*** niedziela, wrz 28 2008 

Ruch, prędkość i siła zderzenia.

…………………………………………………………………………………….

Wśród ogłuszającego huku zgniatanego metalu, pomiędzy wrzaskami bólu a zgrzytem pojawia się cisza – - i na przeciw czasu nadal pozostaje Pustką, wyrwą nie dającą się wypełnić w przestrzeni. Rozległa się w kilku chwilach, gdy ostatni oddech zagasał w powietrzu. Przecięła otaczający ją hałas i pozostała niewzruszona w miejsce już nieobecnych.

 

- – -

 

A następnego dnia mniej osób powitało poranek.

Działanie. niedziela, wrz 21 2008 

Chciałem napisać o wolności.

Śniłem o przerażeniu.

Z ich połączenia wynikła mi przyszłość.

 

Siedziałem na fotelu z nogami na parapecie i obserwowałem noc. Księżyc zakryty chmurami, a niżej, w wyblakłych blokach płoną światła żarówek. Raz zapala się cały pion na klatce i para ludzi mija kolejne piętra. Spoglądają na numery na drzwiach.

W oknie naprzeciwko mnie błyskał niebiesko telewizor, mienił się barwnie w czarnych ramach pokoju. Przed nim na kanapie siedzieli widzowie, odpoczywali w domu po ciężkim dniu. Od czasu do czasu ktoś wstał i przeszedł się korytarzem, wziął coś, porozmawiał? I wracał ponownie na swoje ciepłe i dobrze ugniecione siedzisko.

Na ulicy pod światłami latarń błyszczą się ulice. Suche i matowe, z wymogów nocy stają się wyczekujące jak płótno na farbę, poprzez którą malarz, śmiertelnie stęskniony do sztuki, przelewa swą duszę w długą smugę ciemnego odcienia żółtego koloru. Delikatne pocałunki wiatru muskają napiętą powierzchnię asfaltu, na której malują się nocne odbicia świata.

 

Siedziałem na fotelu z nogami na parapecie i obserwowałem noc. Marzyłem, a marzenia moje wypływały i na czas, w którym zamykałem swoje oczy, przemierzały świat wzdłuż, wszerz i w głąb,  obracały wszelkie ziarneczka piasku w mojej klepsydrze życia, barwnie malowały przyszłość, ubierały przeszłość w unikalne kreacje, dawały wizje mojego świata, tak, że czegokolwiek zapragnąłbym, pochwyciłbym… aż poruszyłem palcem lekko do góry i otworzyłem oczy. Znikło. Przeklęta niech będzie teraźniejszość, za to, że wymaga żyć, a nie przeżywać. 

Przerażony wolnością wyboru, przesiąknięty uczuciem bezradności wobec ogromu odpowiedzialności przed samym sobą za każdą zmarnowaną chwilę, za brak poprawnych odpowiedzi lub za brak zadania pytań siedziałem na fotelu z nogami na parapecie i obserwowałem noc. Jej mury nieprzeniknione, czarne jak ona sama, pełne uroku hipnotyzujących gwiazd, a człowiek, który wpatrzony w nie dostrzega, że tak naprawdę nigdy nie widzi nic, głupie punkty walczące na spojrzenia; jej mury, jak otchłań – - a my stoimy nad tą przepaścią próbując dojrzeć głębokiego dna, gdy tylko kamienie cicho szumiące w dół, do dalekich tam skał – to wiatr, jej mury, jej księżyc, co zgasł, jej mrok, jej oddech i sens, który ginie za dnia…

 

Zastanawiałem się czym jest wolność i uznałem, że wyborem, które kajdany założę na własne przeguby. Bólem, że w tamtych, które trzymałem w swoich dłoniach, lecz je odrzuciłem, byłbym szczęśliwszy. Euforią płynącą ze zdartej skóry i płaczu spowodowanego przez niezgrabną kulę u nogi, dzięki której dowiedziałem się, że istnieje sens, że cierpienie odrzucania w jej imię nie pogrąży mnie. Że moje słowa wdzięczności dołączą do tych wcześniej na niej wyrytych. Klatka, rozmiar kajdan i współwięźniowie – oto moja wolność.

