Spóźniona relacja z Lwowa. III wtorek, gru 23 2008 

   Wieczór, po koncercie chóru w kaplicy, idziemy kameralnie na miasto. W McDonaldzie spotykamy nowych znajomych z Odessy. Rozmawiamy kalecząc języki, śmiejemy się.

   Wracamy późno, wszyscy na naszym strychu już śpią. Podłączam odtwarzacz do gniazdka (podróż powrotna do Białegostoku też będzie trwać).

   Niedziela, ostatni raz przechadzamy się po mieście, wyjeżdżamy po południu. Był pomysł, czy by nie pojechać na cmentarz orląt. Nie wiem, może nie pamiętam już, dlaczego, ale nie przechodzi. Jedziemy prosto. Oddalamy się z zabytkowego starego miasta, mijamy bloki, sklepy, spóźnioną gonitwę za ideałem nowoczesnego miasta europejskiego.  Naraz wszyscy pochylają się ku oknom z prawej strony – patrzcie, ludzie! Kobieta idzie po zabudowanym miejskim terenie i prowadzi na sznurku krowę. Fajnie, robią zdjęcia i się śmieją. Też się śmieję, fajnie. O ile chodzi o zwięrzęta wiejskomiejskie, to poprzedniego dnia – w sobotę – podczas zwiedzania miasta, tuż przed operą spotkaliśmy pewną kobietę i jej bladą świnię. Świnia biegała sobie po trawniku, kobieta patrzyła raz na zwierzę, raz na ludzi i prosiła – co ciekawe, prosiła uśmiechnięta, jakby rozradowana całą sytuacją – o pieniądze na pokarm dla świni – przechodnie przystawali i przypatrywali się z zainteresowaniem;  kilku z nich też dorzucało pieniądze na poczet dokarmiania prosiaka.

   Ale my już wyjeżdżaliśmy z miasta kultury zarówno bliskiej, jak i obcej.  Miasto było piękne, ludzie byli mili, ale nie wiedzieliśmy, czy umielibyśmy się tutaj znaleźć. Turyści przyjechali, turyści odjechali.

   Wracamy, mijamy krajobraz Ukrainy, przejeżdżamy przez granicę. Zatrzymujemy się na obrzeżu Lublina by coś zjeść i jedziemy dalej.  Siedzę, opieram głowę o okno i przez opary muzyki rozmyślam o studiach, które jak wszystko – są tak daleko… ale i tak blisko. Kierunek wybrany – wydaje się być całkiem niezły. Nie zagłębiałem się w informatory, kierunkowskazy przyszłości dla maturzystów. 

   Nie mogę nie przyglądać się jednak kierunkowskazom dla kierowców. Idąc prawie każdego dnia tą samą trasą do ogólniaka przechodzę pod wysokim znakiem, miedzy słupami, jak przez bramę. Na zielonej tablicy jest napisane kilka miast, mnie interesują jedynie dwa z nich. Lublin – w prawo, Warszawa – w lewo.  Ta ostatnia, tak wypychana z moich myśli, ale tak nieustannie do nich wracająca, niech pojawi się przynajmniej w puencie. Niech jej obecność będzie zaznaczona.

   Ale zanim coś postanowić na pewno, trzeba zdać.

   Jak zawsze.

