3.

1-2-3-4-5-6-7-8-9-10-11-F

Na parkingu złapał go Andrzej.
-Poczekaj chwilę! Mam – powiedział zatrzymując się przy swoim rozmówcy – jedno pytanie. Piątek wieczór, u Rafała i Kaśki będzie impreza, wpadniesz?
-Nie wiem, czy będę mógł.
-Ze względu na Patrycję?
-Między innymi. – Marcin uśmiechnął się – jak się już bawić, to z żoną.
-To ty w ogóle pamiętasz jeszcze jak ona wygląda?
Marcin nie odpowiedział, tylko rzucił w stronę kolegi niemiłe spojrzenie. Odwrócił się i podszedł do swojego samochodu. Andrzej podążył za nim.
-Czekaj, czekaj. Mam sprawę…
-To mów szybko, bo chcę już wracać do domu.
-Szybko jak tylko możliwe. Podwieziesz mnie?
Marcin się zaśmiał. Nagle zrozumiał, czemu Andrzej pytał go o udział w imprezie. Szofer mile widziany.
-Ok, wsiadaj.
Wsiedli do środka. Marcin uruchomił silnik i zaczął wycofywać się z parkingu.
-A co właściwie stało się z twoim samochodem?
-Nie działa – odpowiedział Andrzej przyglądając się sobie w lusterku – Po to jest klasa robotnicza, abym ja nie musiał nie wiedzieć. I – uśmiechnął się – jak widzisz, w pełni korzystam z tego luksusu.
-Z luksusu niewiedzy. – rzekł Marcin z sarkazmem – A to ciekawe.
-Czepiasz się. Wiedza o obślizgłych wnętrznościach blaszanego pudełka to tak naprawdę nie jest wiedza. To jest zbyt prostackie, żeby nazywać to szlachetnym mianem wiedzy.
-Niezbyt przekonująca wymówka.
-To nie wymówka – to fakt.
-Chciałbyś. – powiedział Marcin podkręcając głośność radia – A teraz łaskawie zamilcz, chcę posłuchać wiadomości.
Zazwyczaj lubił się droczyć z ludźmi, ale teraz Andrzej posłusznie zamilkł. Nie chciało mu się irytować człowieka, który wyświadcza mu usługę. Nie opłaca się. Zresztą, stracił humor. Przechylił głowę i słuchając mimochodem radia wpatrywał się w mijane ulice.
A w radiu to samo, co zawsze: tu utonęło dziecko (opiekunowie pijani u sąsiadów), tam nastolatka popełniła samobójstwo (policja bada przyczyny), tu znowu przyjeżdżają imigranci gdzieś z daleka (bo u nich wojna), tam z kolei powódź (parę osób rannych, straty materialne wielkie), tu zadźgany mężczyzna (znaleziony wczoraj wieczorem). Z drugiej, radosnej strony, podano wieść, że naukowcy opracowali skuteczniejszą metodę ubijania much.
-Dziękujemy za państwa uwa… – spikerka zakrztusiła się szumem wyłączanego odbiornika. Andrzej z wyrazem twarzy przepełnionym zdegustowaniem schylał się nad radiem.
-Gdzie to… – mruczał pod nosem przyciskając po kolei wszystkie możliwe przyciski. Marcin przyglądał się ze zdziwieniem poczynaniom kolegi, ale nic nie mówił. Nagle radio zahuczało ponownie, odbierając i łącząc ze sobą fale dwóch różnych kanałów, które nie dość, że tworzyły nieprzyjemną i niezrozumiałą papkę, to w dodatku papkę bardzo głośną.
-Ścisz to ! – krzyknął Marcin, ale Andrzej nawet bez jego ponaglania ciskał i kręcił, co po chwili dało prawidłowy rezultat – stacja muzyczna o przyjemnym stopniu głośności.
-Co to było?
-Masz jakieś dziwne radio – powiedział wcale niezakłopotany Andrzej. – Nie mogłem już słuchać tego smęcenia, ono źle na ciebie wpływa.
-Sam jesteś dziwny. I co, bawisz się w psychologa?
-A bawię się. Jeszcze coś ci powiem. Jak się nasłuchasz takich bzdur, to życie ci brzydnie i staje się – jak ty to określasz – banalne. A zauważ, że te wszystkie newsy są stawiane w jednym rzędzie z muchami, i tyle samo są warte. I czy warto sobie tym życie zatruwać?
-Płytka ta twoja analiza, Andrzeju, płytka. – odpowiedział mu na to Marcin zajeżdżając pod dom Andrzeja – Znajdź sobie lepiej inną zabawę.