 

…aż za murów nocy wyskoczyły strachy, małe i wielkie, z ogniem w ich oczach, ze szponami słów, a z ich gardeł wydobywał się krzyk. Wlatywały chmarami przez okno opanowując nagle cały mój pokój. Skakały po ścianach, śmiały się głośno i z oczami wypełnionymi esencją przerażenia rozrywały mnie na kawałki, z których każdy chciał wędrować w inną stronę.

Strach powstaje z wolności. Strach przed własnymi decyzjami, przed mozolnymi staraniami, aby je urzeczywistnić. Przyszłość jest schowana w gęstej mgle, która nie pozwala dojrzeć dalej niż na wyciągnięcie ręki. Rozczapierzone palce badają chłodną strukturę powietrza starając się odgadnąć, co jest przed nimi schowane.

Niepewność powstaje z wolności, z niepewności powstaje strach, strach powstaje z wolności.

Poszukiwałem odwagi niezbędnej do ruszenia własnego życia z wytyczonego toru. Siły do zaprzestania snucia biernych marzeń, a wzięcia się za siebie i ich napisanie, sprawienie, że staną się teraźniejszością. Zerwaniem z fikcją przetworzoną na rzecz fikcji stworzonej i zerwaniem z rzeczywistością nieprawdziwą dla rzeczywistości realnie istniejącej.  

 

Księżyc świecił skromnie poprzez chmury, a jego blask ożywiał szare figury bloków.

My leccy na powierzchni wód niedziela, wrz 7 2008 

Nareszcie noc. Spokojny szum mijających się nieustannie samochodów za oknem upstrzonym rozlicznymi jasnymi światłami – to budynki – to bloki, zakłady pracy, szkoły, więzienia – to ludzie. Tak  bardzo od nas oddaleni, że stają się zaledwie odbiciami na naszej szybie. Zasuńmy zasłony, ukryjmy się jeszcze głębiej przed nimi, utwórzmy rajską wyspę odgrodzoną oceanami od skrzeczącej pospolitości. Albo – przyklejmy nos do szyby i rozpocznijmy obserwację własnego gatunku, z której – jak wiadomo już teraz – nie ustalimy żadnej stałej wartości. Niestety, jesteśmy bardziej złożeni od ciem garnących się do ognia lub wilków, które od niego uciekają. Zwierzęta nocy sprawdzane pod światłem. My jesteśmy czymś znacznie większym. Ludźmi.

Którzy ze względu na swoją wielkość nie potrafią określić swojej przynależności. Umiemy spacerkiem  wędrować od dnia do nocy lub z nocy do dnia, a także skrywać się niewidoczni w zmierzchu lub bohatersko trwać w bólu oczekując świtu. Umiemy się okłamywać, że nadejdzie; umiemy mówić fałsz, że się już nigdy nie pojawi. Jesteśmy niejednoznaczni i niejednorodni. Jesteśmy świętymi, grzesznikami – nie mówię o zbiorowisku, lecz – zależnie od sytuacji. Decydując na podstawie wewnętrznych przesłanek i zewnętrznych opinii. Jesteśmy zmienni, naszą wielką umiejętnością jest wciskanie się w każdy oferowany rodzaj życia, bez ograniczeń. Chociaż, z drugiej strony, gdy nasza długo i boleśnie kształtowana moralność buduje mury, przeszkody, ograniczenia, hamuje naszą wolność w sposób zgoła nieregulaminowy, jesteśmy skłonni się zawahać i stanąć na granicy, by rozejrzeć się dookoła i utworzyć argumenty za i przeciw, by poszukać czegoś nazywanego „własną drogą”. Jesteśmy niekiedy zbyt leniwi, by burzyć mury; o ile potrafiliśmy je wcześniej zbudować.

Nareszcie nadeszła noc, a doba zabrała przegrzane słońce z nieboskłonu. Nasze ciała nie cierpią już od jego płomieni, nasze dusze oczyszczają się z upalnej duszności – cali my wsiąkamy w chłodną nastrojowość zmroku. Możemy stać się głusi i możemy oślepnąć i tylko jednym palcem powoli wodzić po zimnej ścianie. Czuć tynk pod opuszkiem palca, biernie badającym wypukłości farby. Myśli łamane przez Brak myśli niczym prąd przepływają przez całe ciało, zjednoczone na tą chwilę spokoju. Uśmiechamy się pięknie – jesteśmy u siebie. Możemy trwać w tym stanie, możemy otworzyć oczy i podziwiać cienie tańczące na ścianie, możemy odgłuchnąć i posłuchać muzykę w takt której się kręcą. Możemy… ach, wszystko możemy!

