“…zbawienia za tobą słońce…” czwartek, mar 27 2008 

    Pomarańczowa kula powoli zachodzi za horyzont. Gdy próbuję na nią spojrzeć, przyćmiewa mój wzrok; po odwróceniu od niej głowy – nie znika mi sprzed oczu. Pełna paradoksu – ukrywa się za kotarą swej jasności nie dając możliwości obserwacji, lecz, gdy zrezygnowany odwracam spojrzenie, jej kopie, jej widma, jej cienie nie nikną.
   Łuna roztaczająca się wokół słońca sprawia wrażenie, jakby miała oblać cały świat i całe niebo, nieustannie rozprzestrzeniać się między chmurami. Jak młodzieńczy zapał, który chce dotrzeć wszędzie, wszystko zbadać i doświadczyć każdej rzeczy, jaką świat ma do zaoferowania, wypływa i płynie pomiędzy ludźmi, gotów do odkrycia i zmian. Światło przypatrujące się sobie w płonących szybach okien bloków jest żywe i rumiane niczym dziecko, przedwieczne i nie poznane – bogactwo paradoksów i metaforyki – nieskończone i oto teraz – przed naszymi śmiertelnymi oczyma – gasnące…
    Spektakl rozpoczyna się od nowa – kolejna próba przed finalną, pamiętną sztuką. Teraz nie wszystko jest doskonałe, złe rozłożenie napięcia, niekonsekwencja czy wręcz brak wyrazistych zakończeń wielu wątków – jakby reżyser się zapomniał.
   Dziś – typowy dzień tegorocznego marca. Wyraźna budowa ABA – pogoda, deszcz lub śnieg – i ostateczne wypogodzenie. Piękna forma, elastyczna niezwykle, zdatna do uniesienia dzieł wielkiej rangi. A tu ? Punkt kulminacyjny kompletnie w złym miejscu, na co komu trzęsienie ziemi na początku i sielanka w następstwie… w/w nielogiczności i braki konsekwencji. Dzień nader uroczy i przesympatyczny, tylko wartość, tylko przebieg – jakiś – niewysłowienie – dziwny. Nie jest zły, te zachodzące słońce bardzo przyjemne, a nawet – jak zaświeciło mocniej, aż łzy się w oku kręciły.
   „Nie ma nic nowego pod słońcem”. Ludzie podchodzą do życia z ambicją – być lepszymi od starych, minionych i niespełnionych poprzedników, zdziałać coś, stworzyć! Być jak jutrzenka wznosząca się nad pogodnym niebem, roztaczając swoje promienie po kres ziemi, widzieć i wiedzieć wszystko, zrewolucjonizować i poruszyć Ziemię z jej zerdzewianego podestu. I pełni zapału, nieskończeni – - widzimy jak dogasają, wraz ze swoimi marzeniami. Nadciąga zachód, ich tura się skończyła na tej wiecznej groteskowej karuzeli.
   Pierwsi w kolejce, wsiadać.

Prąd powrotny przyboju poniedziałek, mar 24 2008 

   Cisza. Potem pojawia się dźwięk i delikatnie furkocze ci dookoła głowy. Od jednego ucha do drugiego, płynnie przemierzając przestrzeń między nimi. Później dźwięk się zatrzymuje… powraca, usilnie stara się o własne istnienie. Cisza.

