Szarość wtorek, lip 22 2008 

Zazwyczaj unikam opisywania rzeczywistości wprost – pozbawiałoby mnie to możliwości edycji i zmieniania jej do własnego widzimisie.

Ale nie należy stać tylko z jednej strony barykady. Można stanąć symetralnie z drugiej strony, można stanąć na, można podkopać się pod i ostatecznie można odejść, by stworzyć osobisty cień barykady prawdziwie istniejącej.

Jest jeszcze jedna opcja – usiąść sobie w kącie, zaparzyć herbatę i myśleć o własnych myślach o rzeczywistości, sprawdzać własną przeszłość i przyszłość. Zejść z ciągle wydeptywanego toru własnego okręgu i rozpocząć obserwację.

Dlatego też zamiast przerzucać słowa z jednego miejsca na drugie, przenosić dźwięki ze struny na strunę czy też marnować czas w sposób taki lub owaki, zająłem się przewożeniem drewna z jednego usypiska na drugie. Czasu tego nie uważam za stracony, ponieważ – pomijając korzystanie ze słońca i powietrza, a także kwestię czysto materialną – miałem okazję do obserwacji, przy czym, zaznaczę od razu, obserwacji pozbawionej błyskotliwych wniosków. Zastanawiałem się, czy nie wykreślić nad całością interesującej paraboli lub zachwycić ludzi wymyślną metaforą – dziełem poetyckiej maszyny ojca Emmanuela – hiperboli oczu, która związała by wszystko i nadała temu uniwersalny sens. Jednak biorąc pod uwagę znany wszem i wobec fakt, że rzeczywistość jest szara, uznałem, że szarość sensu, ani tym bardziej puenty mieć nie musi.

Podczas mojej pracy towarzyszyła mi trzyletnia dziewczynka – estetka. Podczas pokonywania wciąż na nowo tej samej trasy prowadziliśmy dyskusje na temat piękna i mnogości jego odmian, a także o nieistniejącej linii oddzielającej go od brzydoty.

I tak – piękne są chwasty (które będąc pięknymi nie mogą nazywać się niepięknie, a więc brzydko, nazwane niech będą kwiatuszkami), kamyki bogate w kształty i kolory, mydlane bańki, motylki, lalki i sukienki w piękne wzory (kratka bądź kropki skutecznie przeistaczają piękno w brzydotę).

Podczas naszych wędrówek od czasu do czasu pojawiała się koło nas istota biegająco-szczekająca. Pies (piękny, nawiasem mówiąc) zajmował się głównie lataniem dookoła mojej taczki niczym satelita, gryzieniem drewna i bawieniem się w niebieskiej folii leżącej nieopodal.

Na marginesie ulicy leżał drugi pies – perfekcyjne przeciwieństwo pierwszego. Leniwe ruchy głową, otwieranie i zamykanie powiek przez całe dni. Raz zobaczyłem go w innym – aktualnie bardziej nasłonecznionym – miejscu drogi.

Obserwował (jak mniemam).

Białystok zaparowany. czwartek, lip 10 2008 

Para unosi się nad miastem. Żółte powietrze nasączające się zachodem słońca oblepia szczęśliwych ludzi. Oni natomiast oblepiają siebie nawzajem lawiną spojrzeń, której początkiem są niedostrzegalne krzyki ruchów powiek.

Pary wyłaniające się z końców ulic i zalęgające się na chodnikach taplają się w parze unoszonej przez powietrze.  Trzymają się ciepło za ręce i przeplatają słowa. Wyrazy płyną parnym korytarzem powietrza i serc, impulsywne znaki sympatii uśmiechów cudownie błyszczą na żółtym tle świata.

I ja także idę w  p a r z e. Wędruję po zaparowanym Białymstoku trzymając się za rączki z moim rowerem. Toczymy się powoli noga za kołem i koło za nogą i rozmyślam o tym, jak to oboje jesteśmy na swój własny sposób zepsuci.

Stwarzanie własnego okręgu. wtorek, lip 1 2008 

1.

