2.
Wróciła do domu.
Dom jest przytulny i piękny. Pełen ciepła.
Słoneczne promienie poranku przenikały przez wpół uchylone żaluzje i tańczyły, tańczyły niezwykle, tajemniczo i pociągająco, tańczyły po pokojach w rytm wokalnego walca ptaków. Suknie z firanek falujące na wietrze – raz – pełne majestatu taneczne kroki cieni – dwa – bal na błyszczących podłogach i jasnych ścianach złotem przybranego pałacu! Obrót.
A ona, z jedną stopą wciąż błąkającą się w nocy, przechodziła obok i obserwowała ich radosne pląsy. Dotarła do drzwi i delikatnie nacisnęła na klamkę. Uśmiechnęła się na widok dwóch małych osóbek w dwóch małych łóżeczkach. Nim odeszła, podarowała im – na szczęście w nowym dniu – dwa małe pocałunki w ich małe czułka.
Później leciutko stąpając na palcach udała się do sypialni, gdzie kładąc się do łóżka szepnęła:
-Dzień dobry kochanie.
*
Obudził go krótki sygnał. Instynktownie – robił tak już przecież od paru lat – obrócił się i otwierając jedno oko nacisnął odpowiedni przycisk.
Banał.
Otworzył oko drugie i lekko się unosząc spojrzał na leżącą obok żonę. Śpi. To dobrze.
Usiadł i bez spoglądania na podłogę szukał pod nogami kapci. Po chwili, już odpowiednio obuty wstał, gotów do stoczenia kolejnej walki z dniem i życiem. Zawędrował do kuchni i zaparzył sobie kawę. Nie spał dobrze ostatniej nocy. Krótko i niewyraźnie. Bolała go głowa. Efekt zwalczania dzikiej samotności.
Usiadł przy stole i oparłszy się na łokciu wywoływał niezbędne myśli o powstającym dniu. Musiał stać się tym, kim był i kim powinien być, dorosłym, racjonalnie myślącym człowiekiem. „Przede mną to… i to i to… w sumie banał, ale… tamto będzie stało na przeszkodzie… potem to i tamto, muszę się spotkać z tym… i tym… … ja chcę spać… o”.
Nie spiesząc się – na to jeszcze przyjdzie czas – wypił kawę. Przyjął kolejną dawkę swojego narkotyku warunkującego jego przetrwanie.
Czas zacząć żyć!
1. Obudził dzieci strasząc je szkołą.
2. Zrobił im i sobie śniadanie (proste i pożywne).
3. Potem się ubrał.
4. Tak jak zawsze, jak czynił to każdego ranka spędził kilka minut pełnych skupienia przy lustrze.
5. Poganiał dzieci niczym owce – o, dobry pasterzu! – do samochodu.
6. Odstawił je przy szkole.
7. Pojechał przeżyć swoją bezbłędnie wymiarkowaną dawkę cierpienia.
Zatrzymał się przy dużym biurowcu. Wszedł do środka zamieniając po drodze kilka razy „dzieńdobry” i przeciskając się między ludźmi dotarł do windy. Guziczek, drzwi, guziczek.
-Banał.
Znalazł się na swoim piętrze. Od razu ruszył do swojego biurka. Grzeczny i układny – lepiej nie narażać się szefowi, szczególnie takiemu jak ten: gruby, niemiły i egocentryczny (każdym gestem oraz słowem starał się pokazać swoją wyższość nad „tępymi pracownikami”). Przypominał sobie tylko jedno zajście z pracodawcą, nie chciał tego nigdy więcej powtarzać.
Usiadł i zaczął pracować.
Po kilku minutach na piętro wbiegł zdyszany mężczyzna, wyminął zgrabnie ludzi i inne przeszkody na drodze.
-Hej Marcin! – powiedział siadając przy swoim stanowisku. Zagadnięty uniósł głowę znad papierów i spojrzał na przybysza.
-Spóźniłeś się.
-Wiem i bez ciebie. A ty co, w Stasia się bawisz?
Na te słowa pracownik siedzący parę biurek dalej uniósł głowę i spojrzał na niego z niechęcią.
-Bez urazy – dodał pośpiesznie – Chodzi mi tylko o to, że każdy ma w życiu swoją rolę i nietaktem byłoby zgrywanie cudzej. Ja jestem wolnym ptakiem, Staszek uporządkowany i w ogóle – powinieneś zagadać do starego zgreda o podwyżkę tak przy okazji – a pan Marcin się włóczy i banalizuje wszystko, co napotka na swojej drodze.
-Zapomniałeś dodać, że za dużo gadasz.
-A ty coś za mało ostatnio. Zdecydowanie za mało. Wiesz, to pewnie jest szkodliwe.
Marcin się zaśmiał.
-Zapewne jest. – pochylił się znowu nad dokumentami.
Między grupami biurek przeszła wysoka brunetka.
-Andrzeju Opolski, jesteś proszony.
-Już idę Agatko. – proszony wstał i udał się za kobietą.
-Mówiłem. – powiedział do siebie Marcin.
*
12:30
Marcin wstał i udał się do bufetu znajdującego się parę pięter niżej. Podszedł do windy. Guziczek.
-Poczekaj na mnie!
Marcin obrócił się i zobaczył szybko zbliżającego się Stasia.
-Jasne.
Drzwi, guziczek.
-Śmiesznie dziś z Andrzejem wyszło, co nie?
-Dziś jeszcze śmiesznie, ale… kiedyś cierpliwość szefa się skończy. I nawet Andrzej straci humor.
-To to się nie stanie na pewno. – zaoponował Staszek – A nawet jak już, to nie na długo.
-Raczej nie.
Otworzyły się drzwi do windy.
-Ee… Marcin, ty myślisz, że to co powiedział Andrzej dzisiaj rano… o mnie, wiesz, żebym zagadał o podwyżkę… ty myślisz, że powinienem?
-Tak, zasługujesz na nią. Pracujesz powyżej normy.
-Z taką normą, jaką niektórzy tu prezentują, to nieciężko konkurować.
-Więc wykorzystaj to.
-W sumie to masz rację. – dotarli do bufetu – Zestaw obiadowy ze schabowym i niesłodzoną herbatę poproszę.
*
17:05
Minęło, minęło, minęło. Czekać, aż nadejdzie koniec, by móc od początku rozpocząć cykl.
2 sierpień 2008 o 12:37 |
super! wreszcie coś się dzieje. pierwszy rozdział tego cyklu do mnie nie przemówił, ale ta notka już jest ok
czekamy na kolejne części
czy ten bohater nie jest przypadkiem dziennikarzem? wiesz, widzę że jego życie jest trochę podobne do mojego… zbieg okoliczności?