Dwadzieścia. piątek, lis 6 2009 

Niedługo wyjeżdżam do Warszawy, teraz siedzę w pokoju i słucham Archive, którym Bartek od dawna się ekscytuje. Może być i to. Nie mam zamiaru męczyć uszu słuchawkami, a Miriodora na głośnikach nie puszczę – lubię swoich współlokatorów.

Zasiadłem do pisania nie mając zupełnie pomysłu o czym mógłbym napisać. Ale nie zawsze trzeba mieć powód, żeby coś zrobić. Może to mieć efekt dwojaki – albo będzie rozlazłe i bezpłciowe, albo będzie luźniejsze, pozbawione napięcia i hermetyczności tekstu pisanego z Celem. Co za papka teraz wyjdzie, nie wiem wcale.

Dzisiaj straciłem półtora godziny i dwa złote. Czas to jednak niesamowicie względna bestia, i nie chodzi mi tu o takie elementarne przypadki jak to, że raz czas nam się dłuży, a kiedy indziej błyska jak błyskawica. Nie, to nie ten przypadek. Mam półtora godziny, które straciłem z pewnych przyczyn, których – jako że nie chcę tu ludzi obgadywać – nie wyjawię. Wyobraźmy sobie jednak taką sytuację, że owe przyczyny nie zaistniały i to, co miałem zrobić doszło do skutku. W takim przypadku spędziłbym na miejscu dodatkowe 50 minut. Wg prawideł matematyki oznaczałoby to, że nie byłoby mnie w akademiku 90 + 50 = 140 minut. Wg prawideł czasu miejskiego wyszłoby, że wróciłbym do siebie już po dwóch godzinach, czyli zyskałbym 20 minut względem prostej matematyki, które spędziłem na stanie na przystankach czy pod pustym budynkiem. Ot, i względność.

Jak wracałem do siebie w koszmarnie zakonserwowanym trolejbusie, gdzie ludzie jak sardynki cisnęli się przy sobie, pomyślałem sobie, że ludzie są brzydcy. Dzisiaj, tu, teraz i u mnie, wszak zgodnie z prawidłami postmodernizmu, wszyscy są równie piękni jak brzydcy – zależy kto patrzy. Nie chodzi mi o jakąś metafizyczną brzydotę, „ci brzydcy ludzie mnie wyrolowali przez co straciłem czas i dwa złote”, ale o zwykłą, prostą jak w mordę strzelił na chłopski rozum. Stoję przyciśnięty do ściany, torba pod prawą ręką, w lewej trzymam klarnet, trolejbus wlecze się po zakorkowanym mieście, ludzi tłum, stoję i patrzę. Twarze jakieś takie niespecjalne. Dwóch chłopaków się śmieje. Gdy przerywają gadać, gdy przestają się śmiać także niewyraźnieją. Matowa dziewczyna z kolczykiem we brwi stoi obok i też gdzieś patrzy. Ja czuję się zgarbiony. Po prawej siedzi starszy facet. W tłumie trochę staruszek w beretach na głowach, te zależnie od humoru, bardziej uśmiechnięte lub mniej. Jedna dziewczyna co parę minut wykonuje pewien ruch głową, jakby wynurzała się spod wody. Lekki zwód w dół, a później do góry i do przodu. Blondynka w różowej bluzie była w pobliżu, potem znikła gdzieś po lewej. Nie patrzę na lewo, skupiam się na prawej stronie pojazdu, więc przez pewien czas jej nie widzę. Ta znowu wynurza głowę, uśmiecham się. Ja swojej formy, poza zgarbieniem, nie czuję. Często nagle dopada mnie jakaś konkretna forma w którą chcąc nie chcąc wbijam się jak w foremkę; czasem jest ona narzucona z zewnątrz, czasem sugerowana przeze mnie, by ładniej na zewnątrz wyglądać, niekiedy zaś jest ona zupełnie wewnętrzna, maska, którą nakładam, by przypodobać się na pięć minut samemu sobie. Dzisiaj nie miałem żadnej. Najwyraźniej byłem za bardzo zajęty słuchaniem muzyki i przyglądaniem się ludziom oraz swoim myślom. Kilka postaci przypominało mi kilka postaci z Białegostoku. Podobieństwo wyglądu, podobieństwo zachowania? Unikalni ludzie unormowani tym samym kodeksem, umundurowani w te same mundury.

