arbuzy będą ciężkie zimą środa, lut 10 2010 

Skąd arbuzy? Sam nie wiem. Wojtuś nosił je na plecach w dużych workach. Na dużych workach dużymi literami (bo jak worki duże, to i litery nie powinny być gorsze) napisane było: “DUŻE WORKI”. Mniemam jednakże, że i większość osób bez czytania tej ważkiej informacji drogą dedukcji, bądź też jakąkolwiek inną drogą, szeroką czy wąską, z poręczą czy z ruchomym podłożem jak na tych pasach na lotniskach, dojdzie do tego właśnie wniosku. Bo duże worki były duże, nie kpię z was, mili państwo, nie śmiałbym kpić z was, tak więc i tego nie robię, piszę rzetelne informacje o rozmiarach worka. Który to – rozmiar worka – przypomnę – był duży i dużego rozmiaru na workach były litery. Litery małe znikłyby bez wieści w otchłani bezkresnej powierzchni materiału i wtedy nikt, kto by się nie domyślił bądź nie doszedłby do tego jakąkolwiek drogą, nie wiedziałby, iż worki są duże. A były duże i wstyd o tym nie wiedzieć.

W workach Wojtuś niósł arbuzy, bo arbuzy Wojtuś lubił bardzo, lubił jak ostrym i długim nożem przekrajał je na pół, a z arbuzów sok ściekał na deseczkę, z deseczki na ceratkę, z ceratki na podłogę bądź skarpetki Wojtusia. Tego ostatniego nie lubił zbytnio, ale to może dlatego, że nie lubił skarpetek samych w sobie, w ich skarpetkowatości. Nie mógł się bynajmniej bez nich obyć, bo wówczas byłoby mu zimno, a bycie w zimnie Wojtusiowi nie odpowiadało jeszcze bardziej niż bycie odzianym w skarpetki. Gdy sok spływał z jednej powierzchni na drugą i z drugiej powierzchni na trzecią, Wojtuś czuł się dziwnie szczęśliwy i szczerząc się szczerze szczurzymi zębami swymi szturchał szorstkim palcem o skórę arbuza, nóż trzymał w dłoni drugiej długiej długo wyciągniętej do góry z palcem wskazującym wskazującym w niebo lub w podłogę sąsiada z piętra wyżej, Wojtuś czuł się jak władca wszechświata, świata i wszechrzeczy na świecie, stawał się królem i królową, panem nieba, wód i lądów, ludzi, królików i bocianów, złota, srebrnych skarbów, kryształów, pałaców, ropy, oleju, banknotów, kart, asów, asasynów, kasyn, topól i brzóz i arbuza, arbuza panem czuł się szczególnie dotkliwie.

Potem proces konsumpcji. Zębami wgryzał się w miąższ, a miąższ ocierał mu się o policzki od wewnątrz i z zewnątrz, odgrywa w tym procesie znaczną rolę znaczna szerokość arbuza. Podczas konsumpcji sok arbuzowy ścieka mu po brodzie, z brody na koszulę, z koszuli na spodnie, ze spodni zaś ścieka na skarpetki, czego Wojtuś raczej nie lubi, ale niestety, jak wiemy, na świecie tym rzeczy doskonałych nie ma – dotyczy to również arbuzów.

Kolejnym mankamentem arbuzów był ich ciężar. Ciężar arbuzów przygniatał Wojtusia do ziemi, który trzymał je w dużym worku z napisem “DUŻY WOREK” napisanym dużymi literami. Wojtuś sapał ze zmęczenia, ale jak każdy Syzyf swoje arbuzy musi donieść, zjeść i wyruszyć po następne.

Ktoś kiedyś proponował mu mandarynki, ale temu komuś Wojtuś kiedyś pogroził arbuzowym nożem i już żaden ktoś w żadnym kiedyś o żadnych mandarynkach nie bluźnił.

