2.

1-2-3-4-5-6-7-8-9-10-11-F

Wróciła do domu.
Dom jest przytulny i piękny. Pełen ciepła.
Słoneczne promienie poranku przenikały przez wpół uchylone żaluzje i tańczyły, tańczyły niezwykle, tajemniczo i pociągająco, tańczyły po pokojach w rytm wokalnego walca ptaków. Suknie z firanek falujące na wietrze – raz – pełne majestatu taneczne kroki cieni – dwa – bal na błyszczących podłogach i jasnych ścianach złotem przybranego pałacu! Obrót.
A ona, z jedną stopą wciąż błąkającą się w nocy, przechodziła obok i obserwowała ich radosne pląsy. Dotarła do drzwi i delikatnie nacisnęła na klamkę. Uśmiechnęła się na widok dwóch małych osóbek w dwóch małych łóżeczkach. Nim odeszła, podarowała im – na szczęście w nowym dniu – dwa małe pocałunki w ich małe czułka.
Później leciutko stąpając na palcach udała się do sypialni, gdzie kładąc się do łóżka szepnęła:
-Dzień dobry kochanie.

*

Obudził go krótki sygnał. Instynktownie – robił tak już przecież od paru lat – obrócił się i otwierając jedno oko nacisnął odpowiedni przycisk.
Banał.
Otworzył oko drugie i lekko się unosząc spojrzał na leżącą obok żonę. Śpi. To dobrze.
Usiadł i bez spoglądania na podłogę szukał pod nogami kapci. Po chwili, już odpowiednio obuty wstał, gotów do stoczenia kolejnej walki z dniem i życiem. Zawędrował do kuchni i zaparzył sobie kawę. Nie spał dobrze ostatniej nocy. Krótko i niewyraźnie. Bolała go głowa. Efekt zwalczania dzikiej samotności.
Usiadł przy stole i oparłszy się na łokciu wywoływał niezbędne myśli o powstającym dniu. Musiał stać się tym, kim był i kim powinien być, dorosłym, racjonalnie myślącym człowiekiem. „Przede mną to… i to i to… w sumie banał, ale… tamto będzie stało na przeszkodzie… potem to i tamto, muszę się spotkać z tym… i tym… … ja chcę spać… o”.
Nie spiesząc się – na to jeszcze przyjdzie czas – wypił kawę. Przyjął kolejną dawkę swojego narkotyku warunkującego jego przetrwanie.
Czas zacząć żyć!
1. Obudził dzieci strasząc je szkołą.
2. Zrobił im i sobie śniadanie (proste i pożywne).
3. Potem się ubrał.
4. Tak jak zawsze, jak czynił to każdego ranka spędził kilka minut pełnych skupienia przy lustrze.
5. Poganiał dzieci niczym owce – o, dobry pasterzu! – do samochodu.
6. Odstawił je przy szkole.
7. Pojechał przeżyć swoją bezbłędnie wymiarkowaną dawkę cierpienia.

Zatrzymał się przy dużym biurowcu. Wszedł do środka zamieniając po drodze kilka razy „dzieńdobry” i przeciskając się między ludźmi dotarł do windy. Guziczek, drzwi, guziczek.
-Banał.
Znalazł się na swoim piętrze. Od razu ruszył do swojego biurka. Grzeczny i układny – lepiej nie narażać się szefowi, szczególnie takiemu jak ten: gruby, niemiły i egocentryczny (każdym gestem oraz słowem starał się pokazać swoją wyższość nad „tępymi pracownikami”). Przypominał sobie tylko jedno zajście z pracodawcą, nie chciał tego nigdy więcej powtarzać.
Usiadł i zaczął pracować.
Po kilku minutach na piętro wbiegł zdyszany mężczyzna, wyminął zgrabnie ludzi i inne przeszkody na drodze.
-Hej Marcin! – powiedział siadając przy swoim stanowisku. Zagadnięty uniósł głowę znad papierów i spojrzał na przybysza.
-Spóźniłeś się.
-Wiem i bez ciebie. A ty co, w Stasia się bawisz?
Na te słowa pracownik siedzący parę biurek dalej uniósł głowę i spojrzał na niego z niechęcią.
-Bez urazy – dodał pośpiesznie – Chodzi mi tylko o to, że każdy ma w życiu swoją rolę i nietaktem byłoby zgrywanie cudzej. Ja jestem wolnym ptakiem, Staszek uporządkowany i w ogóle – powinieneś zagadać do starego zgreda o podwyżkę tak przy okazji – a pan Marcin się włóczy i banalizuje wszystko, co napotka na swojej drodze.
-Zapomniałeś dodać, że za dużo gadasz.
-A ty coś za mało ostatnio. Zdecydowanie za mało. Wiesz, to pewnie jest szkodliwe.
Marcin się zaśmiał.
-Zapewne jest. – pochylił się znowu nad dokumentami.
Między grupami biurek przeszła wysoka brunetka.
-Andrzeju Opolski, jesteś proszony.
-Już idę Agatko. – proszony wstał i udał się za kobietą.
-Mówiłem. – powiedział do siebie Marcin.

*

12:30
Marcin wstał i udał się do bufetu znajdującego się parę pięter niżej. Podszedł do windy. Guziczek.
-Poczekaj na mnie!
Marcin obrócił się i zobaczył szybko zbliżającego się Stasia.
-Jasne.
Drzwi, guziczek.
-Śmiesznie dziś z Andrzejem wyszło, co nie?
-Dziś jeszcze śmiesznie, ale… kiedyś cierpliwość szefa się skończy. I nawet Andrzej straci humor.
-To to się nie stanie na pewno. – zaoponował Staszek – A nawet jak już, to nie na długo.
-Raczej nie.
Otworzyły się drzwi do windy.
-Ee… Marcin, ty myślisz, że to co powiedział Andrzej dzisiaj rano… o mnie, wiesz, żebym zagadał o podwyżkę… ty myślisz, że powinienem?
-Tak, zasługujesz na nią. Pracujesz powyżej normy.
-Z taką normą, jaką niektórzy tu prezentują, to nieciężko konkurować.
-Więc wykorzystaj to.
-W sumie to masz rację. – dotarli do bufetu – Zestaw obiadowy ze schabowym i niesłodzoną herbatę poproszę.

*

17:05
Minęło, minęło, minęło. Czekać, aż nadejdzie koniec, by móc od początku rozpocząć cykl.