écriture automatique. Próba klasteru. Tytuł wymowny. środa, gru 17 2008 

Grzbiet południowoatlantycki. Takie coś, tam na dnie. Tak leży grzbietem ku górze, pozostając jednak ciągle nadal na dole. Cięgnie go, ciągnie, wypina się, wygina, wznosi, lecz ponad niebieską linię wody wydostać się nie może. Tak rzeczy niskie pragną być wyniosłe, rzeczy pospolite rzeczami niepospolitymi. Zamiast minusów mieć 5119 wysokości in plus. Ale nie ma takiej możliwości, jest jak jest, nic się nie zmieni. Dno pozostanie dnem, pospolitość pospolitością. Albo może inaczej – skoro dno nie stanie się wysokością, może wysokość stanie się dnem, niskością, wysokością ujemną, numerem bez głupich modułów, ale z myślnikiem z przodu. Z dołu osi, w ćwiartce III lub w IV, nie wychylając się choćby czubkiem nosa powyżej OX. To by miało nawet sens. Sens, nie przeczę abstrakcyjny, sens sensu w znaczeniu stricte pozbawionym, ale z jakimś sensem, z jakiś znaczeniem, bo czy cokolwiek moze być jego pozbawione? Nawet hałas – lub brak hałasu – tak przepełniony jest znaczeniem że piszczy, że skwierczy jak na ogniu. Cisza – jest wymowna, mimo że głucha, ale myśli ludzi głuchych na siebie, myśli ludzie niemych na siebie, brzmią jakoś, coś tam ze sobą robią. Powstają, toczą, się , ziewają, stoją, wyginają się – nadają sens. Nawet jak nie robią nic – tyle bezmyślnych ludzi wokoło, tyle myśli bezmyślnych, rozumówbezrozumowych, serc bez uczucia etc etc etc. Pustka jest więc pustka wypełnia świat nasz dotkliwiej niż materia. Choc i pustka z materii jest utkana… chyba. Może. Tak. Nie. A kogo to tam obchodzi. Pomijając dywagacje czysto teoretyczne i puste jak puste są słowa i myśli, których brak, tak jasno, akcentujecie… pamiętam, było. Hydry, głowy, twarze, wcielenia. Grzbiet opalający się na słońcu pod wodą głęboko Mont Everest. Mont Everest niziną. Gdzieś na podlasiu. Twarz nieprawdziwa oczywiście, ale jak oczywiście pasjonująca. Ciekawa. Zajmująca. Hydry są wielkie. A…. pustka… pustka znaczeniem jest odrębnym , tak jak odrębnym znaczeniem jest chaos. Znaczenie ich jest niepojęte, bądx niewidoczne, bądź niepojęte. Niepojęte dwa razy, bo dwa razy. Znaczy – wązniejsze, istotniejsze. Jak to, że ludzie są zarazem niepojęci, jak i niezdolni do pojmowania. Hałas z tego powodu – tu powracam do myśli wcześniejszej – ze zabliźniony z chaosem – nawet brzmią jak bracia:

Ch —- a —- os

H——a——łas

Z oczywistego tego podobieństwa i z pełnego kontrastu między tym pierwszym pisanym przez ce-ha, a ciszą – która znaczenie ma – pustka ma – czarna dziura – ma – - boo gdyby nie miała – czym by się astronomowie zajmowali? —skoro cisza ma, to ma i ten pierwszy przez ce-ha, skoro i pierwszy, to i drugi. Przez h samo. Bez dodatków w postaci trzeciej litery alfabetu z przodu. Chałas. Nie brzmi, nie wygląda. A z tyłu? Hcałas? Toże nie. Samo, dobrze, jak ustalili, jak zgodnie z prawem.  

Sroda, środa, środa. grzbiet. Południowoatlantycki, żeby nie było wątpliwości ani skojarzeń z nie tym grzbietem, grzbietów wszak, dużo, ponad 6 uzupełnioną zerami.

Spóźniona relacja z Lwowa. Cz.II sobota, gru 13 2008 

  Następnego dnia zagłębiliśmy się bardziej w miasto. Centrum jest bardzo ściśnięte w sobie i fascynujące jest to, jakie mnóstwo szczegółów można zobaczyć w niewielkiej w sumie okolicy. Przestrzeń odgrodzona ścianami kamienic, nad sklepami i instytucjami mieszczącymi się na parterze wznosiły się pół-kolumienki wmurowane w ściany, okryte płaskorzeźbami i napisami z datami budowy.

   W trakcie zwiedzania można się było pokusić o kilka historycznych („Takim jak Piłsudski nie stawiamy pomników”), społecznych czy politycznych refleksji. Same z siebie są ciekawe, nie czuję się jednak wystarczająco wykwalifikowany, by móc o nich pisać, a czas, który minął, również działa na moją niekorzyść. Pokuszę się jednak o komentarz, który wg mnie trafnie oddaje przynajmniej jeden z istotnych problemów Ukrainy. Na rynku – będąc na wschodzie nie mogliśmy się tam nie wybrać – na wielu stoiskach wisiały charakterystyczne koszulki. Na kolorowym tle widoczna była twarz kozaka, a pod nią napis: „Dziaki ci Boże, szczo ja nie Moskal”.

