Pierwszy wpis na pierwszym (web)blogu, dzienniku internetowym – jak zwał, tak zwał.

   Nad założeniem takiego czegoś zastanawiałem się od pewnego czasu i znajdywałem równie wiele plusów jak i minusów. Głównym powodem, wedle którego miałbym NIE pisać, było moje zamknięte w sobie usposobienie. Tak, tak, jestem milczącym człowiekiem, który jak już coś mówi, to niewyraźnie (z każdą chwilą coraz bardziej przekonuję się do nowowybranego “pseudonimu artystycznego”). Nie lubię mówić dużo, nie lubię pisać ot tak, o sobie. Niechęć ta nie jest powodowana strachem o nadmierne wystawianie swojej prywatności na pokaz, ale – posłużę się oksymoronem – subiektywnym faktem, iż takie pisanie o sobie jest tematem niewdzięcznym, niemiłym i niezbyt zajmującym. Dlaczego więc powstał ten blog? Nie jest on o mnie, ale dla mnie. Taki ze mnie egoista…
   Akapit na kilka wyjaśnień. Lubię pisać – po trochu upatruję w tym swoją przyszłość – brakuje mi jednak regularności i pracowitości. Ogólnie uważam się za kogoś, kto umie pisać, i to pisać dobrze, ale wolno i w napływnie natchnienia. Jak się okazało kilkakrotnie, jestem jak jak, który pasie się leniwie na jakimś tybetańskim pastwisku i przeżuwając trawę obmyśla filozofię usprawiedliwiającą go z jego przyjemnego nicnierobienia.
   Przechodzę do sedna. Ten blog ma być treningiem. Zachętą do pisania, do myślenia, do ruszenia dupy z fotela i zrobienia czegoś sensownego (pomijając kwestię sensowności pisania blogów).
   Czego więc drogi przechodniu możesz się spodziewać na moim Pastwisku? Różności. Słów, zdań, wypowiedzi; niedoskonałej składni i kompozycji dążącej ku doskonałości.