Z pamiętnika młodego harcerzyka. niedziela, sie 31 2008 

23.07.2004, Strążyska Polana

 

Pochodnia.

 

Słowo pochodnia jest słowem pochodnym od słowa pochodzić. Pochodzenie jest oczywiście spokrewnione z chodzeniem, tak więc domyślacie się z pewnością, że pochodnia, to jest to coś z czym się chodzi (można użyć też słowa: wędruje).

Człowiek chodzi nie tylko i wyłącznie w Świetle Dnia, musi więc wytwarzać Światło Sztuczne na Mroki, którymi są m.in.: noc i straszne jaskinie. Pochodnia, wg ludzi antycznych, to mniej więcej ognisko nasadzone na kij. My, jako ludzie w pełni i w najwyższym stopniu ucywilizowani, używamy innych rzeczy. Podstawowym odstraszaczem Mroku jest urządzenie o podłużnym, walcowatym kształcie zwane latarką. Latarka jest bardzo pożyteczna. Rzuca mocne światło przed siebie i dobrze widzimy, co jest przed nami. Niestety, jako urządzenie elektryczne wymaga elektryczności, tj. baterii (kształtem podobnych do latarki – podłużnych i walcowatych, tyle że są mniejszymi).  Może się więc zdarzyć, że po długiej i wyczerpującej wędrówce po strasznych jaskiniach wyczerpią się nam baterie i latarka jest bezużyteczna. Zewsząd kieruje się k nam dziki zwierz i zaczynamy czuć się źle. Sytuacja hipotetyczna, ale myślę, że może się zdarzyć każdemu ucywilizowanemu poszukiwaczowi przygód. Co pozostaje? Zapalić zapałkę i gazetą bić drapieżnika? Rozbić namiot i czekać na ratunek? Otóż nie! Można zrobić jeszcze coś innego, coś, czegośmy się z kolegami nauczyli na obozie harcerskim lat temu parę. Można stworzyć własną pochodnię!

Pochodnia własnoręcznie tworzona składa się z kilku elementów, a są to puszka zwana aerozolem (może być aerozolem wydalającym zapachy) oraz zapałka. Zapalamy zapałkę o brzeg pudełka do zapałek i na to psikamy aerozolem. Ważne! Psikać należy przed siebie, a nie na siebie. Należy uważać, aby powstałego ognia nie skierować na innego człowieka, bo może się spalić i będzie mu Przykro. Z taką oto pochodnią z pewnością dostaniemy się do wyjścia i odstraszymy wszelkie dzikie zwierzę.

Burza przed ciszą. czwartek, sie 28 2008 

Ja podszedłem drzwi i sprawdziłem, czy drzwi są zamknięte w wystarczającym stopniu. Żeby chronić. Wlazłem pod łóżko i milczałem i z niepokojem obserwowałem  huśtawkę z obrazka. I ty byłaś tam i huśtałaś się radośnie. I huśtałaś się smutnie. I huśtałaś się ze śmiechem. I huśtałaś się płacząc. I łzy, ostre jak amunicja, kruszyły obrazek na drobne kawałki. Obrazek z jaskrawo namalowanym słoneczkiem w lewym górnym roku upadł na ziemię.

W piękną sierpniową jesień spadł deszcz. Krople, bezwzględne jak pociski, skruszyły słoneczne dni na kawałki promieni, które odbijają się w kałużach i błądzą po już nie swoim świecie.
Poleciały do góry zaglądać ludziom do życia przez matowe szyby. Szkło pod wpływem czasu staje się brzydkie i szare, rdzewieje jak kraty. Promienie przeleciały między prętami i zakręciły się wokół nas.
My zaś, nie zważając na nie, siedzieliśmy naprzeciwko siebie i podtrzymując dłońmi pełne głowy wpatrywaliśmy się bacznie w siebie nawzajem.
(Padał deszcz) przez otwarte nagłym zrywem wiatru okno (wyleciały promienie). Błądzą po targanym wichrem krajobrazie, wśród konarów drzew, pomiędzy dwoma kolumnami wody, nad liśćmi i przelatują strwożone przez oczy.
Odłamki dawnego dnia walają się po ulicy. Zaskoczone nagłym końcem leżą nieruchomo na ziemi i próbują zrozumieć, co się w ogóle stało.

Ludzie, których desperacja jest wprost proporcjonalna do wilgoci na ich ubraniach, biegną pod daszki, do samochodów, do klatek, do wszelkich wymyślnych klaustofobicznych piekieł. Schronieniem przed jedną fobią jest druga fobia. Ludzie są bardzo szczęśliwymi istotami; mają ich tak wiele, że zawsze się ukryją. Ktoś z grupki stacjonującej w hipermarkecie kopał własny tunel i wyrzucał na powierzchnie brudne półsłówka.
Półsłówka biegały i szukały swoich połówek.
Osoba z innego obozu (pod daszkiem bloku) wyznała:
-To się zawsze zdarza mi.
Pozostali obozowicze przytaknęli.
Jeden dzieciak niezrzeszony krzyczał i biegał po kałużach. Zgromiła go matka jak Zeus. Umilkł i zakwilił, jak człowiekowi przystało.
I chmura znikła w swoim czasie. Woda wsiąkła w ziemię, a wszyscy, jak jeden, odetchnęli z ulgą w tą piękną sierpniową jesień.