Między tymi czterema ścianami, sufitem i podłogą, ośmioma kątami. Wolni! Ślepi i głusi czujemy się świadomi każdego najdrobniejszego elementu świata. I gdy tak siedzimy bezczynnie, zamknięci za okienkami, jesteśmy prawdziwie bezpieczni. Jesteśmy… żywi… jesteśmy…

…ludźmi.

 

Bo dla nich mrok jest porankiem, gdyż ze strachami ciemnej nocy są obeznani.

Job 24;17

Stwarzanie własnego okręgu poniedziałek, wrz 1 2008 

3.

1-2-3-4-5-6-7-8-9-10-11-F

Na parkingu złapał go Andrzej.
-Poczekaj chwilę! Mam – powiedział zatrzymując się przy swoim rozmówcy – jedno pytanie. Piątek wieczór, u Rafała i Kaśki będzie impreza, wpadniesz?
-Nie wiem, czy będę mógł.
-Ze względu na Patrycję?
-Między innymi. – Marcin uśmiechnął się – jak się już bawić, to z żoną.
-To ty w ogóle pamiętasz jeszcze jak ona wygląda?
Marcin nie odpowiedział, tylko rzucił w stronę kolegi niemiłe spojrzenie. Odwrócił się i podszedł do swojego samochodu. Andrzej podążył za nim.
-Czekaj, czekaj. Mam sprawę…
-To mów szybko, bo chcę już wracać do domu.
-Szybko jak tylko możliwe. Podwieziesz mnie?
Marcin się zaśmiał. Nagle zrozumiał, czemu Andrzej pytał go o udział w imprezie. Szofer mile widziany.
-Ok, wsiadaj.
Wsiedli do środka. Marcin uruchomił silnik i zaczął wycofywać się z parkingu.
-A co właściwie stało się z twoim samochodem?
-Nie działa – odpowiedział Andrzej przyglądając się sobie w lusterku – Po to jest klasa robotnicza, abym ja nie musiał nie wiedzieć. I – uśmiechnął się – jak widzisz, w pełni korzystam z tego luksusu.
-Z luksusu niewiedzy. – rzekł Marcin z sarkazmem – A to ciekawe.
-Czepiasz się. Wiedza o obślizgłych wnętrznościach blaszanego pudełka to tak naprawdę nie jest wiedza. To jest zbyt prostackie, żeby nazywać to szlachetnym mianem wiedzy.
-Niezbyt przekonująca wymówka.
-To nie wymówka – to fakt.
-Chciałbyś. – powiedział Marcin podkręcając głośność radia – A teraz łaskawie zamilcz, chcę posłuchać wiadomości.
Zazwyczaj lubił się droczyć z ludźmi, ale teraz Andrzej posłusznie zamilkł. Nie chciało mu się irytować człowieka, który wyświadcza mu usługę. Nie opłaca się. Zresztą, stracił humor. Przechylił głowę i słuchając mimochodem radia wpatrywał się w mijane ulice.
A w radiu to samo, co zawsze: tu utonęło dziecko (opiekunowie pijani u sąsiadów), tam nastolatka popełniła samobójstwo (policja bada przyczyny), tu znowu przyjeżdżają imigranci gdzieś z daleka (bo u nich wojna), tam z kolei powódź (parę osób rannych, straty materialne wielkie), tu zadźgany mężczyzna (znaleziony wczoraj wieczorem). Z drugiej, radosnej strony, podano wieść, że naukowcy opracowali skuteczniejszą metodę ubijania much.
-Dziękujemy za państwa uwa… – spikerka zakrztusiła się szumem wyłączanego odbiornika. Andrzej z wyrazem twarzy przepełnionym zdegustowaniem schylał się nad radiem.
-Gdzie to… – mruczał pod nosem przyciskając po kolei wszystkie możliwe przyciski. Marcin przyglądał się ze zdziwieniem poczynaniom kolegi, ale nic nie mówił. Nagle radio zahuczało ponownie, odbierając i łącząc ze sobą fale dwóch różnych kanałów, które nie dość, że tworzyły nieprzyjemną i niezrozumiałą papkę, to w dodatku papkę bardzo głośną.
-Ścisz to ! – krzyknął Marcin, ale Andrzej nawet bez jego ponaglania ciskał i kręcił, co po chwili dało prawidłowy rezultat – stacja muzyczna o przyjemnym stopniu głośności.
-Co to było?
-Masz jakieś dziwne radio – powiedział wcale niezakłopotany Andrzej. – Nie mogłem już słuchać tego smęcenia, ono źle na ciebie wpływa.
-Sam jesteś dziwny. I co, bawisz się w psychologa?
-A bawię się. Jeszcze coś ci powiem. Jak się nasłuchasz takich bzdur, to życie ci brzydnie i staje się – jak ty to określasz – banalne. A zauważ, że te wszystkie newsy są stawiane w jednym rzędzie z muchami, i tyle samo są warte. I czy warto sobie tym życie zatruwać?
-Płytka ta twoja analiza, Andrzeju, płytka. – odpowiedział mu na to Marcin zajeżdżając pod dom Andrzeja – Znajdź sobie lepiej inną zabawę.

