powietrze niedziela, gru 13 2009 

-Gdzie idziesz?

(głowi się Głowę i pyta Głowę, gdy Głowa wychyla głowę i wraz z tułowiem is heading

gdzieś)

-Szukać szczęścia. – Głowa wzrusza ramionami – Szczęścia, na pewno gdzieś unosi się w powietrzu

(atu?)

a tu unosić się nie może, tu powietrze jest zatrute. oddychamy zatrutym tlenem, dlatego nam źle.

-Mamy tu wszystko!

-Co z wszystkiego, kiedy mamy złe powietrze i nie możemy mieć szczęścia, a bez niego wszystko jest nijakie, mdłe. Nie przetrwa i w soli.

Ten sam murek co zawsze. Inność jest nieuchwytna. Czy nie widzisz, jak banalnym obrazkiem jesteśmy? – dwie głowy unoszące się znad murowanej ścianki! A ścianka jest pusta. czysta i nijaka. Wysuwam się każdego dnia spod niej i widzę ją, chowam się każdego ranka i widzę ją. wygodną, przyjemną, udomowioną. ale taką nieszczęśliwą. powietrze nie te.

-Przypuśćmy. Skąd wiesz, że inna, może bardziej brudna, śmierdząca uryną zdewastowanych person, błyszcząca się od krwi i chemii, lub może pomalowana, barwna, bogata i duszna, lub może lśniąca na połysk, pełna wzorów i artyzmu, sprawi, że będziesz szczęśliwy? Jakikolwiek murek by nie był, prawda jest jedna: murek pozostaje murkiem.

-Ale powietrze! pozbawione trucizny pozwoli mi żyć

-życie wyda kolejną truciznę

-Ale będę żył życie! nie jego nędzną kopię jak to! będę Żył, jak  nigdy przedtem nie żyłem!

Powietrze unosi się i rozprzestrzenia jad. Szczęście pada na kolana; swą krwią nawozi Świat, który wzrasta na tym gruncie znudzony.

I gdy jedna z Głów się chowa, druga odchodzi, robi duże koło i wraca do murka. Następnie skrywa się za nim.

Powietrze unosi się i rozprzestrzenia jad. Szczęście pada na kolana; swą krwią nawozi Świat, który wzrasta na tym gruncie znudzony.

A Murek pozostaje Murkiem.

Polowanie. czwartek, gru 3 2009 

Zakrzywia rondo kapelusza i mruży oczy. Dłońmi rozgarnia wysokie trawy sawanny. Jest pewny siebie, jest odważny i mężny, niczego się nie lęka. Nie sprawdza swych instrumentów, wie doskonale, że nóż przypięty jest do grubego, skurzanego pasa, a rewolwer w kaburze leżącej na udzie i karabin przewieszony przez plecy są dokładnie przejrzane, wyczyszczone i gotowe do dzieła. By zabić. Subtelnie. Kulka w oko. Albo nie zabić od razu. Zranić. Zwierz się rzuca, kulka w bok, by krwawiło i nie potrafiło oddać. A potem, gdy bestia jest unieruchomiona rozpocząć zabawę. Kulę w czułe, lecz niezagrażające życiu, miejsce, subtelnie, ostrzem noża przejechać po skórze na ogonie. Wbić w bok; a może w oko. Usiąść okrakiem na zwierzu, dosiąść je i zwyciężyć. Nóż w nos. A może po wargach, a potem w usta… czuć cieknącą gorącą ślinę, badać koniuszkiem zęby, ich trzony i korzenie, czule sięgać w głąb ust, zamknąć oczy i zapomnieć się w leniwych, a mimo to tak pełnych energii, ruchach. Wyjąć, uśmiechnąć się dumnym. Objąć tętniące ciepłem cielsko

i poderżnąć gardło. A może

i nie

zostawić, tak

subtelniej.

Lew widzi myśliwego. Ofiara widzi kata. Bezrozumny widzi rozumnego. Zwierzę widzi szlachetność. Bestia widzi piękną. A mimo to nie atakuje. Nie ucieka. Tylko patrzy, jakby tym spojrzeniem chciało coś powiedzieć człowiekowi.

Zafascynowany tym spojrzeniem myśliwy nie atakuje, podchodzi tylko i spogląda w ślepia. Siada wśród wysokich traw, wyciąga nóż i bawi się nim w dłoniach, ale nie odrywa wzroku.

