Zazwyczaj unikam opisywania rzeczywistości wprost – pozbawiałoby mnie to możliwości edycji i zmieniania jej do własnego widzimisie.

Ale nie należy stać tylko z jednej strony barykady. Można stanąć symetralnie z drugiej strony, można stanąć na, można podkopać się pod i ostatecznie można odejść, by stworzyć osobisty cień barykady prawdziwie istniejącej.

Jest jeszcze jedna opcja – usiąść sobie w kącie, zaparzyć herbatę i myśleć o własnych myślach o rzeczywistości, sprawdzać własną przeszłość i przyszłość. Zejść z ciągle wydeptywanego toru własnego okręgu i rozpocząć obserwację.

Dlatego też zamiast przerzucać słowa z jednego miejsca na drugie, przenosić dźwięki ze struny na strunę czy też marnować czas w sposób taki lub owaki, zająłem się przewożeniem drewna z jednego usypiska na drugie. Czasu tego nie uważam za stracony, ponieważ – pomijając korzystanie ze słońca i powietrza, a także kwestię czysto materialną – miałem okazję do obserwacji, przy czym, zaznaczę od razu, obserwacji pozbawionej błyskotliwych wniosków. Zastanawiałem się, czy nie wykreślić nad całością interesującej paraboli lub zachwycić ludzi wymyślną metaforą – dziełem poetyckiej maszyny ojca Emmanuela – hiperboli oczu, która związała by wszystko i nadała temu uniwersalny sens. Jednak biorąc pod uwagę znany wszem i wobec fakt, że rzeczywistość jest szara, uznałem, że szarość sensu, ani tym bardziej puenty mieć nie musi.

Podczas mojej pracy towarzyszyła mi trzyletnia dziewczynka – estetka. Podczas pokonywania wciąż na nowo tej samej trasy prowadziliśmy dyskusje na temat piękna i mnogości jego odmian, a także o nieistniejącej linii oddzielającej go od brzydoty.

I tak – piękne są chwasty (które będąc pięknymi nie mogą nazywać się niepięknie, a więc brzydko, nazwane niech będą kwiatuszkami), kamyki bogate w kształty i kolory, mydlane bańki, motylki, lalki i sukienki w piękne wzory (kratka bądź kropki skutecznie przeistaczają piękno w brzydotę).

Podczas naszych wędrówek od czasu do czasu pojawiała się koło nas istota biegająco-szczekająca. Pies (piękny, nawiasem mówiąc) zajmował się głównie lataniem dookoła mojej taczki niczym satelita, gryzieniem drewna i bawieniem się w niebieskiej folii leżącej nieopodal.

Na marginesie ulicy leżał drugi pies – perfekcyjne przeciwieństwo pierwszego. Leniwe ruchy głową, otwieranie i zamykanie powiek przez całe dni. Raz zobaczyłem go w innym – aktualnie bardziej nasłonecznionym – miejscu drogi.

Obserwował (jak mniemam).