Gwiazdy spadają. Lecą bez celu, ich droga jest spokojna i bezkolizyjna. Nie ma końca ani początku. Gwiazdy te trwają w spadaniu, nieznane fizykom ciała niebieskie. Pędzą przez wszechświat by się zatrzymać – błysnąć – mignąć – zawirować – albo po prostu zakręcić się dookoła własnej osi, spojrzeć na płonący ogon, chuchnąć na lodowate tło i wrócić. Z zainteresowaniem oglądać coraz to nowe krajobrazy.
Dźwięk i uśmiech pod rozpadającym się niebem. Tak samo bez celu, tak samo bez myśli, pusta masa wypełniająca świat. Ręka która szarpie struny zapamiętale wybija poczucie własnego sensu, poszukiwania – a może to? A może tym razem? A… zatrzymać się – błysnąć – mignąć – zawirować – zabawić się – - i v’oila! Życie spędzone aktywnie wykorzystane z każdej miary, z wszystkich perspektyw.
Teraz tylko zatrzymać się i uszami – beznadziejnymi nałogowcami słuchania – wysłuchać cichego tykania – - cisza jest nudą, otchłanią bezdenną – czas! – czas! – - marnującą… – a więc ciche tykanie – musi być tykanie (jak bomba jak zegar jak niecierpliwe oczekiwanie w pełni uniesienia) … więc tykanie – oczywiście – powoli – może być cicho ! ale byle było dokładnie słyszalne, wyczuwalne i gęste jak dym, gęste – że złapiesz i rozpłyniesz w dłoni. Wyrzucić spokój, schludną marną estetykę i patrzeć i uśmiechać się dźwięcznym uśmiechem!
Gwiazdy spadające wirują na nieboskłonie, tańczą, pędzą, tworzą kolorowe linie, krzywe. Niezwykle są piękne kształty żywiołowe. Nieoczekiwane i nieodgadnione, nieznane fizykom. Kreślą po niebie szalone linie, żarzące się kontrastem w zimnych okolicznościach.
Tyka…? Cicho… ledwie słyszalnie – - – - – ale jednak tyka! Jednak trwa… -zaczekasz na mnie? -zaczekam, nie szkodzi, oczywiście – i hałas – cóż innego być może? Chaos dźwięków, słów, tupiących myśli pozbawionych smaku i finezji. Aż się brzydzę -dziękuję bardzo! – a proszę bardzo, nie ma za co – i szare, rozpadające się niebiosa za oknami wypełnione chłodnym spokojem – zanudzić się tym zimnem na śmierć.    Nic więcej.
I czas rozmięka w erze względności – zegar rozpływa się na stole i kapie na podłogę.
Chwila zrozumienia.
Szukanie, wybieganie do przodu, przyklękanie przy podłodze i szukanie sensu pod łóżkiem.
Teraz! – - uciekło – - ale czekać! – - czekam – - dziękuję – nie ma za co – cicho… słuchajmy tykania.
Dzień jak najwydajniej spędzony, jak najmilej, jak najprzyjemniej, buntować się przeciwko schematom mając świadomość, że schemat nasz jest klonem obalanego schematu. I stały, niewzruszony, nigdy niezachwiany okrąg obecności przeszłości obecnej – minionej – niezmiennie aktualnej.
Gwiazdy spadają. Jakie są zjawiskowe, pełne zapału i pasji. Jedna gwiazda zapala drugą, kręcą się, wirują, tańczą, kolorowe jezioro pod nimi świeci się ich blaskiem. Gwiazdy spadają. Nic ambitnego.
Tylko niebo stoi pusto – pełne i znudzone kręci tępo głową.
Tyk… tyk… tyk…
Atom to jądro, parę elektronów i wielka przestrzeń pustki.
Wielka przestrzeń pustki.
Tyk… tyk… tyk… wyprostujcie, bracia, plecy, wyciągnijcie ku górze ręce, namalujcie uśmiech sobie na twarzach, zmuście się do śmiechu, zaprzęgnijcie siebie samych do zabawy, gdyż czas was nadchodzi! Z hukiem i grzmotem i cichym tykaniem.
Bracia – - dziękuję – nie trzeba.
Otchłanio człowiecza – -
- – tak? Czekam, oczywiście, czekam.

Niewypowiedziane.

Tyk. Tyk. Tyk. Zatrzymują swe obroty prześliczne ciała niebieskie nieznane nikomu. Odliczają na palcach i z błyskiem w oku czekają.
I nagle, wśród lodowatej nudy, nad Ziemią pojawia się pełne ognia światło wypełniające całą przestrzeń od tu do tam.