   Stanęliśmy grupą przed lwowskim uniwersytetem. Moje myśli nie czekały długo na skorzystanie ze skojarzenia. Etap drugi, jaskrawo jaśniejący punkt wędrówki. Studia w pięknym i starym mieście… ale mieście dalekim, odległym, cudzym. Zasada paraleli – podobne miasta wywołują podobne myśli. Stojąc w Lwowie przed uniwersytetem marzyłem o Krakowie. Jak powiedział nasz ukraiński przewodnik – „Nasz Lwów jest jak wasz Kraków. Stolicą Ukrainy jest Kijów, ale sercem – Lwów”. Podróż i życie w sercu Polski? Nęcące, ale i zarazem odstraszające – przekroczenie granicy wyobrażalnej odległości, obcość (choć może tak naprawdę tego właśnie szukam…?).

 

   Z powrotem w kościele. Sam jeden błąkam się po budynku. Reszta w swoich grupach robi to, co musi. Ja jestem jedynie drobnym ozdobnikiem w ich wielogłosowej partii. Poza tym – wolnym obserwatorem. Nie jedynym widzem, ale widzem szczególnym, bo obserwowałem nie ich, a siebie.

   Po wyjściu z naszego strychu i przejściu małego łącznika znalazłem się na klatce schodowej. Na niższych piętrach znajdowały się korytarze z pokojami i salami lekcyjnymi do szkółek niedzielnych, zaś na samym dole, pod poziomem ziemi, kuchnia i spora stołówka. Kompleks ten był bezpośrednio połączony z kościołem i po krótkim zapoznaniu się z siecią korytarzy można było bezproblemowo trafić od niego do kaplicy, która wyglądała naprawdę olśniewająco. Z jej przodu znajdywało się miejsce dla głoszących Słowo i chóru, półmetrowymi piętrami wznosząc się cały czas do góry tak, że patrząc na to wszystko miało się wrażenie, że oto przed oczyma wyrasta pionowa, ale i pełna przestrzeni, góra z pięknie zdobionego drewna.

   To wszystko było na dole. Ja jednak skierowałem się ku górze, gdzie półpiętro kończyło się barierką przy zamkniętych drzwiach. Poszedłem tam i oparłem się o ścianę. Próbowałem czytać, próbowałem myśleć. Byłem zmęczony, a zamglony odległością i ścianami zgiełk dochodził do mnie i pałętał się po umyśle. Odizolowywałem poszczególne dźwięki w nadziei, że pozwoli mi to skupić się później na sobie. Mnóstwo głosów złączonych w harmonii – dźwięki pianina – nasz chór, który ćwiczy na dole, w stołówce, która spełniała wszak wszystkie potrzebne wymagania – dużo miejsca oraz instrument. Co jeszcze, co jeszcze. Głos solo – dźwięki pianina; tenor, fale dźwiękowe przebijające się przez ścianę – pamiętam: mężczyzna w długim, białym szaliku, ma długie, czarne włosy i dumne spojrzenie. Śpiewa w kaplicy. Kroki i rzadkie rozmowy… i coś jeszcze. Dźwięki pianina.

   Chopin. Odrzucam uznając za nierealne. Dźwięki cichną… i znowu. Chopin. Kto może grać utwory niełatwego przecież kompozytora w kościele? Raz ciszej, odgłosy młoteczków uderzanych o struny gasną są ścianami innych dźwięków, szumów, by później pojawić się ponownie, głośniej. Bez wątpliwości Chopin. I nie myślę już o sobie, siedząc oparty o ścianę, ale myślę o Chopinie. Nie daje mi spokoju. Wstaję, schodzę niżej – kierując się uszami ku źródłu muzyki. Podchodzę do pomieszczenia, z którego na pewno wydobywają się dźwięki. Pukam. Widzę dziewczynę przy pianinie – wypadałoby coś powiedzieć, zaczynam mówić i spostrzegam się, że wybrałem zły język. Szybko przerywam. Pytam:

-Pierwsza ballada Chopina?

-Tak.

   Okazało się, że mówi po polsku. Była dyrygentką jakiegoś chóru, jeździła więc do Polski na festiwale i tym podobne imprezy.

-Mogę posłuchać?

   Uśmiecha się, kiwa głową. Zaczyna grać. Opieram się o ławkę i patrzę na ruchy jej palców na klawiaturze.

