Skąd arbuzy? Sam nie wiem. Wojtuś nosił je na plecach w dużych workach. Na dużych workach dużymi literami (bo jak worki duże, to i litery nie powinny być gorsze) napisane było: “DUŻE WORKI”. Mniemam jednakże, że i większość osób bez czytania tej ważkiej informacji drogą dedukcji, bądź też jakąkolwiek inną drogą, szeroką czy wąską, z poręczą czy z ruchomym podłożem jak na tych pasach na lotniskach, dojdzie do tego właśnie wniosku. Bo duże worki były duże, nie kpię z was, mili państwo, nie śmiałbym kpić z was, tak więc i tego nie robię, piszę rzetelne informacje o rozmiarach worka. Który to – rozmiar worka – przypomnę – był duży i dużego rozmiaru na workach były litery. Litery małe znikłyby bez wieści w otchłani bezkresnej powierzchni materiału i wtedy nikt, kto by się nie domyślił bądź nie doszedłby do tego jakąkolwiek drogą, nie wiedziałby, iż worki są duże. A były duże i wstyd o tym nie wiedzieć.
W workach Wojtuś niósł arbuzy, bo arbuzy Wojtuś lubił bardzo, lubił jak ostrym i długim nożem przekrajał je na pół, a z arbuzów sok ściekał na deseczkę, z deseczki na ceratkę, z ceratki na podłogę bądź skarpetki Wojtusia. Tego ostatniego nie lubił zbytnio, ale to może dlatego, że nie lubił skarpetek samych w sobie, w ich skarpetkowatości. Nie mógł się bynajmniej bez nich obyć, bo wówczas byłoby mu zimno, a bycie w zimnie Wojtusiowi nie odpowiadało jeszcze bardziej niż bycie odzianym w skarpetki. Gdy sok spływał z jednej powierzchni na drugą i z drugiej powierzchni na trzecią, Wojtuś czuł się dziwnie szczęśliwy i szczerząc się szczerze szczurzymi zębami swymi szturchał szorstkim palcem o skórę arbuza, nóż trzymał w dłoni drugiej długiej długo wyciągniętej do góry z palcem wskazującym wskazującym w niebo lub w podłogę sąsiada z piętra wyżej, Wojtuś czuł się jak władca wszechświata, świata i wszechrzeczy na świecie, stawał się królem i królową, panem nieba, wód i lądów, ludzi, królików i bocianów, złota, srebrnych skarbów, kryształów, pałaców, ropy, oleju, banknotów, kart, asów, asasynów, kasyn, topól i brzóz i arbuza, arbuza panem czuł się szczególnie dotkliwie.
Potem proces konsumpcji. Zębami wgryzał się w miąższ, a miąższ ocierał mu się o policzki od wewnątrz i z zewnątrz, odgrywa w tym procesie znaczną rolę znaczna szerokość arbuza. Podczas konsumpcji sok arbuzowy ścieka mu po brodzie, z brody na koszulę, z koszuli na spodnie, ze spodni zaś ścieka na skarpetki, czego Wojtuś raczej nie lubi, ale niestety, jak wiemy, na świecie tym rzeczy doskonałych nie ma – dotyczy to również arbuzów.
Kolejnym mankamentem arbuzów był ich ciężar. Ciężar arbuzów przygniatał Wojtusia do ziemi, który trzymał je w dużym worku z napisem “DUŻY WOREK” napisanym dużymi literami. Wojtuś sapał ze zmęczenia, ale jak każdy Syzyf swoje arbuzy musi donieść, zjeść i wyruszyć po następne.
Ktoś kiedyś proponował mu mandarynki, ale temu komuś Wojtuś kiedyś pogroził arbuzowym nożem i już żaden ktoś w żadnym kiedyś o żadnych mandarynkach nie bluźnił.