hydry czwartek, kwi 24 2008 

Włócząc się po ciasnych przestrzeniach Pozamykanych

W dziwne ramy dziwnych myśli obyczajów

Zatrzymuję się, by przyjrzeć się wyidealizowanej głupocie

 

Pięknej jak piękno, świetlistej jak złoto

Widoczne mi są wasze myśli Których nie ma

Których brak tak jasno akcentujecie w wypowiadanych

 

Słowach i kształtach, przez was wytworzonych

Pokazujecie maski lub twarze, sam się w nich nie rozeznam

Radzę wam je numerować, metkować, znakować

 

By postronni wiedzieli, czego się mogą od was spodziewać.

 

Przekłujcie uszy, zaobrączkujcie palce

Niech pojawią się na waszych piersiach symbole

Realne, nie kreujcie – kreatury – mistycyzmu

 

By postronni wiedzieli, czego się mogą od was spodziewać.

qqq I poniedziałek, kwi 21 2008 

Czy czasem zbyt dużo szczęścia nie przytłacza ludzi? Nie zaślepia – niczym dobroczynne słońce - ich oczu przed drogą, po której idą? Czy los, który w danej chwili się do nich uśmiecha, nie uśmiecha się ku nim, a przez nich? Przez ich groteskową postawę, ufną i nieświadomą, ślepych i głuchych na przestrogi?

I śmiech rozbrzmiewa nad nimi.

Kontekst. Ekspresja. czwartek, kwi 17 2008 

Gwiazdy spadają. Lecą bez celu, ich droga jest spokojna i bezkolizyjna. Nie ma końca ani początku. Gwiazdy te trwają w spadaniu, nieznane fizykom ciała niebieskie. Pędzą przez wszechświat by się zatrzymać – błysnąć – mignąć – zawirować – albo po prostu zakręcić się dookoła własnej osi, spojrzeć na płonący ogon, chuchnąć na lodowate tło i wrócić. Z zainteresowaniem oglądać coraz to nowe krajobrazy.
Dźwięk i uśmiech pod rozpadającym się niebem. Tak samo bez celu, tak samo bez myśli, pusta masa wypełniająca świat. Ręka która szarpie struny zapamiętale wybija poczucie własnego sensu, poszukiwania – a może to? A może tym razem? A… zatrzymać się – błysnąć – mignąć – zawirować – zabawić się – - i v’oila! Życie spędzone aktywnie wykorzystane z każdej miary, z wszystkich perspektyw.
Teraz tylko zatrzymać się i uszami – beznadziejnymi nałogowcami słuchania – wysłuchać cichego tykania – - cisza jest nudą, otchłanią bezdenną – czas! – czas! – - marnującą… – a więc ciche tykanie – musi być tykanie (jak bomba jak zegar jak niecierpliwe oczekiwanie w pełni uniesienia) … więc tykanie – oczywiście – powoli – może być cicho ! ale byle było dokładnie słyszalne, wyczuwalne i gęste jak dym, gęste – że złapiesz i rozpłyniesz w dłoni. Wyrzucić spokój, schludną marną estetykę i patrzeć i uśmiechać się dźwięcznym uśmiechem!
Gwiazdy spadające wirują na nieboskłonie, tańczą, pędzą, tworzą kolorowe linie, krzywe. Niezwykle są piękne kształty żywiołowe. Nieoczekiwane i nieodgadnione, nieznane fizykom. Kreślą po niebie szalone linie, żarzące się kontrastem w zimnych okolicznościach.
Tyka…? Cicho… ledwie słyszalnie – - – - – ale jednak tyka! Jednak trwa… -zaczekasz na mnie? -zaczekam, nie szkodzi, oczywiście – i hałas – cóż innego być może? Chaos dźwięków, słów, tupiących myśli pozbawionych smaku i finezji. Aż się brzydzę -dziękuję bardzo! – a proszę bardzo, nie ma za co – i szare, rozpadające się niebiosa za oknami wypełnione chłodnym spokojem – zanudzić się tym zimnem na śmierć.    Nic więcej.
I czas rozmięka w erze względności – zegar rozpływa się na stole i kapie na podłogę.
Chwila zrozumienia.
Szukanie, wybieganie do przodu, przyklękanie przy podłodze i szukanie sensu pod łóżkiem.
Teraz! – - uciekło – - ale czekać! – - czekam – - dziękuję – nie ma za co – cicho… słuchajmy tykania.
Dzień jak najwydajniej spędzony, jak najmilej, jak najprzyjemniej, buntować się przeciwko schematom mając świadomość, że schemat nasz jest klonem obalanego schematu. I stały, niewzruszony, nigdy niezachwiany okrąg obecności przeszłości obecnej – minionej – niezmiennie aktualnej.
Gwiazdy spadają. Jakie są zjawiskowe, pełne zapału i pasji. Jedna gwiazda zapala drugą, kręcą się, wirują, tańczą, kolorowe jezioro pod nimi świeci się ich blaskiem. Gwiazdy spadają. Nic ambitnego.
Tylko niebo stoi pusto – pełne i znudzone kręci tępo głową.
Tyk… tyk… tyk…
Atom to jądro, parę elektronów i wielka przestrzeń pustki.
Wielka przestrzeń pustki.
Tyk… tyk… tyk… wyprostujcie, bracia, plecy, wyciągnijcie ku górze ręce, namalujcie uśmiech sobie na twarzach, zmuście się do śmiechu, zaprzęgnijcie siebie samych do zabawy, gdyż czas was nadchodzi! Z hukiem i grzmotem i cichym tykaniem.
Bracia – - dziękuję – nie trzeba.
Otchłanio człowiecza – -
- – tak? Czekam, oczywiście, czekam.

Niewypowiedziane.

Tyk. Tyk. Tyk. Zatrzymują swe obroty prześliczne ciała niebieskie nieznane nikomu. Odliczają na palcach i z błyskiem w oku czekają.
I nagle, wśród lodowatej nudy, nad Ziemią pojawia się pełne ognia światło wypełniające całą przestrzeń od tu do tam.

Ragtime sobota, kwi 5 2008 

Pusta ulica. Prócz drobnych świateł ulicznych latarni spowita w ciemności. Kropi deszcz. Barwy granato-pochodne. Scenaria sprawia wrażenie niemalże przygnębiającej.
Wtem z prawa wychodzi para starszych ludzi w długich płaszczach. Kobieta niesie otwartę parasolkę, która chroni ją od nielicznych kropel deszczu. W niezmiennej odległości półtora kroku za nią idzie mężczyzna z czapką o szerokim i krótkim rondzie, które z daleka przypomina gustowny kapelusik. Kobieta patrzy niezmiennie przed siebie, nie odwraca wzroku, nic poza tym, co znajduje się przed nią, nie zajmuje jej uwagi.
Podążający za nią mężczyzna – przeciwnie. Rozgląda się po bokach, nie zwalniając tempa marszu obserwuje po trochu każdą z otaczających go rzeczy, następnie odwraca wzrok i skupia się na kolejnym obiekcie. Mimo tego ich kroki są doskonale zsynchronizowane. Gdy kobieta unosi nogę, by zrobić krok, mężczyzna robi to samo - jak mniemam - podświadomie, gdyż zazwyczaj wzrok ma skierowany w innym kierunku. Równocześnie kładą stopy na ziemi. Idą – nie patrząc na siebie w ogóle – po tej samej bezwzględnie prostej linii.
Wyobrażam sobie dopełnienie tego obrazka, skoczną muzykę ragtime, która przełamuje ciemność i nadaje scenie właściwy wydźwięk.