12. Jak się gra w “Chińczyka” między płomieniami. niedziela, lut 7 2010 

Wokół długowłosego pana wybuchły płomienie, wśród których znikł.

-Poleciał straszyć tych z góry ogonkami – rzekł Antoni i zgrabnym ruchem dłoni, za strumieniem prądu płynącego z nadgarstka, wrzucił sobie cztery ciastka do ust. Schrupał głośno, po czym wypluł rodzynek w rzekę lawy. Rodzynek zniknął w pomniejszym wybuchu.

Gubu-Ruba pokazał język towarzystwu.

-Bawić ja się z wami nie – powiedział i poszedł szeroką drogą w głąb piekła.

-Cóż zrobić – powiedział Antoni. Wyjął za pazuchy piersiówkę i łyknął porządnie. Oczy mu zapłonęły jeszcze bardziej. Trzeba pamiętać o tym, że Antoni, jako czort, płonące oczy miał w zestawie cech wrodzonych – nie była to ani zasługa jego długich treningów w robieniu czerwonych ślepi, ani nie była to wina złego aparatu. Co ciekawe, na zdjęciach Antoni wychodził zazwyczaj jako przystojny brunet o błękitnych oczach, lat mniej więcej trzydziestu.  W jego szczęce błyszczały wówczas białe zęby, a wyrastające z głowy włosy były gładko przyczesane. – Zagra pani w “Chińczyka”? – zwrócił się do pani Elżbiety.

-Bardzo chętnie. Ale nie będzie nam nudno w dwójkę?

-Skądże, nie będziemy grali w dwójkę, zaproszę kilku znajomych.

Antoni schował piersiówkę do kieszeni, w której pogrzebał przez chwilkę, po której wyciągnął stamtąd dużą plastikową planszę do “Chińczyka”, a następnie wydobył jeszcze odpowiednią ilość pionków.

-Pani, jako prawdziwa dama, ma prawo pierwsza wybrać kolor.

-Ach, dziękuję. Może czerwony?

-Niestety, to jest mój kolor.

-Przepraszam. Zielony?

-Mojego kolegi.

-A żółty?

-O, jaki dobry wybór! – zaklaskał Antoni – Gryzacz weźmie zielone, Przegryzacz czarne, a moje będą czerwone. Jak się ładnie dobraliśmy.

Dwa płomienie rozbłysły na dnie piekła. Z pierwszego wyłonił się dobrze nam znany krokodyl, który w międzyczasie zdobył kolorowy kapelusz i muszkę. Miejsce, z którego ów ekwipunek pochodził, oraz przyczyna, z powodu której krokodyl miał te rzeczy na sobie, były nieznane. Z drugiego płomienia wyszedł ponury człowiek w płaszczu. Wzrok miał rozchwiany prawie w takim samym jak włosy, a między zębami widać było strzępy czyjejś tętnicy.

-Dobry dzień! – powiedział krokodyl, a człowiek powiedział – Dzcczczczcccczdzcz – co miało zapewne znaczyć to samo.

-Witajcie Gryzaczu i Przegryzaczu!

Zasiedli wokół planszy. Antoni rozprawiał coś o zasadach, krokodyl plótł od rzeczy, a Przegryzacz mamrotał niezrozumiałe nikomu treści. Elżbieta siedziała oniemiała z zachwytu. -Jakie urocze persony! – jak to później określała owe towarzystwo pani Elżbieta swoim rozlicznym koleżankom, gdy już je zobaczyła.

Pierwszy rzucał krokodyl. Wypadła dwójka, zwierz westchnął i podszedł do ognistej rzeki wyłowić jakiegoś nieszczęśnika na przekąskę.

Elżbiecie wypadła jedynka. Zaklaskała z uciechy. Postawiła żółty pionek na torze.

Kostka, rzucona przez Przegryzacza, strąciła pionka pani Elżbiety, który potoczył się na planszy i dziwnym trafem zatrzymał się na startowej pozycji. Kość, uderzywszy bokiem o kopyto Antoniego, pokazała cztery oczka.