   Chopin. Na niedoskonałym, starym pianinie. Dźwięki szumią klekotaniem klawiszy. Nie brzmią z prawidłową mocą. Nie szepcą, gdy powinny. Brzęczą, brzęczą. Mimo to nadal pozostaje pięknem. Sztuką… Idealnym artyzmem przytłumionym przez nieidealną rzeczywistość. W trakcie uchylają się drzwi, pojawia się druga dziewczyna, rozmawiają przez chwilę, tamta wychodzi. Pianistka rozpoczyna od przerwanego miejsca. Przepołowiony Chopin na niedoskonałym, starym pianinie.

   Ma klimat.

   Kończy. Dziękuję jej, wychodzę. Akcja – reakcja. Siadam na swoim łóżku na strychu i postawiwszy nuty na krześle ćwiczę Lutosławskiego. Wyjątkowo lekceważę obecność innego człowieka znajdującego się w tym samym pomieszczeniu, co ja. Pomijam własną niedoskonałość.  

   Po prostu gram.

Coma – Hipertrofia wtorek, gru 9 2008 

Jak zrecenzować album, który właściwie recenzuje się sam?

Hipertrofia znaczy przerost. Wedle wikipedycznych źródeł: zwiększenie komórek, bez zmiany ich liczebności. W tym przypadku jest akurat odwrotnie – przerost nie dotyczy treści, ale ilości poszczególnych foremek, w które owe treści są wpakowane.

Coma na swoim najnowszym, dwupłytowym, wydawnictwie przygotowała aż 36 utworów trwających łącznie ponad 100 minut. Dużo. Szkoda jednak, że połowa z nich to przerywniki o mało znaczącej zawartości. Dźwięki z dyskoteki, fragmenty z koncertu, zarzynanie świni, dziecięce wyliczanki itd itp. Pytanie – po co tyle tego? Wytrącają z rytmu słuchania – dość długie fragmenty niezorganizowanych dźwięków zdecydowanie negatywnie wpływają na odbiór muzyki. W dodatku nie zawsze wstawki około-muzyczne dobrze więżą się z poprzedzającymi je lub następującymi po nich piosenkami. Zapewne miały one służyć głębszemu oddaniu klimatu i sensu płyty, niestety – nie wyszło tak dobrze, jak mogło wyjść. Wstawek jest zdecydowanie za dużo, a one same są za mało przemyślane.

Teksty piosenek nie odbiegają daleko od poprzednich dokonań Comy w tej dziedzinie. Czasem jest dobrze, czasem jest groteskowo. W ogóle słychać, że Rogucki był pod silnym wpływem absolutu podczas pisania liryków. Pojęcie to pojawia się nader często. Podobnie też tematy alkoholowe (jak – na ten przykład – śpiewane z rozrzewnieniem: „wódki i ogórków smak”). Teksty są nieobliczalne i nigdy nie wiadomo, czy wokalista w następnej piosence zaatakuje nas tym, że sprawy ludzkie nie mają znaczenia wobec absolutu, czy też może uraczy słuchaczy „cytrynowymi popołudniami” w czasie których bohater piosenki pije wódkę w ogrodzie. Ta druga grupa wyraźnie stara się wybić do poważniejszego nurtu, przez co staje się niekiedy parodią samą siebie (wpływają na to zwłaszcza hybrydy dwóch stylów). Szkoda tylko, że tak mało jest tekstów niekoniecznie poważnych, luźniejszych i przedstawiających bardziej ironiczne podejście. Takim wyjątkiem jest tylko „Emigracja” z pierwszego krążka. Więcej!

A sama muzyka? Broni się. Jest sporo piosenek w stylu, do którego Coma zdążyła już przyzwyczaić swoich słuchaczy, ale pojawiają się też utwory bardziej eksperymentalne. Są one zazwyczaj dobrą odskocznią, tak więc długi, bądź co bądź, album wchodzi całkiem dobrze.

Z drugiej strony jest też sporo piosenek stricte rockowych. Niektóre są ciekawe – czasem prezentują świeże rozwiązania i oryginalne połączenia muzyczne, czasem są po prostu dobrze zagranymi piosenkami. Pojawiają się jednak też i takie utwory, które po prostu nie powinny się pojawić, przynajmniej w takiej formie. Zbyt zamotane, rozwlekłe, zwyczajnie nudne. Mnie osobiście nie podoba się dość częste na tym albumie zestawienie energicznej i żywiołowej zwrotki z refrenem, w trakcie którego wokalista powoli wyśpiewuje poszczególne sylaby tekstu.

