Sepultura – A-lex środa, sty 28 2009 

Jeszcze nigdy aż tak nie śledziłem żadnego albumu.

Od pierwszych wzmianek na stronie zespołu, fragmentów prób udostępnionych w necie, rozmaitych materiałów dodatkowych, szczątkowo dawkowanych próbkach świeżej muzyki, do stycznia 2009, kiedy to w końcu A-lex ujrzał świat, a świat ujrzał A-lexa.

Sam sposób objawienia się następcy ekshumowanego Dantego (który notabene był bardzo dobrą produkcją) był dość nieoczekiwany. Otóż Sepultura postanowiła udostępnić swoją najnowszą twórczość w sieci. Na stronce co prawda brakuje mi wymyślnego i efektownego playera skonstruowanego z ciałka okładkowego. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego.

Pierwszymi utworami, które wydostały się na zewnątrz, były We’ve lost you! oraz The Treatment. Przyznać się muszę, że się zatrwożyłem słysząc owe utwory. Szczególnie ten pierwszy. Wolny, bez kopa, do cna niemalże wyssana wydmuszka klimatu. Jeżeli coś takiego ma promować płytę, to co na tej płycie będzie…? The Treatment słyszałem już wcześniej (wspomniane fragmenty z prób) i wrażenie wywoływał raczej pozytywne, ale niezbyt doborowe sąsiedztwo i mu szkodziło.

Muzyka jest w wyraźny sposób podzielona na cztery części, z których każda rozpoczyna się od instrumentalnego A-lexa (z odpowiednią cyferką). Pomysł wg mnie bardzo trafny, pomagają tworzyć odpowiednią atmosferę i ciągłość muzyczno-ideową. Ideą zaś przewodnią albumu jest Mechaniczna Pomarańcza (zarówno książka, jak i film). Muszę przyznać, że z tymi dziełami kontaktu wcześniej nie miałem, więc znam jedynie kontekst i tło zalążka pomysłu.  Wracając do utworów instrumentalnych, to wszystkie mają podobną budowę – ciche tło dźwiękowe – zgarnięte prawdopodobnie z filmu, ale głowy nie dam – na które wstępuje później zespół i robi się doprawdy miło. Dobre riffy, czasem odbiegające od stylistyki typowej dla tego zespołu, intensywność, pomysł i wykonanie.

Wątki instrumentalne są też rozwinięte na pozostałych utworach, co mnie bardzo cieszy. Nie żebym nie lubił pana Greena, ale na wcześniejszych produkcjach Sepultury brakowało mi trochę przestrzeni wewnątrz piosenek zapewnianych przez grę instrumentów. Teraz gitara, bas i perkusja zostały wysunięte trochę bardziej do przodu. Dzięki temu piosenki są bardziej zróżnicowane, nieobliczalne; ciekawsze po prostu. Przykładem tego jest rewelacyjny (mimo, że nader krótki) Enough Said w którym wokal wdziera dopiero się na ostatnie sekundy, a wcześniej pełną rozrywkę zapewnia reszta zespołu. W stosunku do wcześniejszych dokonań Sepultury, A-lex jest szybszy, bardziej rytmiczny i wybuchowy. Miejscami delikatnie eksperymentalny. Może aktywny wkład nowego bębniarza?

Na albumie pojawia się kilka interesujących pomysłów, takich jak „czyste śpiewy” w refrenie Filthy Rot. Te chórki są tam naprawdę niezwykłe. Szkoda jest trochę What I Do!, który najprędzej wpada do ucha i stanowi naturalny hit albumu… a mimo to nie promuje płyty, a robi to rozwlekły We’ve lost you!, którego kompletnie nie rozumiem i może nigdy do końca nie zrozumiem. Wypada jeszcze wspomnieć o Sadistic Values, prawie 7-minutowym utworze, nasączonym narastającym napięciem i duszną atmosferą.