Potem odkłada ostrze. Potem ucieka źrenicami. Potem patrzy już tylko na ziemię.

dialog między czwartek, lis 19 2009 

dwie głowy wychyliły się zza murka. ciemnowłose i zielonoocze. jedna twarz podłużna, druga okrągła. patrzą w skupieniu na świat. świat obojętnie oddaje spojrzenie. podłużna skubie wargę. okrągła postawiła brodę na murku.

-Moglibyśmy pójść. Wstać i pójść.
-Mmm… – odpowiada okrągła z zamkniętymi ustami i brodą przyciśniętą do cegły.
-Bo widzisz, jest tyle do zobaczenia, tyle do zrobienia. Wziąć się stąd i postawić gdzie indziej. Widzisz tę rękę?

wyciąga rękę

Ona mogłaby dokonać wielkich rzeczy. Dzieł. Arcydzieł. Dobra. Zła. Cokolwiek. Ona może. Może też nie zrobić żadnej z tych rzeczy. I tak myślę
-Mmm?
-czy negacja Wszystkiego nie jest czymś lepszym od zrobienia czegoś Jednego. Bo nigdy nie uda mi się zrobić wszystko, od a do z, przez wszystkie litery, przez wszystkie przypadki. Mogę za to nie zrobić wszystkiego. Anulować cały świat.

chowa rękę

-Cokolwiek bym nie zrobił – dobrze czy źle – wielkie czy małe – i tak bym tu wrócił. Skracam drogę. Oszczędzam czas. Zbawiam czas od nadużycia.

podłużna głowa się chowa. okrągła milczy i wpatruje się w świat. świat ziewa ze zmęczenia, czuje się stary i bezużyteczny.

okrągła podnosi brodę i mówi powoli.

-Mylisz się. Nie nie-zrobisz wszystkiego. Siedzenie tu to już coś. Nie robisz nic, ale robisz coś, coś niewyobrażalnie małego.
-A ty?
-Nie wiem, ja o tym nie myślę.

okrągła głowa się chowa, świat już więcej nie obserwowany odchodzi

Bliżej wciąż sięgając ręką, dalej wciąż nie mogąc uchwycić. czwartek, lis 12 2009 

Semantyka słów potrafi zachwycić. Cały wór znaczeń kryjący się za kilkoma literami. Można czytać grube tomy, można przedzierać się przez tysiące stron i nie zwracać uwagi nawet na zdania, a można natrafić na jedno słowo, które wstrząśnie. Nie będzie to wielkie słowo, nie będzie obciążone bagażem emocji, a mimo to, szare, jedno słowo, oderwane od tła, zostawione same sobie i swemu znaczeniu, wzbudzi emocje, wzbudzi kolejne słowa i otoczy się siatką odniesień. Samorodne.

Nie ważne nawet jakie słowo. Moim było elusive, takie pomiędzy exclusive a illusive. Ale nie brzmienie mnie uderzyło, nie znaki. Widząc jedno słowo poczułem się tak, jakbym odkrył samo sedno świata, całą istotę wszechrzeczy, a to, co zobaczyłem wcale mnie nie uszczęśliwiło. Krótkie jak drgnięcie odczucie przykuło mnie do słowa i napisało ciąg zdarzeń, ciąg wspomnień i wizji, których mgnienie odbiło się złociście w głębi wyrazu – i zajęło to tylko chwilę. Kabaliści uważają, że świat powstał z liter. Z boskich znaków wykształtowało się życie. Asceza w mistycyzmie liter, tworzenia permutacji, dostrzegania świata z innej perspektywy. Stanąć tam, gdzie stoją wszyscy, zobaczyć coś innego od tego, co widzą wszyscy. Czy to szaleństwo? Nie, wręcz przeciwnie, to zrozumienie. Odłożyć na bok fabułę i wgłębić się słowa, wgryźć się w litery.

Derrida zaś napisał: “nie ma niczego poza tekstem”. Nie ma niczego poza tropami odnoszącymi się wciąż do siebie. Słowa prowadzące do innych słów, znaczenia tłumaczone w znaczeniu innych znaczeń.

Samorodne – od jednego słowa wyrastają kolejne, poszczególne znaczenie wzbogaca się o powszechne, z pnia jednego wyrasta las.

