Trójpolówka środa, lut 18 2009 

Świetlane impresje niedowidzenia, smugi i plamy, jaskrawość zamglona w ciemności, biel pod butami. Za mną? Widzę… - obracam się – …cień. Śledzi mnie rozczworzony przez lampy. Jeden zda się być wieloma.  Znowu. Patrzę już tylko przed siebie.

Ja

…jak w perfekcyjnym rozpoczęciu Dzienników  Gombrowicza, gdzie Piątek mógłby być jedynie kontrapunktem. Aj, zamknę się w swoim laickim umyśle (tydzień niecały tylko przeczytałem). 

Cienie – przynależne do podmiotu, bez wyjątków. Szedłem więc przez park, stałem na zimnym przystanku obserwując przyjazdy i odjazdy zamarzniętych autobusów,  potem, gdy wreszcie, po stosunkowo małym spóźnieniu, pojawiła się 8 starosielce pkp, wsiadłem i zająłem miejsce obok wielkiego faceta, obok którego nie siedziałem jednak długo – bo wysiadł. Przysunąwszy się do okna obserwowałem abstrakcje za szybą. Polecam wieczory i mróz na szkle. Kształty istniejące jedynie z racji odblasków odkształcają się tam jeszcze bardziej i mamy awangardę na wyciągnięcie ręki.  Na spojrzenie. Na chętną myśl poszukującą.

Myślałem sobie o ludziach, o ludziach myśli się najlepiej, bo myśl o nich nigdy nie spowszechnieje, nigdy nie dokształci się, zawsze będą czymś innym, obcym ciałem w naturalnym naszym światopoglądzie, będą przeklęcie sprytnymi wirusami zmieniającymi się w zależności od lekarstwa. Fakt, że owym wirusem – cóż za outsiderowska metafora – buaha – myślcie teraz – jestem i ja, całą sytuację jedynie ubarwia. Myśląc o tej notatce dodawałem setki określeń do przedmiotów moich rozważań, nie przytoczę ich jednak – bo raz, że za dużo, bo dwa, że nie pamiętam – co nie wynika jedynie z przyczyny pierwszej. Ad rem, ludzie mili są w obróbce myślowej, ponieważ można ich ugniatać i rzeźbić na rozmaite, finezyjne i kunsztowne bądź prostackie i chamskie, sposoby, a i tak w rzeczywistości okażą się inni niż w urojeniach, które też sami o sobie nawzajem produkują w hurtowej ilości, tworząc tym samym świat ludzki drugi - lub pierwszy (w zależności,  jak na to spojrzeć) - świat złudzeń wobec bliźnich i wobec własnych wybitnych jednostek.  To co dzieje się realnie, dzieje się też w pokrętny sposób w imaginacji, a to co dzieje się w imaginacji, wpływa na to, co dzieje się realnie. Jak spojrzeć na to szerzej jeszcze, to do głosu dojdzie kolejny poziom obu tych struktur – i jest jeszcze ciekawiej.

Jeszcze jedna sprawa dogryza się praw do ludzkości w podrozdziale, efemeryczne moje hydry, które zdają się przyjmować ostatnio formę chimer. Co to będzie? Co to będzie? – jak mawiał dziadowski dwuwiersz – zobaczę jeszcze.

Kult

…tura. Po mrzonkach rozmaitych i pragnieniach niespełnionych przyszedł czas na adios dla rzeczy górnych i chwycenie się rzeczy pospolitych. Romantycy i współcześni, którzy zaprzątali moje myśli przez dłuższy czas sami zostaną teraz zaprzątnięci – sprzątnięci. Przyczyna zewnętrzna, niewłasna i niemiła. Przyczynie w zęby nie zaglądajmy, była, a w związku z nią musi wypływać coś nowego.

Kupiłem Demony Dextera. Serial, który był nakręcony na podstawie tej knigi, prześwietny, liczyłem więc, że i ona nie będzie mu znacząco ustępowała. Niestety – zachwytu nie odczułem względem niej żadnego, tym większe więc brawa dla scenarzystów Dextera za zaczerpnięcie dobrego pomysłu i dobrych zarysów fabuły i zamienienie ich w prawdziwą rewelację. Nieczęsto się zdarza, by reprodukcja była lepsza od orginału. Książka – jak wspomniałem – ma potencjał, ale nie jest on wykorzystany. Narracja niezła, postacie średnie, wątki dziurawe, puenta rozczarowująca. Przeczytać książkę – można, obejrzeć serial – trzeba.