W brzydkie mundury, ale co ja tam się znam na modzie.

light piątek, paź 30 2009 

<kurtyna do góry>

<light>

monsieur sits on the chair and begins to contemplate

servour how can I help you

milczy tj nie mówi nic i nie patrzy nawet we właściwym kierunku. я не знаю, почему у меня единственно только рестораны. Kelnerka stoi nad nim jeszcze chwilę, potem odchodzi precz, on siedzi dalej i dalej duma nad czymś, o czym on jeden wie tylko. Ma na sobie garnitur ładnie wykrojony, na stopach czarne pantofle. Włosy zaczesane na bok, by przykryć łysinę. Taki przynajmniej był cel, praktycznie nie wyszło tak różowo, różowa skóra głowy prześwitywała przez marne kosmyki. Dłonie leżą na kolanach, Pan oparty wpatruje się w coś, o czym on jeden tylko wie. Wyjmuje z kieszonki gumę do żucia i żuje.

servour please stop doin this it is not elegant shouldnt you know that already

monsieur niech pani tak tego nie przeżywa

servour nie przeżywam

monsieur ależ proszę przeżyć, co mi po pani trupie. Pani nie powinna ani przeżywać ani nie nie przeżywać; żucie moje obejść pani nie powinno wcale. Me przeżuwanie przeżywa pani tak, jakby o życie czyjeś się rozchodziło, a to rozchodzi się tylko o żucie.

servour: To może niech Pan zapali jeszcze!

Monsieur: Się zastanawiałem, czy wypada, ale skoro pani zachęca, to nie będę się wzbraniał.

сигарета pojawia się w jego dłoni, na drugiej magicznym sposobem pojawia się zapalniczka, z której wytryskuje ogień. Zapaloną сигаретe unosi do ust.

SERVOUR – No wie pan!

Monsieur – Wiem. Chce pani?

Servour – Well, that’s just

Monsieur – I insist.

Servour –  But…

On patrzy na nią tylko z wyciągniętym papierosem pomiędzy palcem serdecznym i małym, pomiędzy środkowym i wskazującym zaś tli się сигарета pierwsza, którą unosi do ust i gdy żar dotyka jego warg przymyka rozkosznie powieki i marzy o czymś, o czym on sam jeden wie.

Monsieur – no to bierze pani?

Servour – a co mi tam, jest pan taki miły.

Wyjmuje papierosa spomiędzy palców Pana i zapala ogniem z zapalniczki, która w magiczny sposób pojawiła się w jego dłoni.

Servour – Delightful

Monsieur – Youre welcome, madame.

Odsuwa ona krzesełko i siada obok niego. Siedzą i patrzą w różne punkty przestrzeni. Pali, żuje, patrzy, pali. Nogi pan kładzie na stolik.

Z kuchni wychodzi człowiek w fartuchu upaćkanym różnego rodzaju jedzeniem i krzyczy na kelnerkę, by przyszła i posprzątała, bo coś tam się wylało, shit happens, as wise old proverb says.

Madame – Ku*wa.

Monsieur – do not bother, jestem pijany i posprzątam, mi to żadnej różnicy nie robi.

Wstaje, zrzuca marynarkę na krzesło, gasi papierosa w czyjejś zupie, podchodzi do kelnerki, chwyta jej głowę oboma dłońmi i całuje ją namiętnie. Potem chwiejnym krokiem idzie do kuchni, po drodze zakasuje rękawy i wspomina coś, o czym tylko on sam jeden wie.

Madame wyjmuje kwiatka z wazonu i zaczyna gryźć łodygę. Zdobycie zielska bynajmniej nie obyło się bez dodatkowych incydentów, wazon się przewrócił, woda polała się po obrusie i po sukience.

f*ck

she said i wstała nagle z kwiatem w gębie. Potem zadumała się. Przypaliła сигаретa znowu. Uśmiechnęła się i oddumała. Usiadła. Wgryzła się w tulipanka.

Nie podoba mi się to miejsce, to lekkie jedzenie i leccy ludzie. Unoszą się na wodzie. Zmieniam lokal.

the chair said

and then it went away on its tiny legs.

środa, paź 28 2009 

Wznosi się kręci ulata się rozdziera i pędzi ku bez zahamowań się śmieje tak wznosząc się tak myśli się sumuje zderza z powietrzem samym tylko przez chmury przeszywa je ku słońcu by się spalić by się spopielić by zmarnieć by zniknąć zatracić się się zgubić zgubić czas czas zabić zabić wznosząc wznosząc upadać upadać myśląc o tym że tak naprawdę idzie się w przeciwnym kierunku

znaczy. podmiot do przedmiotu, podmiot do idei, podejść i ruszyć. Siedzę i myślę, można zrobić to i to i jeszcze pęczek innych bzdur, a w tle do tego wyskakuje jeszcze coś innego, świetnego w skali zupełnie nieznanej, marzenie odległe jak ciało niebieskie. Sięgnięcie po nie będzie stratą pewnego luksusu, pozbawieniem się czegoś co się przykleiło i się odkleić nie powinno, się wszak lubimy z tym; walka o pokój o stałość i tą samą tożsamość będzie zaprzeczeniem niebieskiego ciała, pójściem na łatwiznę i staczaniem się wraz z innymi staczającymi. się. Jedyna różnica między pierwszym a drugim to stok, po którym się turla na dół i o które kamienie się obija.

