To jest niebywałe, że ociemnienie całości wpływa na rozjaśnienie mało znaczącej – w ogólnym wymiarze oczywiście – jednostki. Kiedy Polskę okrywa mrok, a słoneczko wędruje pełnić swoje obowiązki na drugiej półkuli, mnie nagle oświeca i odkrywam to, czego wcześniej nijak odkryć nie mogłem. Ludzie zamykają się w swoich głowach za powiekami, których nie mogą już ruszyć i śpią śniąc o dniu, swojej porze i czasie; ja natomiast, po dniu męki, zdartych myśli i – gdybym pisał na kartkach, miast korzystać z tego doskonałego wynalazku z podłączoną klawiaturą - zmarnowanego papieru, wreszczie odżywam nieżywy i robię to, czego zrobić nie mogłem wcześniej. Doprawdy niebywałe.
Dzień cały na myśli mając swoją pracę, nie mogłem tych myśli urzeczywistnić. Te Coś pozostawało ciągle w sferze rojeń i niewykonabułów. Czasem, podczas co większego olśnienia, otwierałem i obserwowałem swoje dotychczasowe efekty. Próby wzbogacenia tekstu kończyły się jedynie na irytacji i kasowaniu świeżo wpisanych zdań. Nie mogąc zająć się tym, co powinienem, zajmowałem się czym innym i oto – jak to ładnie pan Norwid napisał:
Jak w bruku kamień, stopą coraz inną
Deptany ciągle w ulicy grodowej,
Niehistoryczny i bez-napisowy,
Wytarte czoło ma, choć twarz niewinną,
Tak – z dniami bywa, lubo nie powinno!…
I mnie tak ranek zaświtał jałowy:
Czynić co nie mam ni kwapic się na co,
Ot! jeden z tych dni, co są, bo się tracą.
Dzień stracon. W pełni, doszczętnie, bezlitośnie. Nawet nie wzruszyłem się swoją biedną przyszłością i nie wybrałem na czasu-zajęcie innego obowiązku z mojego nader szerokiego asorytmentów obowiązków. Cóż, więcej atrakcji na później.
Ad rem, z dnia wynikły jedynie ból głowy i głębokie niezadowolenie moralne z własnej niemożności. Cykl swój wypełniałem sprawami, a powinienem wypełniać Sprawami. Koniecznie z dużej! Taki sens życia człowieka – rozpoznawać wyrazy rozpoczynających się wielką literą.
I w końcu – wiem, jak bardzo czekacie na ten happy end – usiadłem i bez przerw oraz bez różnego rodzaju umilaczy czasu i podniebienia – napisałem to, co napisać miałem. Skończyć oczywiście jeszcze nie skończyłem. W takiej sytuacji nie zostałoby żadnej zabawy na niedzielę w stanie bardziej rozwiniętym, niż jest teraz (półtorej godziny dopiero liczy).
Pisząc to doszedłem do jednego spostrzeżenia. W nocy ociemnia się także człowiek, umysł się mroczy i pada na pysk – wyjątkiem nie jestem. Zmysły są bierniejsze, mniej rozbiegane jak za dnia, kiedy to mnóstwo rzeczy i pokus życiowych dygresji czyha na człowieka. Zrobić coś, spojrzeć, oderwać się! Polenić się nieco. Piekłotwórcza wizja dużej ilości czasu. Wizja zwodnicza, chimeryczna i efemeryczna – przyjrzysz się dokładniej – zniknie, pryśnie, ucieknie i schowa się w mrokach nocy. Noc za to jest szczera - z cynizmem oznajmnia ci koniec czasu. Umysł blednie ze zmęczenia i skupiony na sprawie jednej, nie chwyta się drugiej.
Ciemność olśniewa ociemnienie.
Niebywałe.