*

Zatrzymał się przed blokiem. Wyłączył samochód, wyszedł i zatrzasnął drzwi.
-Marcin!
-Tato!
-Hej. – Marcin schylił i powitał się z dziećmi.
-Dobrze, że cię złapałam. – Patrycja przytuliła się do męża – Jedziemy do parku, zabierzesz się z nami?
Potrząsnął głową.
-Niestety. Jestem strasznie zmęczony, mało spałem w nocy, ciężki dzień w pracy…
-Odpoczniesz na świeżym powietrzu.
-Nie… jestem wy-koń-czo-ny. Gdybym jeszcze musiał obserwować dzieci – padłbym i miałabyś kłopot.
-Byłby zabawnie – uśmiechnęła się Patrycja – Nabierz trochę dystansu.
-Nie dzisiaj… a właśnie, przypomniałem sobie coś. Para pracująca razem ze mną robi przyjęcie w weekend. Może byśmy się wybrali.
-Dobra myśl. – Patrycja pocałowała Marcina – My już musimy iść.
-Bawcie się dobrze. Asia, Karol, dajcie tacie buziaka! – stęsknione dzieci skoczyły ku niemu. Przytulili się jeszcze na pożegnanie i po chwili machając do siebie oddalili się w swoją stronę.

*

Zaparzył melisę i siedząc w kuchni przy oknie wpatrywał się początkową fazę zachodu słońca. Jaśniejąca czerwona kula rozbłyskiwała butnie między naturalnie abstrakcyjnymi chmurami. Biel i szarość ich kłębów zapalała się od jej ognia, płonące barwy rozciągały się na nich jak długie pociągnięcia artysty po płótnie. Piękne i gorące, żarzące się samym sobą.
„Zupełnie jak człowiek” pomyślał Marcin „Zapala się i płonie, marzy, pragnie, podąża wyznaczonym sobie szlakiem. A potem gaśnie i jak słońce ustępuje za horyzontem. I gdzie jego ogień? Gdzie jego wartość, o której tak wszystkich wokoło zapewniał? Wszystko, wszystko, zmienia się w farsę. W banał.”
„ Ale” odezwał się sprzeczny głos „czy [obraz Patrycji, gdy byliśmy na Mazurach, na naszych pierwszych wakacjach, jej szczęśliwy uśmiech, jej nieobłudna radość, niezachwiana wiara w ludzi. Słowa, które do mnie mówiła, prawdy, które mi przekazywała. Ten gorący zapał, który wskrzesiła we mnie...] , [ jak kładąc się spać po śmierci jej matki wtulała się moje ramiona, wdzięczna mi za to, że jestem dla niej i przy niej...] – zadziwiające, jak z pozoru nieistotne detale zapadają mocno w pamięć – [... i gdy łkanie przerywało jej mowę, potok słów, którego kompletnie nie rozumiałem] czy [ piękny pokoik dla pięknych dzieci, smacznie śpiących w swoich kojcach, my czule się im przyglądamy] czy to jest farsa? Czy to jest banał? Czy jest coś bardziej pięknego i wartościowego niż to? Powinieneś się cieszyć, bo jesteś bardzo szczęśliwym człowiekiem…”
Marcin powoli sączył herbatę i wpatrując się w zachodzące słońce rozmyślał.