Jako ostatni rzucał Antoni. Wyrzucił trzy szóstki. Cztery czerwone pionki zniknęły w płomieniach, a po chwili pojawiły się na swoich finalnych miejscach.

-Uwielbiam tę grę! – wykrzyknął Antoni.

-Dzczczczszczs – powiedział niewyraźnie Przegryzacz. Wrócił krokodyl, trzymając w szczękach szamoczące się jeszcze ciało, i zobaczywszy sytuację na planszy ze złością zmiótł ogonem wszystkie pionki.

Pionki zmarłe tą nieprzyjemną śmiercią popłynęły do góry i rozbiły się o skały.

Wpis w kolorze pomarańczowym. niedziela, sty 31 2010 

O czym nie wiem jeszcze sam.

Ostatni dzień stycznia i ze względów estetycznych piszę coś, o czym – jak wyżej. Względy estetyczne polegają na upakowaniu dziesięciu tekstów w ciągu pierwszych osiemnastu dniu miesiąca, a potem niepisaniu ani słowa. Teraz piszę słowa; rzucam piórko na zrównoważenie szali. A szala oszaleje, szalikiem się szczelnie zaszalikowawszy wyskoczy przez okno. Oszalała szala wyszła.

Po swoim wyjściu zauważa, że jest względnie ciepło, szalik szali niepotrzebny, więc go odwija i zawiązuje na głowie. Wspomniałem, że szala szalona była jak szalona szala być może tylko. Potem pobiegła w zaspy starego śniegu i tarzała się w nim śmiejąc się głośno. Piórko, które położyłem na szali uleciało, bo  powiał wiatr. Leciało do góry i spadało do dołu, potem skręcało z prawej na lewo, z lewa na prawo. Kręciło fikołki, wywijało salta. Najwidoczniej szaleństwo szali udzieliło się i wiatru, który wiał z wszystkich stron naraz, nie mogąc zdecydować się na jeden kierunek. Jeden kierunek jest za nudny.

Szala tymczasem nie próżnowała. Po wytarzaniu się w śniegu pobiegła straszyć niewinnych mieszkańców.

A potem już nie wiem, bo straciłem ją z oczu, a nie będę za nią biegał, jak ja bym wyglądał.

Nieco przerażające uczucie, gdy zapisując wieczorem plany na następny dzień dostrzega się niewykonane plany z poprzedniego dnia. Projekty, myśli, plany. Bardziej przerażające jest to, że dalej się żyje. Że nic się nie stało i nie ma de facto żadnej różnicy. Zaś na samym szczycie przerażających zjawisk jest to, iż każde z tych trzech przerażeń istnieje głównie w teorii. Był fajny dzień, nie zrobiłem tego, co myślałem, cóż, bywa. Co z tego. Coś w tym stylu. Na tym miejscu więc przepraszam ludzi czekających za długo na maila, ludzi czekających na jakiekolwiek kroki w stronę jakiejkolwiek publikacji (czyli przede wszystkim samego siebie).

Ale miałem – hi hi – sesję, więc – hi hi – nie mogłem.

Doszedłem do wniosku jakiś czas temu, że słowo “dziwne” we wszelkich przypadkach jest nadużywane. Może tylko przeze mnie, może przez wszystkich, nie wiem, nie fascynuję się upodobaniami społeczeństwa, nie wiem. Bądź, co bądź, gdyby to wszystko, co jest w taki sposób określane, byłoby rzeczywiście dziwne, to co wtedy byłoby normalne? Cokolwiek wybija się na plus czy na minus podchodzi pod tę kategorię. Wtedy normalnością byłoby wstawanie rano, kolorowanie na szaro swojej kartki i kładzeniem się wieczorem spać. A to nie jest aż tak.

