciła w ciemności.
*
-Gdzie jestem?
-Nieważne.
-Dlaczego…?
-Cicho… cicho. Jak się czujesz?
-Ciągle kręci mi się w głowie, błyska mi coś przed oczyma, piekielnie boli mnie głowa… ramię zresztą też… a co ciebie obchodzi moje sam…
-Cicho.
Ręce sprawnie naciągnęły knebel na usta.
*
Gdy otworzył oczy po raz kolejny, na scenie pojawił się kolejny rekwizyt. Półtora metra przed Marcinem pojawił się niewielki drewniany taboret, na którym leżał niebieski notatnik. Zobaczywszy go, Marcin szerzej otworzył oczy, jakby zobaczył dawno niewidzianego przyjaciela. Przyjaciela, którego nie spodziewał się już nigdy zobaczyć.
Nie mogąc uwierzyć w to, co widzi, myślał nad innymi rozwiązaniami. Może się pomylił i to nie jest TEN notatnik, a inny, podobny, ba! na zewnątrz taki sam, ale nie wypełniony tą samą treścią. Podpis na okładce wykluczał jednak taką możliwość. Może tamtego wieczoru był tak roztargniony, że nie wyrzucił go, a – może – serwetkę, czy coś innego… ale znowu – skąd by on się tu wziął?
Marcin szarpnął się ponownie. Tak jak wcześniej – bezskutecznie.
*
Wszystko mu się przypomniało. Cokolwiek go uśpiło, już przestało działać. Dlatego, gdy postać zdjęła mu knebel, od razu zawołał:
-Anka!
-Słucham cię, kochanie. Widzę, że już z tobą lepiej.
-W co ty się ze mną bawisz?!
-To nie zabawa. Chyba, że ciebie to śmieszy, to mogę to przeciągnąć, urozmaicić i w ogóle uprzyjemnić atmosferę.
-Kur…
Dostał w policzek.
-Nie przeklinaj. To nie wypada. – upomniała go – A teraz – dlaczego tu jesteś. Pewnie się o to wielokrotnie pytałeś sam siebie. A ja wspaniałomyślnie udzielę tobie odpowiedzi. Nie wiem czy wiesz, ale prowadzę małą autorską akcję terapeutyczną, uświadamiającą wartość życia potrzebującym tego ludziom.
-Że jak?
-Siedź cicho i słuchaj…
-O CO…
Ania założyła mu ponownie knebel.
-Siedź cicho powiedziałam. Wracając do tematu – niektórzy ludzie zaczynają się dziwnie zachowywać, tracą chęć do życia i staczają się powoli na dno. Dzięki temu – wskazała na notatnik, który wzięła teraz do ręki, sama zaś usiadł na taborecie, na wprost rozwścieczonych oczu Marcina – dowiedziałam się, że jesteś jednym z takich przypadków. Pewnej nocy byłeś w restauracji, w której pracuję, usiadłeś, zamówiłeś coś i zacząłeś się wpatrywać w ten notatnik. Wyglądałeś marnie, ale kiedy go wyrzuciłeś – było z tobą jeszcze gorzej. Z ciekawości wyjęłam go i przeczytałem. Dużo dla ciebie znaczył, prawda?
Brak reakcji.
-Dużo. Na końcu zadałeś pytanie o to, kto zapłacze po twojej śmierci. Zaczęłam się tobie przyglądać i doszłam do takiego wniosku, że jak tak dalej pójdzie, to nikomu nie będzie się chciało. Więc wkroczyłam do akcji, starając się ciebie jak najlepiej poznać i zrozumieć. Zobaczyć, co tobą zawładnęło, co spowodowało twoją głupotę. I wiesz, co się okazało? Nie było przyczyny. Po prostu jakbyś wstał pewnego ranka i pomyślał: „pada deszcz, nie chce mi się żyć, zgłupieję”. Z czasem było coraz gorzej, pobiłeś jakiegoś Bogu ducha winnego przechodnia, znaczy: zacząłeś się bić, ale on skończył. – uśmiechnęła się szyderczo – Były chwile poprawy, ale ogólnie upadałeś na dno i gdyby nie to teraz, upadałbyś przez kolejne kilkadziesiąt lat. To by było straszne, co nie? Gdy nic nie skutkowało, postawiłam na bardziej drastyczne środki – uznałam, że jeśli pomyślisz, że twoje życie jest zagrożone, to po jego odzyskaniu zaczniesz się z niego w końcu cieszyć. Ale gdzie tam, życie to banał przecież – jak mówisz. Wysłałam za tobą tych pożal się Boże detektywów-bandytów, w ostatniej chwili zadzwoniłam anonimowo na policję i pogotowie.
Marcin wyglądał na zaskoczonego.
-Ty myślałeś, że to twoja żona. Nie zdziwiłabym się, gdyby to zrobiła, bo to musiało być trudne żyć z taką osobą jak ty. Co do przezwiska twojej żony – znalazłam go tu – uniosła niebieski notatnik – bo gdzieżby indziej. I co z mojego eksperymentu wyszło? Nic – odzyskane życie obchodziło cię tyle, co nic, na żonę nawet nie oburzyłeś. Żadna z twoich reakcji nie pokazywała na to, że spotkało cię coś, na co nie zasłużyłeś, co znaczy, że tak, zasłużyłeś sobie na to wszystko. Pamiętasz, co mówiłam o okręgu? Na górnym biegunie jest teraźniejszość, na dolnym – przeszłość. Ale ty widziałeś to inaczej, u ciebie nie było czegoś takiego, jak teraźniejszość, jak teraz, jak ta chwila, ten moment, to życie. Nie, u ciebie był banał. Zarówno na górze, jak i na dole. Wszędzie. Twój okrąg zbliża się do dopełnienia, banał zetknął się z banałem, a twoja teraźniejszość stanie się niedługo przeszłością.
Wyciągnęła knebel.
-Zabiję cię! – krzyknął.
-Nie, to ja zabiję ciebie. – powiedziała słodko.
-Zabijesz mnie? – gorzki śmiech niedowierzania.
-Tak. Nie będziesz ani pierwszym, ani ostatnim. Ja to tak widzę – gdybym ciebie nie zabiła, staczałbyś się coraz niżej, aż do końca życia, przez wiele, wiele lat, byś cierpiał potwornie, będąc niezdolnym do jakiegokolwiek działania. Byś się męczył. Nie chciałabym cię mieć na sumieniu.
-Ja chcę żyć, jeśli ci o to chodzi!
-Za późno. Jesteś beznadziejnym przypadkiem, niezdolnym do emocji. Byłam przyjaciółką, byłam strachem, a tam, nad jeziorem, stałam się kochanką. Wystarczyło by cokolwiek – tak lub nie, pocałunek lub odepchnięcie. Ale musiało być coś. A ty… utopiłeś się w swojej apatii.
Założyła mu ponownie kabel.
-Wiesz, w sumie nie stanie się nic. Nie pozbawię ciebie życia, bo i tak już go nie miałeś. Okrąg się dopełnia, początek staje się końcem, wszystko się dzieje samoistnie, samorodnie.
Weszła w cień. Po chwili wróciła z dużym nożem. W oczach Marcina pojawił się strach. Kobieta podeszła do niego i wbiła mu ostrze w ciało. Gdy nóż zagłębił się aż po rękojeść, pochyliła się do ucha Marcina.
-Jeśli chodzi o twoje pytanie… ja zapłaczę.
Wyjęła nóż i wbiła go ponownie w pierś mężczyzny.

Następna strona »