1-2-3-4-5-6-7-8-9-10-11-F

Na pustym parkingu przy małej pizzerii zatrzymał się samochód. Kierowca po zgaszeniu silnika przez dłuższą chwilę siedział w ciemnościach i napawał się chłodnym powietrzem.
Lokal znajdował się na obrzeżach miasta i jako jeden z niewielu był czynny prawie bez przerwy. W trakcie nocy nie było zbyt wielu klientów, jednak właściciel uważał ich liczbę za „wystarczającą do dalszego funkcjonowania restauracji”. Przed frontem budynku postawione były dwie cementowe doniczki z żółtymi kwiatkami, które bez przeszkód zaścielały chodnik swoimi płatkami. Wszystkie ściany budynku niedawno zostały pomalowane pastelową farbą, a ambitnemu właścicielowi pizzerii marzył się jeszcze duży i wielokolorowy neon na dachu. „Wtedy dzieło stałoby się kompletnym”. Brak odpowiedniej sumy sprawiał jednak, że musiał zadowolić się jedynie stosowną tablicą wiszącą koło szklanych drzwi wejściowych.
Gdyby spojrzeć na to miejsce z góry, budynek ukazałby się kwadratem tonącym w zbyt dużej połaci parkingu.
W końcu człowiek wysiadł z pojazdu i nie spiesząc się podszedł pod drzwi pizzerii. Zatrzymał się na chwilę na kratkowanej wycieraczce z gumy i z zadumą wpatrzył się w naklejkę na drzwiach („PCHAĆ”). Zachwycony banalnością jej treści uśmiechnął się do siebie i korzystając z tej sposobności, że szklane drzwi odbijały jego postać niczym lustro – poprawił fryzurę. Potem, zgodnie z poleceniem, pchnął drzwi i wszedł do środka.
Udał się do stolika koło okna i, kiedy tylko pojawił się podstarzały kelner, zamówił kawę. Później wyjął z kieszeni mały notatnik i zaczął przeglądać zawarte w nim opowieści ze swojego życia. Niepozorny zbiór kartek w niebieskiej oprawie był jego najwierniejszym powiernikiem, nieorganicznym żywym przyjacielem. Przewracał powoli strony muskając wzrokiem własnoręcznie napisane zdania. Bawiła go ich banalność, ich naiwna szczerość, która wydawała mu się teraz zupełnie nienaturalna.
Spojrzał na zewnątrz, gdzie ciemne płatki kwiatów unosiły się na wietrze.
Wszystko to samo.
Kelner przyniósł kawę.
-Dziękuję.
W odpowiedzi kelner kiwnął głową i oddalił się nucąc refren popularnej młodzieżowej piosenki.
Człowiek nie zwrócił powtórnie uwagi na filiżankę, tylko wrócił do lektury. Na białych kartkach, starannym pismem między linijkami, płynęły wyrazy jego najmocniejszych emocji, najważniejszych przeżyć, osobistych filozofii. Niektóre z nich uważał teraz za dziecinne i jakże banalne, jednak było tam kilka takich, które urzekały go przenikliwością; człowiek z uznaniem pomyślał o swoich myślach.
Przekartkował kilka bolesnych epizodów, przeczytał ponownie wielokrotnie czytane świadectwa szczęścia i dotarł do niezapisanych jeszcze pustych stron. Metafora teraźniejszości, pustka domagająca się wypełnienia. Szczyt wszystkich czasów będący maleńkim punkcikiem przemieniającym pustkę w przeszłość. A on, wielki autor własnego życia, poczuł się bezwolną pacynką pozbawioną nawet c u d z e j ręki, która by nią kierowała. Tkwi nieruchomo i czeka na przeszłość.
-Banał. – mruknął. Rozpoczął się i się skończy. Okrutna symetria życia. Nie był choćby zaniepokojony swoją metafizyczną bezładnością, przerażała go natomiast inna rzecz, równie jak los banalna.
Spróbował kawy. Całkiem niezła.
Z kieszeni, z której wcześniej wydobył notatnik, wyjął długopis i dbając o kaligrafię zapisał na środku strony:

Kto zapłacze po mojej śmierci

Po chwili dorysował jeszcze znak zapytania. Poprawił rozpoczynającą literę, tworząc swego rodzaju sygnaturę. Wpatrywał się w napisane przed chwilą zdanie i prowadził chaotyczny dyskurs z przeciwstawnymi opiniami w swoim umyśle.
Dopił duszkiem kawę, położył pieniądze na stole i powstawszy zbliżył się do wyjścia.
-Żałosny banał. – powiedział cicho i wyrzucił notatnik wraz z długopisem do kosza na śmieci.
Wyszedł zamaszystym krokiem i wsiadł do samochodu. Szybko wyjechał z parkingu.
Żałował.
Kawa była gorąca i bolał go język.