“Człowiek jest gaz, ferment, wapno.” niedziela, lis 23 2008 

To jest niebywałe, że ociemnienie całości wpływa na rozjaśnienie mało znaczącej – w ogólnym wymiarze oczywiście – jednostki. Kiedy Polskę okrywa mrok, a słoneczko wędruje pełnić swoje obowiązki na drugiej półkuli, mnie nagle oświeca i odkrywam to, czego wcześniej nijak odkryć nie mogłem. Ludzie zamykają się w swoich głowach za powiekami, których nie mogą już ruszyć i śpią śniąc o dniu, swojej porze i czasie; ja natomiast, po dniu męki, zdartych myśli i – gdybym pisał na kartkach, miast korzystać z tego doskonałego wynalazku z podłączoną klawiaturą - zmarnowanego papieru, wreszczie odżywam nieżywy i robię to, czego zrobić nie mogłem wcześniej. Doprawdy niebywałe.

Dzień cały na myśli mając swoją pracę, nie mogłem tych myśli urzeczywistnić. Te Coś pozostawało ciągle w sferze rojeń i niewykonabułów.  Czasem, podczas co większego olśnienia, otwierałem i obserwowałem swoje dotychczasowe efekty. Próby wzbogacenia tekstu kończyły się jedynie na irytacji i kasowaniu świeżo wpisanych zdań. Nie mogąc zająć się tym, co powinienem, zajmowałem się czym innym i oto – jak to ładnie pan Norwid napisał:

Jak w bruku kamień, stopą coraz inną

Deptany ciągle w ulicy grodowej,

Niehistoryczny i bez-napisowy,

Wytarte czoło ma, choć twarz niewinną,

Tak – z dniami bywa, lubo nie powinno!…

I mnie tak ranek zaświtał jałowy:

Czynić co nie mam ni kwapic się na co,

Ot! jeden z tych dni, co są, bo się tracą.

Dzień stracon. W pełni, doszczętnie, bezlitośnie. Nawet nie wzruszyłem się swoją biedną przyszłością i nie wybrałem na czasu-zajęcie innego obowiązku z mojego nader szerokiego asorytmentów obowiązków. Cóż, więcej atrakcji na później.

Ad rem, z dnia wynikły jedynie ból głowy i głębokie niezadowolenie moralne z własnej niemożności. Cykl swój wypełniałem sprawami, a powinienem wypełniać Sprawami. Koniecznie z dużej! Taki sens życia człowieka – rozpoznawać wyrazy rozpoczynających się wielką literą.

I w końcu – wiem, jak bardzo czekacie na ten happy end – usiadłem i bez przerw oraz bez różnego rodzaju umilaczy czasu i podniebienia – napisałem to, co napisać miałem. Skończyć oczywiście jeszcze nie skończyłem. W takiej sytuacji nie zostałoby żadnej zabawy na niedzielę w stanie bardziej rozwiniętym, niż jest teraz (półtorej godziny dopiero liczy).

Pisząc to doszedłem do jednego spostrzeżenia. W nocy ociemnia się także człowiek, umysł się mroczy i pada na pysk – wyjątkiem nie jestem. Zmysły są bierniejsze, mniej rozbiegane jak za dnia, kiedy to mnóstwo rzeczy i pokus życiowych dygresji czyha na człowieka. Zrobić coś, spojrzeć, oderwać się! Polenić się nieco. Piekłotwórcza wizja dużej ilości czasu. Wizja zwodnicza, chimeryczna i efemeryczna – przyjrzysz się dokładniej – zniknie, pryśnie, ucieknie i schowa się w mrokach nocy. Noc za to jest szczera - z cynizmem oznajmnia ci koniec czasu. Umysł blednie ze zmęczenia i skupiony na sprawie jednej, nie chwyta się drugiej.

Ciemność olśniewa ociemnienie.

Niebywałe.

King Crimson – Book of Saturday niedziela, lis 16 2008 

Stwarzanie własnego okręgu sobota, lis 1 2008 

5.

 

1-2-3-4-5-6-7-8-9-10-11-F

   Powietrze było wypełnione gwarem rozmów i muzyką. Na trawniku obok dużego białego domu palił się grill, stał stół z przekąskami i napojami, a wokoło bawili się ludzie. Kilka osób schowało się do altanki, gdzie wśród śmiechu mogli ze sobą porozmawiać, inni co i rusz zbliżali się do stołu i uzupełniali zawartość swojego talerzyka, reszta zaś korzystała z wspaniałej wiosennej pogody i gęsto zajmowali dostępną przestrzeń do tańczenia.

   Marcin też tańczył. Był cały czas obok Patrycji, uśmiechem i ciepłymi otarciami ciała chciał wynagrodzić jej swoją wcześniejszą oziębłość. W ciągłym biegu zapominał o rodzinie, o największym szczęściu, jakie go spotkało w życiu, zamykając się w nielogicznej enklawie własnych myśli. Im dłużej biegł, tym bardziej gubił drogę. Teraz, w ruchu, wśród przyjaciół, obok bliskiej mu kobiety, otoczony rytmiczną muzyką, zapominał o życiu z wczorajszych dni. Oczyszczał swój umysł z pytań i z całego serca pragnął, aby nie wróciły.

   Złapał Patrycję za rękę przyciągając ją do siebie, przytulił się do niej podczas obrotu i jak urzeczony spoglądał na jej uśmiech. Dopiero teraz poczuł, jak bardzo mu go brakowało w ciągu kilku ostatnich dni. Zrobi wszystko, byle ten uśmiech pozostał na jej ustach jak najdłużej.

   Wyminęli kilka innych par podczas przemieszczania się w swoim radosnym tańcu. Grze szczęścia odgrywanej w teraźniejszości. Kiedy tylko mógł, spoglądał w jej oczy. Chwycił jej dłonie i tak złączeni splotem palców tańczyli, aż wybrzmiał ostatni dźwięk piosenki.

-Dobrze się bawisz?

-Wspaniale!

   Starczy słów. Rozumieli się doskonale bez nich. Ogień między nimi płonął, wybuchał ze swej ukrytej siły, wybuchał mocą niezapomnianych wspomnień i tej chwili, która właśnie trwała i o której myśleli – w swym słodkim zapomnieniu – że się nigdy nie skończy.

   Dźwięki znowu wypłynęły z głośników.

  

   Może coś w tym jest – mimowolnie przyszło mu na myśl – może nie ma jutra, nie ma potem, nie ma będzie. Może jest tylko dzisiaj, które się jeszcze nie wydarzyło. Może wszystko co mamy, to teraz.

   Chwilo, trwaj wiecznie! Carpe diem  nie jest w końcu takie złe.