Sądzę, że kiedyś był jakiś szablon, który oddawałby rysy normalności. Dzisiaj wszystko się rozmazuje. Nie ma “tak”, nie ma “nie”, nie ma nawet durnego “może”. Jest niezidentyfikowane coś, które znaczy wszystko i nic. Granice się rozpływają, kredki wychodzą za kontury, bo nie można konturów określić.

Hurra, nie ma pętów świat. Hurra, jesteśmy wolni. Hurra, nie mamy punktów odniesienia.

A Świat rozpłynie się w absurdzie.

nie inaczej.

11. Katusze Gubu-Ruby (część z dedykacją). poniedziałek, sty 18 2010 

wersja druga powstała w wyniku różnicy między rozumieniem tekstu jako śladu, a rozumieniem go jako znaku

-To skoczmy do ciebie, panie czorcie – rzekła pani Elżbieta – Z tego, co słyszałam, to u pana powinny być lepsze warunki do palenia.

-Ależ oczywiście, przepyszna myśl! – krzyknął ucieszony czort i wskoczył w dziurę, po czym z dziury wyskoczył, stanął nad nią i dodał –Panie przodem! – i ukłonił się elegancko.

Pani Elżbieta podciągnęła spódnicę do kolan i wskoczyła. Czort kiwnął zapraszająco głową i Gubu-Ruba wskoczył za nią.

-Idzie pan z nami? – zawołał do rybaka na górze, a bąbelki powietrza unoszące się do góry przekazały wiadomość.

-Nie, jestem umówiony na spotkanie.

-No niech pan nie kłamie! – powiedział śmiejąc się rubasznie czort – Ja potrafię rozpoznać, gdy człowiek kłamie, a pan kłamie. Pan będzie siedział na tej swojej łódce i dryfował, aż się morze nie skończy.

-Kto to wie, panie czorcie, kto to wie – mruknął zadumany rybak i popatrzył na barany skaczące z jednej rzęsy wodnej na drugą.

-Proszę mi mówić Antoni! Do zobaczenia! – krzyknął Antoni, zastukał obcasikami, zakręcił ogonem i wskoczył do dziury.

Na dole szalał ogień, jeziora lawy bulgotały dookoła, powietrze było gorące i ciężkie, uwierało w krtani i doprowadzało do bólu głowy. W płomieniach męczyli się ludzie, a ich przeraźliwe krzyki przenikały słuchających do szpiku kości. Pani Elżbieta dygotała pod ścianą, na której wyświetlane były najgorsze koszmary, a Gubu-Ruba leżał zwinięty w kłębek i krzyczał:

-Koniec! Dość! Przestanie to niech! Prosić, przestanie!

Antoni wzruszył ramionami i z grymasem na twarzy powiedział – Niestety nie mogę, płomienie i płacz są nieodłączne. Często sam też chciałbym to wyłączyć, ale niestety…

-Nie, nie, panie czort – krzyknął Gubu-Ruba, wytarł przerażoną twarz i wskazał palcem – O tego!

Antoni zmrużył oczy i spojrzał we wskazanym kierunku. Pokiwał głową.

-Tego też nie mogę wyłączyć.

-Jego też nie mogę wyłączyć. – uśmiechnęła się długowłosa postać w trzysto-dziurkowych czarnych butach sięgających do połowy ud i w czarnej koszulce, na której było umieszczone zdjęcie kilku panów o podobnej fizjonomii, jak rzeczona postać – A pan, panie murzyn, powinien wiedzieć, że nie wskazuje się palcem. To prawie tak samo brzydkie jak akcentowanie słowa „robiliśmy” na drugą sylabę od końca. Bo to jest karygodne, to jest takie złe i tak obrzydliwe, że aż cały świat traci sens. Świat właściwie nie ma w ogóle sensu, świat jest głupi i zupełnie nie do życia.

-Może ciasteczko, panie? –zapytał uprzejmie pan Antoni.