A-lex okazał się być bardzo dobrym albumem. Mocnym, szybkim, krwistym. Ładnie wykończonym brzmieniowo i obdarzonym licznymi smaczkami. Sepultura oczywiście nie ustrzegła się przed błędami i nie sięgnęła przypadkiem po doskonałość. Są zgrzyty i braki, ale nie zmienia to faktu, że warto posłuchać.

exer [dym.] niedziela, sty 18 2009 

Dym rozsadzał pokój od środka, napotykając opór, pełzał ku górze i osmalał sufit, ludzie trzymali papierosy w dłoniach i przez śmierdzącą mgłę wypatrywali swoich twarzy. Ospałe oblicza osób, ogorzałe słońcem i wewnętrznym ogniem, objawiały się jak obrazy, utrwalone przez pędzel nieruchome modele, które mocując się ze znużeniem postanowiły trwać cierpliwie na ostateczne uwieńczenie. Gryzący dym szczypał w oczy, syczały żarzące się lekko wyroby tytoniowe, a ludzie – statyści bezgłośnie mrugali bądź też wsłuchiwali się w mistyczną doskonałość spalania. Czasem słychać było tylko westchnięcie lub ziewnięcie niebrzmiącym „aach..”. Czasem kompana ktoś o godzinę zapytał, czasem się po głowie ktoś inny podrapał. Czasem rozprostowując przeciągnął się ramiona. A i nie dziwiło też nikogo z zebranych, gdy wyjmowano z paczki kolejnego papierosa i zapalano, i wkładano go sobie do ust, a dym leniwie – jakby od niechcenia -  wypuszczano. Niemrawe spojrzenia, znudzonych jak mops nieznanych sobie nawzajem ludzi, zaczęły co poniektórych irytować. Kominy dwunożne i piece duchem obdarzone siedziały tu już wieki całe, tłum chwil ciągnął się i wlókł, ślady po sobie pozostawiając głębokie. Młoda staruszka  otoczona pękami zmarszczek wokół oczu, o włosach szarzejących, ale które nie zatraciły jeszcze zupełnie swojego blasku i piękna, wstała zdecydowanie chcąc wyjść, personalny smog zmętniał  jak poruszona woda, zaskoczony tak nagłym poruszeniem. Kobieta wyszła z pokoju umierając dla towarzystwa – więcej nawet – zatarła wszelki ślad o swoim istnieniu – - nigdy nikogo takiego jak ona tu nie było. Pamiętasz kogoś takiego? Nie pamiętam. No właśnie, a zresztą – kogo to obchodzi?Palacza obchodziło jednak czekanie. Tracił cierpliwość napawając się aktywnie i biernie wydzielinami papierosów. Każdy myślał o drzwiach, każdy myślał o nich poważnie, nikt jednak przez nie nie wyszedł. Myśleli – od teraz się zmienię, zmiana rozegra się na zewnątrz, żeby wszyscy zobaczyli, żeby wszyscy uwierzyli. Sam żebym uwierzył, że mogę okazać złość i wyjść przez te durne drzwi.       

Otworzyły się drzwi – drugie, oddzielające to pomieszczenie od pomieszczenia kolejnego – i pojawił się w nich 5-letni chłopczyk. Na rękach trzymał psa. Było to małe zwierzę o krótkiej brązowej sierści, którą otoczona skóra wzdrygała się co parę sekund. Chłopczyk położył psa na kolanach jednego z palaczy, długowłosego i brodatego, o cerze wyniszczonej i żółtej. Mężczyzna spojrzał na dzieciaka ze zdziwieniem, chwycił psa za skórę na karku, uniósł, chcąc odłożyć go na podłogę. Zlęknione źrenice zwierzęcia wpatrywały się w znudzone oczy.

Chłopczyk wyciągnął spod szerokiej kanapy płaski kojec i klęcząc na podłodze poprawiał zwoje koców tam się znajdujących.

Do pokoju ponownie weszła kobieta i jej wejście, podobnie jak wcześniejsze wyjście, nie spowodowało najmniejszego nawet poruszenia. Żadnych zmian. Nigdy nie wychodziła. Była tu cały czas napawając się wraz z innymi wszechobecnym dymem. Oparła się o ścianę i wyciągnęła papierosa.

Chłopczyk wstał. Rozejrzał się. Pies był tam, gdzie go zostawił. Na kolanach brodacza. Ciężka ręka mężczyzny leżała lekko na głowie psa i leniwie drapała go za uszami. Dłoń zdawała się robić te czynności sama, bez jakiejkolwiek konsultacji z resztą ciała; głowa faceta była lekko pochylona do dołu, z ust wystawał dymiący pet, poirytowane czekaniem oczy lustrowały pokój. Chłopiec podniósł rękę mężczyzny i wyciągnął psa.

