Następnego dnia zagłębiliśmy się bardziej w miasto. Centrum jest bardzo ściśnięte w sobie i fascynujące jest to, jakie mnóstwo szczegółów można zobaczyć w niewielkiej w sumie okolicy. Przestrzeń odgrodzona ścianami kamienic, nad sklepami i instytucjami mieszczącymi się na parterze wznosiły się pół-kolumienki wmurowane w ściany, okryte płaskorzeźbami i napisami z datami budowy.
W trakcie zwiedzania można się było pokusić o kilka historycznych („Takim jak Piłsudski nie stawiamy pomników”), społecznych czy politycznych refleksji. Same z siebie są ciekawe, nie czuję się jednak wystarczająco wykwalifikowany, by móc o nich pisać, a czas, który minął, również działa na moją niekorzyść. Pokuszę się jednak o komentarz, który wg mnie trafnie oddaje przynajmniej jeden z istotnych problemów Ukrainy. Na rynku – będąc na wschodzie nie mogliśmy się tam nie wybrać – na wielu stoiskach wisiały charakterystyczne koszulki. Na kolorowym tle widoczna była twarz kozaka, a pod nią napis: „Dziaki ci Boże, szczo ja nie Moskal”.
Stanęliśmy grupą przed lwowskim uniwersytetem. Moje myśli nie czekały długo na skorzystanie ze skojarzenia. Etap drugi, jaskrawo jaśniejący punkt wędrówki. Studia w pięknym i starym mieście… ale mieście dalekim, odległym, cudzym. Zasada paraleli – podobne miasta wywołują podobne myśli. Stojąc w Lwowie przed uniwersytetem marzyłem o Krakowie. Jak powiedział nasz ukraiński przewodnik – „Nasz Lwów jest jak wasz Kraków. Stolicą Ukrainy jest Kijów, ale sercem – Lwów”. Podróż i życie w sercu Polski? Nęcące, ale i zarazem odstraszające – przekroczenie granicy wyobrażalnej odległości, obcość (choć może tak naprawdę tego właśnie szukam…?).
Z powrotem w kościele. Sam jeden błąkam się po budynku. Reszta w swoich grupach robi to, co musi. Ja jestem jedynie drobnym ozdobnikiem w ich wielogłosowej partii. Poza tym – wolnym obserwatorem. Nie jedynym widzem, ale widzem szczególnym, bo obserwowałem nie ich, a siebie.
Po wyjściu z naszego strychu i przejściu małego łącznika znalazłem się na klatce schodowej. Na niższych piętrach znajdowały się korytarze z pokojami i salami lekcyjnymi do szkółek niedzielnych, zaś na samym dole, pod poziomem ziemi, kuchnia i spora stołówka. Kompleks ten był bezpośrednio połączony z kościołem i po krótkim zapoznaniu się z siecią korytarzy można było bezproblemowo trafić od niego do kaplicy, która wyglądała naprawdę olśniewająco. Z jej przodu znajdywało się miejsce dla głoszących Słowo i chóru, półmetrowymi piętrami wznosząc się cały czas do góry tak, że patrząc na to wszystko miało się wrażenie, że oto przed oczyma wyrasta pionowa, ale i pełna przestrzeni, góra z pięknie zdobionego drewna.
To wszystko było na dole. Ja jednak skierowałem się ku górze, gdzie półpiętro kończyło się barierką przy zamkniętych drzwiach. Poszedłem tam i oparłem się o ścianę. Próbowałem czytać, próbowałem myśleć. Byłem zmęczony, a zamglony odległością i ścianami zgiełk dochodził do mnie i pałętał się po umyśle. Odizolowywałem poszczególne dźwięki w nadziei, że pozwoli mi to skupić się później na sobie. Mnóstwo głosów złączonych w harmonii – dźwięki pianina – nasz chór, który ćwiczy na dole, w stołówce, która spełniała wszak wszystkie potrzebne wymagania – dużo miejsca oraz instrument. Co jeszcze, co jeszcze. Głos solo – dźwięki pianina; tenor, fale dźwiękowe przebijające się przez ścianę – pamiętam: mężczyzna w długim, białym szaliku, ma długie, czarne włosy i dumne spojrzenie. Śpiewa w kaplicy. Kroki i rzadkie rozmowy… i coś jeszcze. Dźwięki pianina.
Chopin. Odrzucam uznając za nierealne. Dźwięki cichną… i znowu. Chopin. Kto może grać utwory niełatwego przecież kompozytora w kościele? Raz ciszej, odgłosy młoteczków uderzanych o struny gasną są ścianami innych dźwięków, szumów, by później pojawić się ponownie, głośniej. Bez wątpliwości Chopin. I nie myślę już o sobie, siedząc oparty o ścianę, ale myślę o Chopinie. Nie daje mi spokoju. Wstaję, schodzę niżej – kierując się uszami ku źródłu muzyki. Podchodzę do pomieszczenia, z którego na pewno wydobywają się dźwięki. Pukam. Widzę dziewczynę przy pianinie – wypadałoby coś powiedzieć, zaczynam mówić i spostrzegam się, że wybrałem zły język. Szybko przerywam. Pytam:
-Pierwsza ballada Chopina?
-Tak.
Okazało się, że mówi po polsku. Była dyrygentką jakiegoś chóru, jeździła więc do Polski na festiwale i tym podobne imprezy.
-Mogę posłuchać?
Uśmiecha się, kiwa głową. Zaczyna grać. Opieram się o ławkę i patrzę na ruchy jej palców na klawiaturze.
Chopin. Na niedoskonałym, starym pianinie. Dźwięki szumią klekotaniem klawiszy. Nie brzmią z prawidłową mocą. Nie szepcą, gdy powinny. Brzęczą, brzęczą. Mimo to nadal pozostaje pięknem. Sztuką… Idealnym artyzmem przytłumionym przez nieidealną rzeczywistość. W trakcie uchylają się drzwi, pojawia się druga dziewczyna, rozmawiają przez chwilę, tamta wychodzi. Pianistka rozpoczyna od przerwanego miejsca. Przepołowiony Chopin na niedoskonałym, starym pianinie.
Ma klimat.
Kończy. Dziękuję jej, wychodzę. Akcja – reakcja. Siadam na swoim łóżku na strychu i postawiwszy nuty na krześle ćwiczę Lutosławskiego. Wyjątkowo lekceważę obecność innego człowieka znajdującego się w tym samym pomieszczeniu, co ja. Pomijam własną niedoskonałość.
Po prostu gram.