*

Zatrzymał się przed blokiem. Wyłączył samochód, wyszedł i zatrzasnął drzwi.
-Marcin!
-Tato!
-Hej. – Marcin schylił i powitał się z dziećmi.
-Dobrze, że cię złapałam. – Patrycja przytuliła się do męża – Jedziemy do parku, zabierzesz się z nami?
Potrząsnął głową.
-Niestety. Jestem strasznie zmęczony, mało spałem w nocy, ciężki dzień w pracy…
-Odpoczniesz na świeżym powietrzu.
-Nie… jestem wy-koń-czo-ny. Gdybym jeszcze musiał obserwować dzieci – padłbym i miałabyś kłopot.
-Byłby zabawnie – uśmiechnęła się Patrycja – Nabierz trochę dystansu.
-Nie dzisiaj… a właśnie, przypomniałem sobie coś. Para pracująca razem ze mną robi przyjęcie w weekend. Może byśmy się wybrali.
-Dobra myśl. – Patrycja pocałowała Marcina – My już musimy iść.
-Bawcie się dobrze. Asia, Karol, dajcie tacie buziaka! – stęsknione dzieci skoczyły ku niemu. Przytulili się jeszcze na pożegnanie i po chwili machając do siebie oddalili się w swoją stronę.

*

Zaparzył melisę i siedząc w kuchni przy oknie wpatrywał się początkową fazę zachodu słońca. Jaśniejąca czerwona kula rozbłyskiwała butnie między naturalnie abstrakcyjnymi chmurami. Biel i szarość ich kłębów zapalała się od jej ognia, płonące barwy rozciągały się na nich jak długie pociągnięcia artysty po płótnie. Piękne i gorące, żarzące się samym sobą.
„Zupełnie jak człowiek” pomyślał Marcin „Zapala się i płonie, marzy, pragnie, podąża wyznaczonym sobie szlakiem. A potem gaśnie i jak słońce ustępuje za horyzontem. I gdzie jego ogień? Gdzie jego wartość, o której tak wszystkich wokoło zapewniał? Wszystko, wszystko, zmienia się w farsę. W banał.”
„ Ale” odezwał się sprzeczny głos „czy [obraz Patrycji, gdy byliśmy na Mazurach, na naszych pierwszych wakacjach, jej szczęśliwy uśmiech, jej nieobłudna radość, niezachwiana wiara w ludzi. Słowa, które do mnie mówiła, prawdy, które mi przekazywała. Ten gorący zapał, który wskrzesiła we mnie...] , [ jak kładąc się spać po śmierci jej matki wtulała się moje ramiona, wdzięczna mi za to, że jestem dla niej i przy niej...] – zadziwiające, jak z pozoru nieistotne detale zapadają mocno w pamięć – [... i gdy łkanie przerywało jej mowę, potok słów, którego kompletnie nie rozumiałem] czy [ piękny pokoik dla pięknych dzieci, smacznie śpiących w swoich kojcach, my czule się im przyglądamy] czy to jest farsa? Czy to jest banał? Czy jest coś bardziej pięknego i wartościowego niż to? Powinieneś się cieszyć, bo jesteś bardzo szczęśliwym człowiekiem…”
Marcin powoli sączył herbatę i wpatrując się w zachodzące słońce rozmyślał.