Do pokoju wszedł Kazimierz. Był ubrany w elegancki, czarny garnitur, w butonierce znajdował się różawy kwiatek współgrający wspaniale z odcieniami jego koszuli i krawata. W ustach, jak wszyscy, trzymał… nie, nie trzymał niczego. Dym, dym, dym. Miesza wszystko.

Chłopczyk wsadził psa do kojca, pogłaskał go po łbie i wyszedł.

Kazimierz natomiast podszedł do jednego z palaczy, pochylił mu się do ucha i szeptał mu coś przez dobre pięć minut. Później wyprostował się i wyszedł z pomieszczenia.

A zaraz po nim wszyscy pozostali.

I tylko samotny dym rozgaszczał się między ścianami.

Wśród okruchów plątają się czwartek, sty 15 2009 

Strzępy plasterków sera ułożyłem na niedbale posmarowanej masłem kromce chleba. Kromce też niedbale – bądź nieumiejętnie – przekrojonej, jedna strona była wyraźnie cieńsza od drugiej.

Za oknem błyszczało słońce, od odbitych promieni świecił się śnieg, słowem: jasność od góry i od dołu. Patrzyłem na świeże powietrze, którego atmosfera pobudzała do życia. Tyle że ja byłem za szybą, ciepły i zamknięty, wsłuchiwałem się w mozartowskie pieśni do ludzi czasu przeszłego. Też pięknie.

Na wierzch kanapki rozmieściłem symetrycznie owale ogórków.  W tle gwiżdzała woda gotująca się do herbaty. 

Gdzieś wyczytałem, sporo czytam ostatnio wycinków i fragmentów wyrwanych, scrap booków literackich, że człowiek jest nieszczęśliwy w takim stopniu, w jakim się za takiego uważa. Seneka bodajże, lub inna z tęgich głów rzymskich. Wypadałoby oddzielić przymiotnik od rzeczownika, określenie od rzeczy, bo o ile stan można zanegować, tak ze zdarzeniem czegoś takiego zrobić nie można. Nieszczęścia się zdażają, bez tragedii nie ma życia. A jednak – nieszczęśliwość zdaje się być świadomym wyborem człowieka. Parafrazując inne powiedzenie, można by powiedzieć, że człowiek nie staje się nieszczęśliwy z powodu nieszczęścia, które mu się napatoczyło jakiegoś razu, od fatum, które stoi na drodze i patrzy, lecz zależy od tego co człowiek z tym zrobi, jak sam siebie określi, czy pójdzie prosto, czy zboczy? Oczywiście teoretyzacja mądrości przeszłości nie musi mieć odzwierciedlona w praktycznej szarości, ale co tam, kwestia ciekawa, można ją wypatroszyć jak rybę i przyglądać się jej wnętrznościom.

Jakby spojrzeć w historię sztuki (bo tam fanaberie i imaginacje są bardziej widoczne), to gdy nieszczęśliwi są romantycy, moderniści wykazują wszelkie oznaki beznadziejnej depresji i obłąkania, to ludzie, którym przychodziło żyć na tle nieszczęść wręcz niewyobrażalnych, stają się kimś więcej niż tylko nieszczęśnikami. Inne cechy wygarniają w ich duszy pierwszeństwo – czy to rozpaczliwa chęć przeżycia, czy to całkowite odarcie się z uczuć, czy nienawiść, czy obojętność. Świadomość nieszczęścia płonęła niewątpliwie w ich wnętrzach, ale świadomość była tak wielka, że nie pozwalała na sztuczną kreację.  Jak pisał Norwid – największe cierpienia okazywane są w ciszy. W przemilczeniach, gdy słowa nie są w stanie udźwignąć ciężaru przeżyć. 