-Nawet bardzo, dawno temu nie jadłem, a ciasteczka lubię. Myślę o nich przez dnie i bezsenne noce, gdy słucham zespołów grających tę piękną muzykę, co idzie tak „uu uu uu”. Sam kiedyś chciałem nauczyć się robić takie specjały jak pan, panie Antoni, lecz doszedłem do konkluzji, że dobrze mi wychodzą jedynie naleśniki. Ogólnie to dużo myślę, a praca umysłowa jest taka ciężka, że jak przyjdzie co do czego, to już nic z tego wyjść nie może. A pan ciasteczka doprawdy wyśmienite robi.

-Dziękuję, pochlebiasz mi. – czort się zarumienił. Zatrzepotał rączkami, zakręcił się wokół własnej osi, chuchnął i dmuchnął, z uszu poleciała para (czy też może dym piekielny, kto go tam wie), zawył jak słowik, zaćwierkał jak czajnik i wyciągnął z odmętów własnego gardła cztery ciasteczka. Jedno dał długowłosej personie, drugie dał pani Elżbiecie, trzecie Gubu-Rubie, a czwarte wsadził na powrót do gardła. – Jak panu minął dzień?

-A bardzo dobrze. Dzisiaj piętnastu osobom wypomniałem akcent, czterem kolejnym źle użyte słowo, sześciu… – długowłosa postać pogrzebała po kieszeniach i wyciągnęła z jednej z nich pogniecioną kartkę – pięciu… a dałbym głowę, że sześciu… ale skoro mam tak zapisane… to pięciu osobom wypomniałem koszmarną składnię i znalazłem nawet takiego buraka, co powiedział, tfu tfu, „weszłem w kuchnie po kanapka”.

-Smaczna ciasteczko – uśmiechnął się Gubu-Ruba.

-Smaczne, panie murzyn, smaczne ciasteczko! Szanuj język, którym się posługujesz!

-Co ja zrobięł, co ja zrobięł – zawył Gubu-Ruba.

-Zrobię, przez ładne i okrągłe „ę”, bez „ł”!

-Panie, kto ja jestem, że mnie męczysz? – zapłakał Gubu-Ruba – Ty męczyć mnie od kiedy przyszedłem ja tu, a ja kto jestem, kto ty i czemu powiedz ty męczyć mnie?

Długowłosa postać nie powiedziała nic, tylko uśmiechała się wyniośle. Gdy spojrzenie czarnoskórego człowieka zaczęło być zbyt doskwierające, rzekła jedynie:

-Nie chcę się czepiać, a to jest upierdliwe czepianie, ale czasami szyk zdania przydało by się jednak trochę uszanować.

Gubu-Ruba zapłakał i ukrył twarz w dłoniach.

-Panie, jeśli mogę się wtrącić – raczył się wtrącić pan Antoni – Ale i pańska fraza w tym miejscu nieco składni, i językowi w ogóle, ujmuje.

-Możliwe, ale mi się podoba. Mi się podoba ergo nie jest prostacka ergo wszystko w najlepszym porządku. Dziękuję za troskę, ale nie potrzeba.

Pani Elżbieta, widząc cierpiącego Gubu-Rubę, podskoczyła radośnie:

-Dobrze mu tak! Dobrze mu tak! Ja też tak chcę, nauczy mnie pan?

-Ależ oczywiście. – powiedziała długowłosa postać i zwróciła się do pana Antoniego – Ale najpierw ciasteczko?

-Jasne, mój drogi. – powiedział Antoni i po diabelskim zabiegu wyciągnął z przełyku tacę z ciasteczkami.

10. Fajka wodna poniedziałek, sty 18 2010 

Weronika

i płynęli tak w nicość, która coraz mocniej zakorzeniała się w ich głowach. I kwitła dając zupełny nieurodzaj.

pyk, pyk, pyk…. pykała fajeczka, która leżała na dnie łódki a rybak leżał tuż obok i smacznie chrapał

chrap chrap chrap.