Dwadzieścia. piątek, lis 6 2009 

Niedługo wyjeżdżam do Warszawy, teraz siedzę w pokoju i słucham Archive, którym Bartek od dawna się ekscytuje. Może być i to. Nie mam zamiaru męczyć uszu słuchawkami, a Miriodora na głośnikach nie puszczę – lubię swoich współlokatorów.

Zasiadłem do pisania nie mając zupełnie pomysłu o czym mógłbym napisać. Ale nie zawsze trzeba mieć powód, żeby coś zrobić. Może to mieć efekt dwojaki – albo będzie rozlazłe i bezpłciowe, albo będzie luźniejsze, pozbawione napięcia i hermetyczności tekstu pisanego z Celem. Co za papka teraz wyjdzie, nie wiem wcale.

Dzisiaj straciłem półtora godziny i dwa złote. Czas to jednak niesamowicie względna bestia, i nie chodzi mi tu o takie elementarne przypadki jak to, że raz czas nam się dłuży, a kiedy indziej błyska jak błyskawica. Nie, to nie ten przypadek. Mam półtora godziny, które straciłem z pewnych przyczyn, których – jako że nie chcę tu ludzi obgadywać – nie wyjawię. Wyobraźmy sobie jednak taką sytuację, że owe przyczyny nie zaistniały i to, co miałem zrobić doszło do skutku. W takim przypadku spędziłbym na miejscu dodatkowe 50 minut. Wg prawideł matematyki oznaczałoby to, że nie byłoby mnie w akademiku 90 + 50 = 140 minut. Wg prawideł czasu miejskiego wyszłoby, że wróciłbym do siebie już po dwóch godzinach, czyli zyskałbym 20 minut względem prostej matematyki, które spędziłem na stanie na przystankach czy pod pustym budynkiem. Ot, i względność.

Gdy wracałem do siebie w koszmarnie zakonserwowanym trolejbusie, gdzie ludzie jak sardynki cisnęli się przy sobie, pomyślałem sobie, że ludzie są brzydcy. Dzisiaj, tu, teraz i u mnie, wszak zgodnie z prawidłami postmodernizmu, wszyscy są równie piękni jak brzydcy – zależy kto patrzy. Nie chodzi mi o jakąś metafizyczną brzydotę, „ci brzydcy ludzie mnie wyrolowali przez co straciłem czas i dwa złote”, ale o zwykłą, prostą jak w mordę strzelił na chłopski rozum. Stoję przyciśnięty do ściany, torba pod prawą ręką, w lewej trzymam klarnet, trolejbus wlecze się po zakorkowanym mieście, ludzi tłum, stoję i patrzę. Twarze jakieś takie niespecjalne. Dwóch chłopaków się śmieje. Gdy przerywają gadać, gdy przestają się śmiać także niewyraźnieją. Matowa dziewczyna z kolczykiem we brwi stoi obok i też gdzieś patrzy. Ja czuję się zgarbiony. Po prawej siedzi starszy facet. W tłumie trochę staruszek w beretach na głowach, te zależnie od humoru, bardziej uśmiechnięte lub mniej. Jedna dziewczyna co parę minut wykonuje pewien ruch głową, jakby wynurzała się spod wody. Lekki zwód w dół, a później do góry i do przodu. Blondynka w różowej bluzie była w pobliżu, potem znikła gdzieś po lewej. Nie patrzę na lewo, skupiam się na prawej stronie pojazdu, więc przez pewien czas jej nie widzę. Ta znowu wynurza głowę, uśmiecham się. Ja swojej formy, poza zgarbieniem, nie czuję. Często nagle dopada mnie jakaś konkretna forma w którą chcąc nie chcąc wbijam się jak w foremkę; czasem jest ona narzucona z zewnątrz, czasem sugerowana przeze mnie, by ładniej na zewnątrz wyglądać, niekiedy zaś jest ona zupełnie wewnętrzna, maska, którą nakładam, by przypodobać się na pięć minut samemu sobie. Dzisiaj nie miałem żadnej. Najwyraźniej byłem za bardzo zajęty słuchaniem muzyki i przyglądaniem się ludziom oraz swoim myślom. Kilka postaci przypominało mi kilka postaci z Białegostoku. Podobieństwo wyglądu, podobieństwo zachowania? Unikalni ludzie unormowani tym samym kodeksem, umundurowani w te same mundury.

W brzydkie mundury, ale co ja tam się znam na modzie.

Następna strona »