Nie piszę by kpić z przeszłości, to raczej kpiny warta jest często teraźniejszość. Czyż ból istnienia sam w sobie nie jest szyderstwem? Nieszczęścia spadają jak krople podczas deszczu i jak po jesiennym deszczu w lesie pojawiają się tragedie. Tak było, tak jest i będzie; nie ma nic nowego pod słońcem. I – jakby nie patrzeć – coś jest w paradoksalnym pociaszeniu Kazika: “Hej, hej, hej, inni mają jeszcze gorzej!”.

Tylko co z tego.

Przeszłość jest zakryta, mylna prawie tak jak przyszłość. Wiemy, co było, ale nie potrafimy tego zrozumieć. Nie jest problemem szczerze stwierdzić, o tak, to było okropne, albo: tego naprawdę nie lubię. Patrząc z krytycznej – bo późniejszej – perspektywy, chcąc nie chcąc, wszystko wydaje się takie ułagodzone, spłaszczone, odległe; realniejsze stają się już te plasterki ogórka ułożone symetrycznie po dwóch stronach kanapki. Szczegół teraźniejszości zabija dramat przeszłości. Rozpamiętywanie się w minionym może i nie jest najlepszym strzałem na stracenie życia, ale tak przyjemnnie jest czasem spojrzeć i zaopiniować o czymś, co wcale naszej opinii nie potrzebuje.

A, zapomniałem… ad rem. Kanapka była smaczna.    

 

   

Stwarzanie własnego okręgu czwartek, sty 1 2009 

7.

1-2-3-4-5-6-7-8-9-10-11-F

-Wylali cię?

Dosiadła się do niego w milczeniu, na jej ustach błądził lekki uśmieszek. Nie pytał więcej. Już to pierwsze pytanie zadał od niechcenia. Wpatrywał się nadal w filiżankę wypełnioną czarną kawą. Ona spoglądała spokojnie na niego, jakby badała, jak zareaguje na jej obecność. On nie chciał nic mówić, ona nie zamierzała pierwsza powiedzieć czegokolwiek; milczeli więc oboje.

O szyby uderzały krople deszczu. Woda tworzyła na szkle strumyczki, one łączyły się ze sobą i spływały razem, rozlewając się na linii parapetu.

-Coś dla pani?

-Poproszę cappuccino… może waniliowe… macie takie?

-Mamy. – kelnerka zapisała w notatniku i rozejrzawszy się po pustej kawiarni nieśmiało zapytała – Państwo są razem…? Pytam, bo nie wiem, czy zapisać te cappuccino na ten sam rachunek, czy może na oddzielny…

-Jeden. – kobieta położyła swoją dłoń na jego – Jesteśmy razem.

Kelnerka dygnęła i odeszła. On spojrzał zdziwiony na niespodziewaną partnerkę, ona natomiast zabrała spokojnie rękę i pochyliła się lekko ku niemu.

-Czemu jesteś taki przygnębiony, Marcinie? Jeśli to cię pocieszy, to nie, nie wylali mnie. Mogę być w takim lokalu i nie pracować tam jednocześnie. Trudno wyrwać się ze stereotypu? Umieściłeś mnie na pozycji kelnerki i tylko tam mnie widzisz. Widzisz, Marcin, w życiu nie jest tak prosto…

-Chwila… – Marcin jakby ocknął się z uśpienia – Skąd ty w ogóle znasz moje imię?

-Kobiety mają swoje źródła. – uśmiechnęła się zalotnie.

Marcin wzruszył ramionami i napił się.

-A mnie o imię nie zapytasz?

-Nie jestem zainteresowany. – odparł stanowczo – Poza tym – mam żonę.

-O… jaki Marcin jesteś szybki – zaśmiała się – A nie pomyślałeś, że może ja chcę ciebie tylko poznać?

-Tylko poznać, to mogłaś mnie ze swoich „kobiecych źródeł”.

-Istnieje różnica pomiędzy teorią a praktyką.

-A dlaczego chcesz mnie poznać?

-Wydajesz się być interesujący.

Marcin siedział dalej w milczeniu.

-A ostatnio stałeś się nawet jeszcze bardziej ciekawy…

-Zostaw mnie w spokoju.

Pojawiła się kelnerka z cappuccino. Marcin wstał i wepchnąwszy jej w rękę banknot wyszedł z kawiarni. Zdziwiona kelnerka spoglądała to na niego, to na siedzącą kobietę.

-Mała sprzeczka, przejdzie mu.