Tool
Undertow

   Drugi (a właściwie pierwszy długogrający) album Toola. Mniej znany od swoich następców – Ænima, Lateralus, 10,000 Days, ale niewiele od nich gorszy (ba, niektórzy ludzie uważają ten album za szczytowe osiągnięcie zespołu). Jakkolwiek go nie ustawić w swojej własnej muzycznej hierarchii, jedno jest pewne – płyta trzyma poziom.
   Absolutnie świetnymi kawałkami są singlowe Prison Sex i Sober, ze wskazaniem na ten drugi. Wpadający w ucho bas, intrygująca gitara, genialny głos Keenana, całość obdarzona najlepszym teledyskiem w historii zespołu. Ten utwór (szczególnie w połączeniu z video) sprawia, że po plecach przechodzą ciarki, a jego melodia i klimat wykreowany przez muzykę wibrują w głowie przez kilka kolejnych dni.
Tool
   Prison Sex także doczekał się teledysku, ale nie ma on aż tak dużej siły rażenia jak piosenka o dylematach związanych z trzeźwością lub jej brakiem (Sober znaczy się). Ten kawałek jest też przykładem tzw. “zabawy dźwiękiem” zespołu, dokonywanej wielokrotnie na tym albumie. Sytuacja z wspomnianymi “zabawami” jest lepsza niż na kolejnych płytach kwartetu (od następnego wydawnictwa skład owego kwartetu się zmienił, ale cii…), ponieważ różnej maści przeszkadzajki i zapchajdziurki (albo przeszkadzaje i zapchajdziury), nie są oddzielnymi numerami, a zaledwie parusekundowymi wstawkami umieszczonymi w części utworu, tak więc urozmaicają płytę bez negatywnych efektów ubocznych (takich jak znużenie spowodowane wysłuchiwaniem się w 5-minutowe szumy).
   Kolejnym utworem, który trudno zapomnieć jest Flood. Jest to ostatni pełnoprawny kawałek na tej płycie (po nim jest już tylko 15-minutowy Disgustipated, w którym jest nieco interesującej psychodelicznej nuty i ponad 10 minut jednostajnego dźwięku). Ale wracając do Flood. Najbardziej psychodeliczny – i zarazem jeden z najbardziej progresywnych – wśród utworów na Undertow. Rozpoczyna go długa i niepokojąca część instrumentalna, po której zaczyna się właściwa piosenka – ujednolicone partie. Trochę brakuje mi tej nieobliczalności zawartej w początku utworu, ale na szczęście to jest nadal dobry progrock. Tajemnicza i intrygująca kompozycja z zmiennym metrum, ciekawymi rozwiązaniami rytmicznymi, ostrym i kołyszącym riffem. Warte uznania jest stopniowanie napięcia w tym utworze. Od delikatnych brzdąknięć, slidów, poprzez rozwijający się przez całą pierwszą część kompozycji motyw ustępujący później miejsce charakterystycznemu riffowi, który jest przynależny do części drugiej, aż do finału utworu, w którym gra wszystko głośno i mocno i dobitnie. Piękne są też różne smaczki pojawiające się w kilku miejscach w tej piosence – miejsce graniczne obu części, gitara gra pierwszy, ostry riff, a bas w tle cicho rozpoczyna kolejną melodię, na początku nieśmiałą i ukrytą w tle, a która później opanowywuje cały utwór i przejmuje cechy poprzedniego riffu (moc i ciężar). Aż chciałoby się powiedzieć – koło się zamyka. Rozmaitych “smaczków” pełen jest też wokal – Keenan ma cudowny głos i wykorzystuje go w naprawdę genialny sposób. Niesamowite wrażenie robi szczególnie ten moment, w którym instrumenty milkną, następuje cisza… i nagle – “I was wrong… this changes everything”. Bardzo fajne, choć nie nowe – vide przykładowo Indiscipline” King Crimson – rozwiązanie.
   Oto przed państwem były trzy najjaśniejsze momenty tego albumu – w moim prywatnym, subiektywnym odczuciu oczywiście. Najwięcej miesca poświęciłem dla Flood, ponieważ z całej trójki jest najmniej doceniony, a niesłusznie.

I jeszcze na koniec jedna myśl – czym odróżnia się Tool od zdecydowanej większości istniejących zespołów? Zbigniew Herbert pisząc w imieniu swojego nabardziej znanego bohatera – Pana Cogito tak wypowiada się o muzyce pop (którą w tym wierszu rozumiem jako całokształt muzyki rozrywkowej – czyli, innymi słowy, nie tylko pop, ale i rock, i hip hop, i… tak dalej):

“kłopot polega na tym
że krzyk wymyka się formie
jest uboższy od głosu

który wznosi się
i opada

krzyk dotyka ciszy
ale przez ochrypnięcie
a nie przez wolę
opisania ciszy”

Tool jest zespołem, który nie tyle, ile gra dźwiękiem, ile gra ciszą. Stara się ją opisać, znaleźć, zbadać i – co najważniejsze – potrafi się ciszą zachwycić. I to go odróżnia od masy płytkich zespołów, od tej niezmierzonej sieczki, która wszystkimi źródłami stara się o opanowywanie świata muzyki.

###

Tekst znajduje się także na multiblogu The Sounds Of Reality: http://rolek.wordpress.com/

Impresja na temat ciemności, deszczu i zimna. piątek, mar 21 2008 

Idę, wracam, wsłuchuję się w ciszę. Każdy cichy dźwięk wtapia się w ogółniezrozumianego i wszechobecnego – ale zarazem delikatnego szumu. Natomiast to, co głośne – przeciwnie. Odbija się echem i trzeszczy, warknięcie staje się rykiem. Słyszę odgłos własnych kroków na chodniku, własny oddech… i ciszę.

Na tle czarnego nieba poplamionego ciemnofioletowymi chmurami pojawia się zarys drzewa, jak najbardziej ziemskiego. Pozbawione liści konary wznoszą się ku mrocznemu niebu – nie zostaną wysłuchane, nawet tego nieoczekują. Z przyzwyczajenia składają swe chropowate dłonie i z przyzwyczajenia wpatrują się w górę. Nawet ich nadzieja jest przyzwyczajona; tak jak wcześniej, tak jak było, tak dobrze.Czarne kontury gałęzi przeszywają niebo, obserwując je tracę orientację między przestrzeniami. Czy nieskończony wszechświat daje się schwytać w pajęczynę drewnianych żył starego drzewa? Czemu nie wzięłem ze sobą rękawiczek?