Hipertrofia arcydziełem nie jest. Jest niezła. Fanów zespołu pewnie zadowoli, sceptyków odepchnie jeszcze bardziej. Stosunek do Comy zawsze miałem raczej obojętny i ten album tego nie zmieni, bo jako skończona całość nie zachwyca. Niektóre utwory pozostawiają po sobie jednak bardzo pozytywne wrażenie.

Wyśmienite rodzynki w nienajlepszym cieście.

Spóźniona relacja z Lwowa. Cz. I sobota, gru 6 2008 

   Wstaliśmy wczesnym rankiem, krótkie śniadanie, schody w dół, ulica, samochód. Spóźniony biegnę. Z nieba leje się deszcz. Wymijam szybko kałuże, w jednej ręce garnitur, w drugiej walizka. Wrzucam jedno do i tak zapchanego już bagażnika, drugie biorę ze sobą, wsiadam, jedziemy. Leje deszcz, jest ciemno. Ranek, w którym więcej jest nocy niż dnia. Jeszcze sen.

 

   Przesiadamy się do autokaru. Dzień staje się bardziej przejrzysty, bardziej biały i jasny. Siadam przy oknie, wsadzam słuchawki do uszu i nałogowo jedząc miętówki lampię się przez okno na statyczny krajobraz. Zastanawiam się, co ja tutaj robię, czy jest w ogóle sens jechać? Może lepiej byłoby zostać w domu i zająć się czymś… bardziej rzeczywistym, bardziej mi znanym i oswojonym? Siedzę tu wśród ludzi, którzy nie są mi obcy, ale którzy nie są mi też znani. Czuję się nijako. Autokar rusza. Wreszcie jadę. Krajobraz się zmienia.

   Słucham muzyki z odtwarzacza.

 

   Kilka godzin później dojeżdżamy do Lublina. Wyjmuję słuchawki z uszu i rozglądam się, staram się w ciągu paru minut zebrać jak najpełniejsze wrażenie tego miasta. Tu ulice, tam budynki, gdzieś dalej widać część zamku. Wypatruję przez okno i podziwiam. Czy to tu? Moje przyszłe miasto?

   Osobistej wędrówki część pierwsza. Przelotne spojrzenia z wnętrza autokaru. Jak u ślepca – przewaga myśli nad obrazami. Myśli może zbyt rozdmuchane, zbyt idealizujące, nierzeczywiste? Nieważne… jedyne, jakimi dysponuję.

 

   Do Lwowa przyjechaliśmy wieczorem – nic dziwnego – podróż trwała, na granicy też swoje odczekaliśmy. Podzieleni na grupy udaliśmy się do miejsc swoich noclegów. Nasza dwunastoosobowa grupa męska miała spać w długim pokoju na strychu kościoła. Przy ścianach rozłożone były metalowe wojskowe łóżka. Swoje rzeczy położyłem przy drugim od wejścia. Później, w nocy, uznałem te miejsce za całkiem udane, gdy, podczas symfonii chrapań, mogłem obserwować przez świetlik ciemne niebo i wyrazisty na jego tle księżyc, który zawieszony był prosto na linii mojego wzroku.  

   Zanim jednak udaliśmy się do łóżek, poszliśmy zwiedzić pobliską część miasta. Szliśmy wąskimi chodnikami, czasami zupełnie zajętymi przez konstrukcje rozstawione przez renowatorów budynków. Przejść niewiele, a te, na które natrafiliśmy, były słabo oznaczone. Nieodzowna okazała się więc być zasada rozglądania się na obie strony przed przekraczaniem ulic, na których ruch na był bardzo ożywiony, a mimo późnej pory sznury pędzących pojazdów zdawały się być nieprzerwane. Oprócz samochodów było sporo śmiesznych, krótkich autobusów, które jeździły po mieście pozbawionym przystanków, zatrzymując się na różnych – może w jakiś sposób sprecyzowanych, może przypadkowych – miejscach na ulicy.

   Samo miasto był niezwykle interesujące. Obok budynków zniszczonych ze starości stoały pięknie odnowione inne, deptak otoczony ruchliwymi ulicami, a narodowi poeci Polski i Ukrainy mają swoje pomniki w odległości 200 metrów.

 

   Byłem w Lwowie i sączyłem atmosferę wschodnio-europejskiego miasta.

Następna strona »