Wyszedł z lokalu i przez gęste niczym chaszcze opady deszczu przedzierał się do samochodu. Szedł szybko, nie zwracając na nikogo ani na nic uwagi, nie omijał tworzących się na chodniku kałuż, potrącał ludzi idących obok niego. Zwolnienie Andrzeja wytrąciło go z równowagi, którą tracił jeszcze bardziej obserwując poczynania swojego nowego przełożonego. Praca straciła dla niego wszelki smak, była jak kara, jak koszmar, w którym ciągle musi się taplać i z którego nie może uciec. Teraz jeszcze pojawiła się ta szalona kelnerka. Czego ona od niego chce?

Jakiś mężczyzna, potrącony przez nieuważnego wzburzeniem Marcina, popchnął go mocno w odpowiedzi, warknąwszy wcześniej ordynarną wiązanką słów. Marcin, niespodziewając się kompletnie ataku, stracił równowagę i runął w kałużę. Przechodzeń spojrzał na niego z niesmakiem i poszedł dalej. Upadek wprawił Marcina w jeszcze większą wściekłość. Wstał i z krzykiem skoczył na sprawcę. Uderzył zaciśniętymi pięściami. Popchnął z całej siły oponenta na ścianę budynku. Paru przechodniów przyspieszyło kroku, by jak najszybciej oddalić się od walczących. Kilku z ciekawością oglądało potyczkę. Ktoś wyciągnął telefon i zadzwonił na policję. Marcin jednak nadal nie zwracał na nic uwagi. Znalazł punkt, na którym mógł się wyżyć, przelać swoją niemoc w jak najbardziej mocne uderzenia. Zaatakowany mężczyzna z zaskoczenia początkowo obrywał, dalej jednak ruszył do kontrataku. Bronił się przez nieskładnymi i chaotycznymi atakami i wykorzystywał każde, częste odsłonięcia się Marcina. Marcin zaatakował ponownie. Pochylił się w stronę swojego przeciwnika, ten natomiast szybko uskoczył w bok i podstawił mu nogę. Marcin stracił równowagę i runął do przodu.  Jego głowa uderzyła o ścianę budynku i zostawiła po sobie krwistą plamę. Ranny upadł na ziemię. Zwycięzca, zobaczywszy krew, zaniechał kolejnego uderzenia; krzyknął, żeby ktoś zadzwonił po pogotowie, pochylił się nad leżącym i obrócił go na plecy.

Marcin głęboko oddychał, przed oczami miał mgłę. Poczuł, jak ktoś pomaga mu wstać, powłóczył z trudnością nogami, ale opierając się na czyimś ramieniu szedł w nieznanym sobie kierunku.

Leżał przykryty kocem na kanapie. Rozejrzał się dookoła.

-Gdzie jestem?

Podeszła do niego dziewczyna.

-Przyniosłam ciebie tutaj. Razem z tym facetem, przez którego masz to – powiedziała dotykając opatrunku na jego czole – Wyzywał cię straszliwie. Co się w ogóle stało? Porozmawiałam z nim spokojnie – przestraszył się, gdy zobaczył, że jesteś ranny. Nie chcieliśmy robić zamieszania z policją, szpitalem i tak dalej.

Marcin położył dłoń na czole by poczuć miejsce swojego zranienia.

-Mam na imię Ania. Tak przy okazji.

-Długo tu jestem?

-Około pół godziny. Chcesz herbaty?

-Nie, dzięki… muszę iść… – wstał, ale przez nagłą zmianę pozycji zaciemniło mu się przed oczami. Złapał się oparcia kanapy, drugą rękę przyłożył do głowy.

-Jesteś pewien?

-Tak, tak… – ponaglony własnymi słowami powoli poszedł do przedpokoju. Zatrzymał się. – Gdzie moja marynarka?

-Suszy się w łazience. Zaraz przyniosę

Marcin nałożył ciągle wilgotna marynarkę, buty i kurtkę.

-Mieszkam niedaleko tej kawiarni, którą opuściłeś zaraz po tym jak się pojawiłam. Jak wyjdziesz, to będziesz wiedział dobrze gdzie jesteś.

Bez słowa otworzył drzwi i wyszedł.