zagadką to, czy spadnie się, gdzie spaść się chciało

(na dół spaść i spaść się do granic, spasionym biegać po pasiastych łąkach)

Audrey’s Dance czwartek, paź 22 2009 

Audrey tańczy w tle sennej muzyki, ‘that’s dreamy’ she says, śni na jawie, zamyka oczy i rozłożywszy ręce wzdłuż boków łagodnie się porusza, rozkoszuje się czuciem swego ciała, zatopiona w muzyce jak w myślach, głębokich i lepkich, w których wszystko jest mało wyraziste, każdy przedmiot, rzecz każda i abstrakcje przesuwają się wolno, krocząc jak muchy w smole, które unoszą swe kończyny i machają skrzydełkami, ale zmierzają doprawdy donikąd, my doprawdy chcemy się sunąć statecznie do prawdy, ale idzie nam tak samo jak im, stoimy w jednakim miejscu, unieruchomieni w czarnej mazi, my idziemy, Wędrowcy i Pielgrzymi z celem w oku, a ona się kręci powoli, z głową odchyloną ku górze, jej ręce u boków, przeciąga się jakby się budziła, w tle słychać muzykę, która śpi, a Audrey tańczy i tylko echa dźwięków jak echa myśli jak odbicia idei jak cieni na ścianie, kontrabas wspina się swingującym kołysaniem, potem tym samym tanecznym krokiem zmierza ku dołowi, kręci się w koło, tańczy jak lunatyk, śni, miotełki głaszczą werbel, dęte przekomarzają się ze sobą, tu odzywa się jeden, tam drugi, rozmawiają, nadają snowi wyrazistość, nadają mu esencję i konkretność, i jeszcze te dźwięki, rozmarzone brzmienia, dzięki którym that music is so dreamy, klienci się patrzą, jak w małej kawiarni ona tańczy po środku parkietu, szafa gra, ona śni i tańczy, ona tańczy i śni, jak śni całe miasteczko, wewnątrz którego ona tańczy i obraca się wzdłuż nieregularnej linii śniącej melodii.

Gemini środa, paź 21 2009 

Pod kapucynami stoją dwaj mężczyźni. Jeden bliżej ściany, drugi jest od niej bardziej oddalony. Stoją w jednej linii z twarzami skierowanymi w stronę ulicy. Przechodzę pomiędzy nimi, dwoma słupkami na szerokim chodniku.

Mają taki sam wzrost, takie same siwe brody. Twarzy jednego z nich, tego stojącego bliżej ulicy, nie widzę, jest ode mnie za daleko, by zobaczyć jego rysy twarzy musiałbym go obejść i stanąć z nim vis a vis. Rezygnuję z tego, ponieważ ta czynność zaburzyłaby całą strukturę obrazka. Ten ruch, to szarpnięcie jednostki, zamigotanie i zgrzyt barw. Oczywiście nikt poza mną i poza nimi nie zwróci na to uwagi, my jesteśmy anonimowi, wszyscy jak my są anonimowi, wszyscy choć mają imię starają się go wyprzeć i wszyscy chcą wyprzeć się imion cudzych. Nie znamy się zupełnie, świadomość ruchu zabłyszczy i jak supernowa zniknie. Ale zniszczy to moją wizję, zepsuje mój obrazek – dwóch panów na Krakowskim. Więc się nie zatrzymuję, nawet się nie odwracam. Z resztą jest zimno, muszę iść dalej.

Twarze mają podobne. Skąpane w zmarszczkach, zmęczone ciężarem lat oblicza. Krzaczaste białe brwi.

Stoją bliźniacy w jednej linii pod kapucynami, idę prostopadle wobec nich, przechodzę przez bramkę, jaką tworzą.

Wzdłuż chodników rozsadzeni są żebracy, klęczą, trzymają kartkę i kubeczek. Wędrują bliźni i bliźni mijają rozsadzonych żebraków i przechodzą przez bliźniaczą linię wyrytą jak blizna na chodniku, która ciągnie się od bliźniaka do bliźniaka, bliźni między bliźniakami bieżą.

Dwaj mężczyźni nie są identyczni. De facto to kontrast pomiędzy ich podobnymi sylwetkami był tym, co mnie w nich zaintrygowało. Ten bliżej kościoła był odziany w czarne dresy i beżową kurtkę. Trzymał ręce w kieszeniach, by rąk wiatr nie dręczył. Ten od ulicy miał beret na głowie, a wszystko poniżej zakryte było pod elegancką jesionką, tylko nogi z dołu wystawały. Czarne spodnie i pantofle. Czerń ubrania i siwość włosów, piękne połączenie.

I stoją tak jak posągi na chodniku przed kościołem, i patrzą tak na park, jakby tłumy łososiowych bliźnich przemykających pomiędzy nimi nie miały najmniejszego znaczenia.

Następna strona »