Na początku zaintrygowały mnie jej włosy.

Stała w rogu na swoim cokole i obserwowała mnie spod przymkniętych powiek. I nic nie czułem, nic nie dostrzegałem. Widziałem pełno obiektów dookoła – także i ją – ale pobieżnie, podczas wędrówki wzroku zwiedzającego kolorowe ściany. Jedna z wielu.

Na początku zafascynowały mnie jej włosy. Trzymane za brązową opaską, grube i czarne – jak węże – i jak one lśniące (aż ruchome). Ze względu na nie, nazwałem ją Meduzą. Włosy tworzyły quasi-aurę dookoła jej głowy, zakręcone na swych końcach w antyczne ślimacze wzory, pełne jakże nie-greckiego chaosu i… charakterystycznego jedynie dla niej wdzięku. Jedyna z wielu.

Twarz miała słowiańską, pełną, przywykłą do śmiechu. Przymknięte oczy i jej delikatny uśmiech sprawiały wrażenie, że jest w stanie jakiegoś mistycznego uniesienia (aura jej włosów…). Jednocześnie czułem, że śmieje się ze mnie, że wyszydza moje próby jej odgadnięcia. Odwracałem wzrok, jednak znowu jestem – i obserwuje – tym razem jej uśmiech nie drwi, jest czysty, wmawia mi, że nigdy nie był skalany żadnym gwałtowniejszym uczuciem. Łaskawy i słodki.

Czoło wysokie i okrągłe, podtrzymywane przez lekko zarysowane linie brwi.

Twarz jej błyszcząca i bezbronna. Zasłuchana w muzykę Orfeusza zastygła w milczeniu. Jej zwiewnej białej tuniki już nie porusza wiatr, jej powieki nie zdatne są do otwarcia, jej skóra zasycha i staje się jak drewno.