Zimno. Chłód nie pozwala mi na głębniejsze studiowanie przedmiotu, przerywa jedną z nielicznych chwil, kiedy moje własne istnienie nie zakłóca niczyjego innego, kiedy żadne inne istnienie nie wkracza w moje. Kiedy istnieje tylko cisza, ja i świat stworzony na potrzeby wyobraźni, pod wszystkim jest wszystko, ukryte znaczenie – nie wszystkiego, nie przedmiotu – a mnie samego. Chłód przerywa jedną z nielicznych chwil, w których poznaję siebie samego, odkrywam swoje myśli, kształtuje je i rozpraszam, tworzę i burzę, czuję.

Deszcz tworzy na szkle moich okularów impresje. Rozmazane kolory, plamy barw, delikatne i szybkie ruchy pędzla po płótnie, kolory świateł, rozgwieżdzonej ziemi, zakorzenionych drzew w kosmosie. Każda kolejna kropla wody jest kolejnym dotykiem nieskończonej sztuki na zimnym materiale przed moimi oczami, bacznie wpatrzonymi w powstający twór. Idę, zaciskam z zimna pięści, marzę o cieple, o ucieczce z tego nieprzyjaznego miejsca, idę i wpatruję się w niepowstałe arcydzieła. Smugi lewitujących świateł, niewyraźne kreski płotów, wyblakłe kształty domów… brak punktu zaczepienia, brak klucza, którym mógłbym to wyjaśnić, przyswoić i zrozumieć, a jednak, ta sztuka chwili, ta gra rozpryskującego się deszczu jest mi w jakiś sposób znana, nie gubię się w niej, zaintrygowany wkraczam w jej świat, staram się ogarniąć myślą. Czemu nie wzięłem ze sobą rękawiczek?

Zimno.
Jak refren powraca przeszywające uczucie. Dłonie skostniałe i czerwone błagają o ogień.
Chłód.

Jedno słowo, jedne wrażenie niewymagające uzupełnień – samo jest uzupełnieniem, samo wypełnia, samo stanowi i samo przez siebie powstaje i nieśmiertelne dręczy.

-Zimno ci? /// wtuleni w siebie
-Nie… trochę w ręce, nie jest źle. ///jak może być im źle?

Stoję skubiąc trawę i obserwuję. Wsłuchuję się w głosy ludzi znajdujących się wokół mnie. Do mych uszu dochodzi wiatr i woda, przeciskają się pomiędzy frazami, wtłaczają się w wygodne miejsca wewnątrz czaszki. Później nerwami płyną po wszystkich zakątkach ciała, pracują wytrwale, aż będę chłodniejszy od mrozu na zewnątrz. O ile jeszcze nie jestem, poddany długotrwałemu procesowi zobojętniania.

Czymże jest czas, jak nie wielkim kotłem, w którym gotujemy się wszyscy razem, wszystko ze wszystkim – czymże jest przyszłość, jak nie przeszłością, czym jest teraźniejszość, jak nie abstrakcą – czymże jesteśmy my, jak nie………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………….

Czemu nie zabrałem ze sobą rękawiczek?

Pourquoi? czwartek, mar 20 2008 

   Pierwszy wpis na pierwszym (web)blogu, dzienniku internetowym – jak zwał, tak zwał.

   Nad założeniem takiego czegoś zastanawiałem się od pewnego czasu i znajdywałem równie wiele plusów jak i minusów. Głównym powodem, wedle którego miałbym NIE pisać, było moje zamknięte w sobie usposobienie. Tak, tak, jestem milczącym człowiekiem, który jak już coś mówi, to niewyraźnie (z każdą chwilą coraz bardziej przekonuję się do nowowybranego “pseudonimu artystycznego”). Nie lubię mówić dużo, nie lubię pisać ot tak, o sobie. Niechęć ta nie jest powodowana strachem o nadmierne wystawianie swojej prywatności na pokaz, ale – posłużę się oksymoronem – subiektywnym faktem, iż takie pisanie o sobie jest tematem niewdzięcznym, niemiłym i niezbyt zajmującym. Dlaczego więc powstał ten blog? Nie jest on o mnie, ale dla mnie. Taki ze mnie egoista…
   Akapit na kilka wyjaśnień. Lubię pisać – po trochu upatruję w tym swoją przyszłość – brakuje mi jednak regularności i pracowitości. Ogólnie uważam się za kogoś, kto umie pisać, i to pisać dobrze, ale wolno i w napływnie natchnienia. Jak się okazało kilkakrotnie, jestem jak jak, który pasie się leniwie na jakimś tybetańskim pastwisku i przeżuwając trawę obmyśla filozofię usprawiedliwiającą go z jego przyjemnego nicnierobienia.
   Przechodzę do sedna. Ten blog ma być treningiem. Zachętą do pisania, do myślenia, do ruszenia dupy z fotela i zrobienia czegoś sensownego (pomijając kwestię sensowności pisania blogów).
   Czego więc drogi przechodniu możesz się spodziewać na moim Pastwisku? Różności. Słów, zdań, wypowiedzi; niedoskonałej składni i kompozycji dążącej ku doskonałości.