Raz Dwa Trzy – Trudno nie wierzyć w nic. czwartek, sie 28 2008 

Ten zespół zawsze kojarzył mi się z kolesiem odzianym w koszulce w paski, który śpiewał poezję; sama muzyka zaś przemykała jakoś tak obok. Niepostrzeżenie. Pierwsze wrażenia często są mylne, a czas zmienia poglądy przeszłości.
Odkrywałem powoli. Odkrywałem kilka wspaniałych utworów i zagrzebywałem je w pamięci. Odkrywałem wierzchołki gór lodowych, nieświadom tego, że to, co słyszę, jest tylko niewielką częścią.
I w końcu odkryłem.
Album pełen kompozycji subtelnych, ale rytmicznych, okraszonych całkiem bogatym instrumentarium, pełen melodii chwytliwych, ale w żadnym wypadku nie melodii pustych. Z czystym sumieniem można powiedzieć, że ta muzyka jest niejednoznaczna – w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie ma tutaj żadnych wymuszonych efektów, narzuconego odgórnie klimatu… prawdziwie swobodna muzyka.
I chociaż zachwycają mnie partie gitary, instrumentów dętych, smyczkowych, akordeonu czy rewelacyjnej perkusji, wszystkie one są dla mnie swego rodzajem tłem. Wyraźnym, ale tylko tłem. To jest chyba pierwszy zespół, który tak mocno mnie poruszył poprzez… teksty.
Słowa piosenek są poetyckie, pełne dbałości o język (nieczęsto spotykane), napisane w niespotykanym stylu. Głębokie, niekiedy nasączone humorem ciągi wyrazów tworzące interesujące konstrukcje.
Słuchanie takiej muzyki sprawia prawdziwą przyjemność i satysfakcję. Takiej muzyki, której nie jest ani prymitywna, ani nie jest skomplikowana w prymitywny sposób. Z tekstami, które nie są tylko regulaminowym dodatkiem do niej, ale które same w sobie mają rzeczywistą wartość.
Zostaje jeszcze wiele do odkrycia.

Tworzenie wahadła środa, sie 13 2008 

Jak…
…pająk wiszący na nitce targany przez wiatr, przez silny i zimny wiatr. Jego niewielkie ciało zakreśla w powietrzu łuk.
Z lewa do prawa – - – - – i z prawa do lewa
Gdy sięga już odnóżką do granicy, już jest tuż tuż, magiczna siła ciągnie go w drugą stronę. I gdy w malutkim swym umyśle wytworzy pragnienie dosięgnięcia tego drugiego brzegu… złośliwy wiatr w przeznaczonym mu czasie odszarpuje go brutalnie w drugą stronę, a on wierzga i językiem ciała przeklina swój los.

… a gdy dociera do bezpiecznej, nieruchomej kory, myśli cienkie jak pajęczyna uciekają, pozostawiając komfortową pustkę.

Stwarzanie własnego okręgu. piątek, sie 1 2008 

2.

1-2-3-4-5-6-7-8-9-10-11-F

Wróciła do domu.
Dom jest przytulny i piękny. Pełen ciepła.
Słoneczne promienie poranku przenikały przez wpół uchylone żaluzje i tańczyły, tańczyły niezwykle, tajemniczo i pociągająco, tańczyły po pokojach w rytm wokalnego walca ptaków. Suknie z firanek falujące na wietrze – raz – pełne majestatu taneczne kroki cieni – dwa – bal na błyszczących podłogach i jasnych ścianach złotem przybranego pałacu! Obrót.
A ona, z jedną stopą wciąż błąkającą się w nocy, przechodziła obok i obserwowała ich radosne pląsy. Dotarła do drzwi i delikatnie nacisnęła na klamkę. Uśmiechnęła się na widok dwóch małych osóbek w dwóch małych łóżeczkach. Nim odeszła, podarowała im – na szczęście w nowym dniu – dwa małe pocałunki w ich małe czułka.
Później leciutko stąpając na palcach udała się do sypialni, gdzie kładąc się do łóżka szepnęła:
-Dzień dobry kochanie.

