Świetlane impresje niedowidzenia, smugi i plamy, jaskrawość zamglona w ciemności, biel pod butami. Za mną? Widzę… - obracam się – …cień. Śledzi mnie rozczworzony przez lampy. Jeden zda się być wieloma. Znowu. Patrzę już tylko przed siebie.
Ja
…jak w perfekcyjnym rozpoczęciu Dzienników Gombrowicza, gdzie Piątek mógłby być jedynie kontrapunktem. Aj, zamknę się w swoim laickim umyśle (tydzień niecały tylko przeczytałem).
Cienie – przynależne do podmiotu, bez wyjątków. Szedłem więc przez park, stałem na zimnym przystanku obserwując przyjazdy i odjazdy zamarzniętych autobusów, potem, gdy wreszcie, po stosunkowo małym spóźnieniu, pojawiła się 8 starosielce pkp, wsiadłem i zająłem miejsce obok wielkiego faceta, obok którego nie siedziałem jednak długo – bo wysiadł. Przysunąwszy się do okna obserwowałem abstrakcje za szybą. Polecam wieczory i mróz na szkle. Kształty istniejące jedynie z racji odblasków odkształcają się tam jeszcze bardziej i mamy awangardę na wyciągnięcie ręki. Na spojrzenie. Na chętną myśl poszukującą.
Myślałem sobie o ludziach, o ludziach myśli się najlepiej, bo myśl o nich nigdy nie spowszechnieje, nigdy nie dokształci się, zawsze będą czymś innym, obcym ciałem w naturalnym naszym światopoglądzie, będą przeklęcie sprytnymi wirusami zmieniającymi się w zależności od lekarstwa. Fakt, że owym wirusem – cóż za outsiderowska metafora – buaha – myślcie teraz – jestem i ja, całą sytuację jedynie ubarwia. Myśląc o tej notatce dodawałem setki określeń do przedmiotów moich rozważań, nie przytoczę ich jednak – bo raz, że za dużo, bo dwa, że nie pamiętam – co nie wynika jedynie z przyczyny pierwszej. Ad rem, ludzie mili są w obróbce myślowej, ponieważ można ich ugniatać i rzeźbić na rozmaite, finezyjne i kunsztowne bądź prostackie i chamskie, sposoby, a i tak w rzeczywistości okażą się inni niż w urojeniach, które też sami o sobie nawzajem produkują w hurtowej ilości, tworząc tym samym świat ludzki drugi - lub pierwszy (w zależności, jak na to spojrzeć) - świat złudzeń wobec bliźnich i wobec własnych wybitnych jednostek. To co dzieje się realnie, dzieje się też w pokrętny sposób w imaginacji, a to co dzieje się w imaginacji, wpływa na to, co dzieje się realnie. Jak spojrzeć na to szerzej jeszcze, to do głosu dojdzie kolejny poziom obu tych struktur – i jest jeszcze ciekawiej.
Jeszcze jedna sprawa dogryza się praw do ludzkości w podrozdziale, efemeryczne moje hydry, które zdają się przyjmować ostatnio formę chimer. Co to będzie? Co to będzie? – jak mawiał dziadowski dwuwiersz – zobaczę jeszcze.
Kult
…tura. Po mrzonkach rozmaitych i pragnieniach niespełnionych przyszedł czas na adios dla rzeczy górnych i chwycenie się rzeczy pospolitych. Romantycy i współcześni, którzy zaprzątali moje myśli przez dłuższy czas sami zostaną teraz zaprzątnięci – sprzątnięci. Przyczyna zewnętrzna, niewłasna i niemiła. Przyczynie w zęby nie zaglądajmy, była, a w związku z nią musi wypływać coś nowego.
Kupiłem Demony Dextera. Serial, który był nakręcony na podstawie tej knigi, prześwietny, liczyłem więc, że i ona nie będzie mu znacząco ustępowała. Niestety – zachwytu nie odczułem względem niej żadnego, tym większe więc brawa dla scenarzystów Dextera za zaczerpnięcie dobrego pomysłu i dobrych zarysów fabuły i zamienienie ich w prawdziwą rewelację. Nieczęsto się zdarza, by reprodukcja była lepsza od orginału. Książka – jak wspomniałem – ma potencjał, ale nie jest on wykorzystany. Narracja niezła, postacie średnie, wątki dziurawe, puenta rozczarowująca. Przeczytać książkę – można, obejrzeć serial – trzeba.
Sapkowski z Wiedźminem - klasyka. Drugi zamach na sagę robię; pierwszy gimnazjalny był bardzo udany, niemniej teraz mało co z tego pamiętam, więc zamachnąłem się ponownie. Ileż toto ma tomów… Świetnie.
3
Piękna liczba. Dojść do całości w jakiś sposób, na dwóch częściach poprzestać - szkoda. Cóż, cóż, cóż.
Może nad maturą porozpaczać? Może o muzyce porozmyślać? Poruszyć wątki zdies’ nie poruszane i ożywić Jaka wtopionego się w tło pastwiska? Złapać się zębami za wątki poruszane i rozrysować dokładniej tło? Ponarzekać na środę i inne brzydkie zjawiska masowo występujące w przyrodzie? Albo odwrócić się – spojrzeć na cienie za sobą – i zmienić je na bardziej przystające do chwili i gustów? Czy po prostu spojrzeć na cienie… i tak sobie patrzeć. Śnieg niech pada z czarnego nieba, lampy niech płoną fosforycznym płomieniem, muzycy niech grają, artyści niech cierpią, szaraczki niech narzekają, ludzie niech robią, co chcą, a ja po prostu popatrzę – gdzie tam na nich – gdzie tam na wszystko – na cień sobie popatrzę, rozczworzony przez promienie.