Gubu-Ruba otworzył oczy, podparł się i rozejrzał dookoła. Przed nim rozpościerały się łąki zielone jak krokodyle. Na łąkach bieliły się puchate jak dmuchawce barany o rogach zakręconych jak fajka. Z rogów wydobywał się niebieskoszary dymek o zapachu tytoniowym. Barany nie beczały lecz pykały.

Gubu-Ruba wstał, przetarł zaspane oczy i zaczęły mu się przypominać historie praprapradziadka, o ludziach z licami czerwonymi, którzy palili siedząc dookoła ogniska.

Nie chciał obudzić rybaka, więc przechadzał się po łódce na rzęsach. Pech zatarł ręce, rzęsa pękła, z głośnym pluskiem biedny murzyn wpadł znów do wody. A że nie jadł dłuższy czas, przez jego liściasty ubiór zarysowywała się wyraźnie figura. Nogi miał chudziutkie jak antylopa, siedzenie równie kościste.

Łomotnął owym swym siedzeniem w dno morza dygresji robiąc dużą dziurę. Przez ubytek zaczęła wypływać czerwona maź. Gubu-Ruba obserwował to z przerażeniem aż przerażenie ustąpiło nieoczekiwanemu zadowoleniu. Jego małe czarne oczka ujrzały bowiem znajomą postać. Podpłynął ku niej próbując wykrzyknąć ‘Pani Elżbieta!’. Było to nieco nieudolne, gdyż z ust wypłynęła mu ławica bąbelków.

Pani Elżbieta zrozumiała to mimo wszystko, i odkrzyknęła ‘Ki czort!’.

Tymczasem z dziury oprócz krwistej substancji wydobył się również mały człowieczek z kapelusikiem na główce. Przywdział na to spotkanie czarny surducik ze srebrnymi guziczkami oraz pantofelki na obcasie z czarnej skóry. Uśmiechnął się przelotnie widząc malujące się na ich twarzach zdziwienie i chrząknął. Gubu-Ruba zastanawiał się gdzie jego fajeczka, uznał bowiem, że ta postać to nikt inny jak przedstawiciel Indian, o których tyle słyszał.

-Witam.-rzekł, a jego głos roznosił się po morskiej krainie nadzwyczaj wyraźnie.

-Mam do państwa sprawę. W szczególności zaś do Pani Elżbiety. Państwo wybaczą, iż zjawiam się tak niespodziewanie i bez zapowiedzi, jednak to sprawa niecierpiąca zwłoki.

Mianowicie, zauważyłem, iż Pani, Pani Elżbieto, przy każdym możliwym spotkaniu mnie wzywa. Nie podoba mi się to. Otóż musi Pani wiedzieć, iż siedzę spokojnie na swoim miejscu i nie zawadzam Waszym rodzinom, jednak Wy, nie dajecie mi spokoju. Od trzech dni mam niesamowitą migrenę, nie jestem w stanie normalnie pracować. Leżę w łóżku, przykładam gorące kompresy i łykam kolorowe tabletki, jednak nic a nic to nie pomaga! A dlaczego? Co chwilę rozlega się czyjś głos niedający mi spokoju! Mam tego dość!

I począł w tym miejscu tupać ze złości swoimi obcasikami w ziemię i nerwowo poprawiać wąsik.

-Fajeczkę? – zaproponował Gubu-Ruba.

-Oj tak, poproszę, mój umysł jest ostatnio dość niewydolny. Tkwię w rozhuśtaniu emocjonalnym! – pożalił się.

Gubu-Ruba poczuł zadowolenie z siebie, w końcu tak łatwo rozpoznał Indianina.

W tej chwili jednak twarz przybysza wykrzywiła się i krzyknął:

Antychryste! Jesteśmy przecież pod wodą! – i ze złością złamał fajeczkę na pół.

Następna strona »