*

Obudził go krótki sygnał. Instynktownie – robił tak już przecież od paru lat – obrócił się i otwierając jedno oko nacisnął odpowiedni przycisk.
Banał.
Otworzył oko drugie i lekko się unosząc spojrzał na leżącą obok żonę. Śpi. To dobrze.
Usiadł i bez spoglądania na podłogę szukał pod nogami kapci. Po chwili, już odpowiednio obuty wstał, gotów do stoczenia kolejnej walki z dniem i życiem. Zawędrował do kuchni i zaparzył sobie kawę. Nie spał dobrze ostatniej nocy. Krótko i niewyraźnie. Bolała go głowa. Efekt zwalczania dzikiej samotności.
Usiadł przy stole i oparłszy się na łokciu wywoływał niezbędne myśli o powstającym dniu. Musiał stać się tym, kim był i kim powinien być, dorosłym, racjonalnie myślącym człowiekiem. „Przede mną to… i to i to… w sumie banał, ale… tamto będzie stało na przeszkodzie… potem to i tamto, muszę się spotkać z tym… i tym… … ja chcę spać… o”.
Nie spiesząc się – na to jeszcze przyjdzie czas – wypił kawę. Przyjął kolejną dawkę swojego narkotyku warunkującego jego przetrwanie.
Czas zacząć żyć!
1. Obudził dzieci strasząc je szkołą.
2. Zrobił im i sobie śniadanie (proste i pożywne).
3. Potem się ubrał.
4. Tak jak zawsze, jak czynił to każdego ranka spędził kilka minut pełnych skupienia przy lustrze.
5. Poganiał dzieci niczym owce – o, dobry pasterzu! – do samochodu.
6. Odstawił je przy szkole.
7. Pojechał przeżyć swoją bezbłędnie wymiarkowaną dawkę cierpienia.

Zatrzymał się przy dużym biurowcu. Wszedł do środka zamieniając po drodze kilka razy „dzieńdobry” i przeciskając się między ludźmi dotarł do windy. Guziczek, drzwi, guziczek.
-Banał.
Znalazł się na swoim piętrze. Od razu ruszył do swojego biurka. Grzeczny i układny – lepiej nie narażać się szefowi, szczególnie takiemu jak ten: gruby, niemiły i egocentryczny (każdym gestem oraz słowem starał się pokazać swoją wyższość nad „tępymi pracownikami”). Przypominał sobie tylko jedno zajście z pracodawcą, nie chciał tego nigdy więcej powtarzać.
Usiadł i zaczął pracować.
Po kilku minutach na piętro wbiegł zdyszany mężczyzna, wyminął zgrabnie ludzi i inne przeszkody na drodze.
-Hej Marcin! – powiedział siadając przy swoim stanowisku. Zagadnięty uniósł głowę znad papierów i spojrzał na przybysza.
-Spóźniłeś się.
-Wiem i bez ciebie. A ty co, w Stasia się bawisz?
Na te słowa pracownik siedzący parę biurek dalej uniósł głowę i spojrzał na niego z niechęcią.
-Bez urazy – dodał pośpiesznie – Chodzi mi tylko o to, że każdy ma w życiu swoją rolę i nietaktem byłoby zgrywanie cudzej. Ja jestem wolnym ptakiem, Staszek uporządkowany i w ogóle – powinieneś zagadać do starego zgreda o podwyżkę tak przy okazji – a pan Marcin się włóczy i banalizuje wszystko, co napotka na swojej drodze.
-Zapomniałeś dodać, że za dużo gadasz.
-A ty coś za mało ostatnio. Zdecydowanie za mało. Wiesz, to pewnie jest szkodliwe.
Marcin się zaśmiał.
-Zapewne jest. – pochylił się znowu nad dokumentami.
Między grupami biurek przeszła wysoka brunetka.
-Andrzeju Opolski, jesteś proszony.
-Już idę Agatko. – proszony wstał i udał się za kobietą.
-Mówiłem. – powiedział do siebie Marcin.

*

12:30
Marcin wstał i udał się do bufetu znajdującego się parę pięter niżej. Podszedł do windy. Guziczek.
-Poczekaj na mnie!
Marcin obrócił się i zobaczył szybko zbliżającego się Stasia.
-Jasne.
Drzwi, guziczek.
-Śmiesznie dziś z Andrzejem wyszło, co nie?
-Dziś jeszcze śmiesznie, ale… kiedyś cierpliwość szefa się skończy. I nawet Andrzej straci humor.
-To to się nie stanie na pewno. – zaoponował Staszek – A nawet jak już, to nie na długo.
-Raczej nie.
Otworzyły się drzwi do windy.
-Ee… Marcin, ty myślisz, że to co powiedział Andrzej dzisiaj rano… o mnie, wiesz, żebym zagadał o podwyżkę… ty myślisz, że powinienem?
-Tak, zasługujesz na nią. Pracujesz powyżej normy.
-Z taką normą, jaką niektórzy tu prezentują, to nieciężko konkurować.
-Więc wykorzystaj to.
-W sumie to masz rację. – dotarli do bufetu – Zestaw obiadowy ze schabowym i niesłodzoną herbatę poproszę.

*

17:05
Minęło, minęło, minęło. Czekać, aż nadejdzie koniec, by móc od początku rozpocząć cykl.