Chciałem napisać o wolności.
Śniłem o przerażeniu.
Z ich połączenia wynikła mi przyszłość.
Siedziałem na fotelu z nogami na parapecie i obserwowałem noc. Księżyc zakryty chmurami, a niżej, w wyblakłych blokach płoną światła żarówek. Raz zapala się cały pion na klatce i para ludzi mija kolejne piętra. Spoglądają na numery na drzwiach.
W oknie naprzeciwko mnie błyskał niebiesko telewizor, mienił się barwnie w czarnych ramach pokoju. Przed nim na kanapie siedzieli widzowie, odpoczywali w domu po ciężkim dniu. Od czasu do czasu ktoś wstał i przeszedł się korytarzem, wziął coś, porozmawiał? I wracał ponownie na swoje ciepłe i dobrze ugniecione siedzisko.
Na ulicy pod światłami latarń błyszczą się ulice. Suche i matowe, z wymogów nocy stają się wyczekujące jak płótno na farbę, poprzez którą malarz, śmiertelnie stęskniony do sztuki, przelewa swą duszę w długą smugę ciemnego odcienia żółtego koloru. Delikatne pocałunki wiatru muskają napiętą powierzchnię asfaltu, na której malują się nocne odbicia świata.
Siedziałem na fotelu z nogami na parapecie i obserwowałem noc. Marzyłem, a marzenia moje wypływały i na czas, w którym zamykałem swoje oczy, przemierzały świat wzdłuż, wszerz i w głąb, obracały wszelkie ziarneczka piasku w mojej klepsydrze życia, barwnie malowały przyszłość, ubierały przeszłość w unikalne kreacje, dawały wizje mojego świata, tak, że czegokolwiek zapragnąłbym, pochwyciłbym… aż poruszyłem palcem lekko do góry i otworzyłem oczy. Znikło. Przeklęta niech będzie teraźniejszość, za to, że wymaga żyć, a nie przeżywać.
Przerażony wolnością wyboru, przesiąknięty uczuciem bezradności wobec ogromu odpowiedzialności przed samym sobą za każdą zmarnowaną chwilę, za brak poprawnych odpowiedzi lub za brak zadania pytań siedziałem na fotelu z nogami na parapecie i obserwowałem noc. Jej mury nieprzeniknione, czarne jak ona sama, pełne uroku hipnotyzujących gwiazd, a człowiek, który wpatrzony w nie dostrzega, że tak naprawdę nigdy nie widzi nic, głupie punkty walczące na spojrzenia; jej mury, jak otchłań – - a my stoimy nad tą przepaścią próbując dojrzeć głębokiego dna, gdy tylko kamienie cicho szumiące w dół, do dalekich tam skał – to wiatr, jej mury, jej księżyc, co zgasł, jej mrok, jej oddech i sens, który ginie za dnia…
Zastanawiałem się czym jest wolność i uznałem, że wyborem, które kajdany założę na własne przeguby. Bólem, że w tamtych, które trzymałem w swoich dłoniach, lecz je odrzuciłem, byłbym szczęśliwszy. Euforią płynącą ze zdartej skóry i płaczu spowodowanego przez niezgrabną kulę u nogi, dzięki której dowiedziałem się, że istnieje sens, że cierpienie odrzucania w jej imię nie pogrąży mnie. Że moje słowa wdzięczności dołączą do tych wcześniej na niej wyrytych. Klatka, rozmiar kajdan i współwięźniowie – oto moja wolność.
…aż za murów nocy wyskoczyły strachy, małe i wielkie, z ogniem w ich oczach, ze szponami słów, a z ich gardeł wydobywał się krzyk. Wlatywały chmarami przez okno opanowując nagle cały mój pokój. Skakały po ścianach, śmiały się głośno i z oczami wypełnionymi esencją przerażenia rozrywały mnie na kawałki, z których każdy chciał wędrować w inną stronę.
Strach powstaje z wolności. Strach przed własnymi decyzjami, przed mozolnymi staraniami, aby je urzeczywistnić. Przyszłość jest schowana w gęstej mgle, która nie pozwala dojrzeć dalej niż na wyciągnięcie ręki. Rozczapierzone palce badają chłodną strukturę powietrza starając się odgadnąć, co jest przed nimi schowane.
Niepewność powstaje z wolności, z niepewności powstaje strach, strach powstaje z wolności.
Poszukiwałem odwagi niezbędnej do ruszenia własnego życia z wytyczonego toru. Siły do zaprzestania snucia biernych marzeń, a wzięcia się za siebie i ich napisanie, sprawienie, że staną się teraźniejszością. Zerwaniem z fikcją przetworzoną na rzecz fikcji stworzonej i zerwaniem z rzeczywistością nieprawdziwą dla rzeczywistości realnie istniejącej.
Księżyc świecił skromnie poprzez chmury, a jego blask ożywiał szare figury bloków.