Sapkowski z Wiedźminem -  klasyka. Drugi zamach na sagę robię; pierwszy gimnazjalny był bardzo udany, niemniej teraz mało co z tego pamiętam, więc zamachnąłem się ponownie. Ileż toto ma tomów… Świetnie.

3

Piękna liczba. Dojść do całości w jakiś sposób, na dwóch częściach poprzestać - szkoda. Cóż, cóż, cóż.

Może nad maturą porozpaczać? Może o muzyce porozmyślać? Poruszyć wątki zdies’ nie poruszane i ożywić Jaka wtopionego się w tło pastwiska? Złapać się zębami za wątki poruszane i rozrysować dokładniej tło? Ponarzekać na środę i inne brzydkie zjawiska masowo występujące w przyrodzie? Albo odwrócić się – spojrzeć na cienie za sobą – i zmienić je na bardziej przystające do chwili i gustów? Czy po prostu spojrzeć na cienie… i tak sobie patrzeć. Śnieg niech pada z czarnego nieba, lampy niech płoną fosforycznym płomieniem, muzycy niech grają, artyści niech cierpią, szaraczki niech narzekają, ludzie niech robią, co chcą, a ja po prostu popatrzę – gdzie tam na nich – gdzie tam na wszystko – na cień sobie popatrzę, rozczworzony przez promienie.

Epitafium piątek, lut 6 2009 

Genialny długopisie, czemużeś się skończył?

Dlaczego tuszu już nie masz

i cierpisz, legły, bez ducha i głosu

bez jęku nawet! – - w ciszy

obracasz się ostatnimi podmuchami

życia

 

Zostałem

siebie nie oddałem

by z tobą, mój drogi, pozostać

mimo nieszczęść losu, bezlitosnych faktów

i pisać, mój drogi, pisać!

 

zastępcy marni się tłoczą pod me palce

kształty różnorakie, bogactwo barw tuszy, moc tego,

co napisać będą w stanie

jeszcze  

 

to na nic!

to na nic!

 

Ty…!

padłeś – - i już nie wstaniesz

O negatywnych aspektach spokoju poniedziałek, lut 2 2009 

…a tak poza tym – co można powiedzieć? Nie ma niczego, co by świeciło równie intensywnie z obu stron. Spokój – tak wytęskniony, tak wybłagiwany przez rzesze zabieganych ludzi – kwitowany jest słowami: nudny jak puste pudełko. Koniecznie puste, bo takie z zawartością należy do kompletnie innej kategorii. A puste, przejrzane z desperacji wielokrotnie z wszystkich możliwych stron – od zewnątrz, od wewnątrz, odgięte brzeżki, by zobaczyć, czy a nuż nic ciekawego się nie skryło za zgięciem. I nic. I pusto. I nuda, nuda, nuda! Spokój wylewa się uszami. Został już zbadany, przejrzany, zaziewany i wyrzucony. Niech powróci niepokój, bo tam przynajmniej coś się dzieje. Niech stanie się coś, niech, jeśli nie może stać się coś innego,  wybuchnie nawet wojna! Cokolwiek! Puste pudełko to nie pudełko z zawartością.

 …bo co tam? Ileśtam sześciennych centymetrów powietrza, prostopadłościan wypełniony nicością, która przekracza krawędzie i zabrudza cały pokój.

Stwarzanie własnego okręgu niedziela, lut 1 2009 

8.

1-2-3-4-5-6-7-8-9-10-11-F

Pocałował ją.

Uśmiechnęła się. On odwzajemnił. Czuł się jednak inaczej. Jak? Nie widział sam.

Przykrył ją kocem i usiadł u jej stóp na kanapie. Patrzył na jej twarz, na odblaski światła na jej skórze i myślał o niej. Przedstawiał ją sobie ponownie, przedstawiał ją sobie samemu, z wspomnień i z tej chwili, opisywał. Jak? Nie wiedział sam.

Pocałował ją. Niech chwila trwa, jest miło… tak ciepło. Taka urocza i sympatyczna atmosfera – on, ona przy nim… trzeba ogień chwili podtrzymywać. Pocałunek. Mógł coś mówić, mógł coś powiedzieć, szepnąć słówko, rozpocząć jakąś konwersację, ale nie chciało mu się. A z resztą. Co mógłby jej przekazać? Nie wiedział sam.

Trwali więc tak w nieporuszeniu. Zbliżając się ku sobie, istnieli obok siebie, patrząc w swoje twarze patrzyli tak naprawdę w zupełnie obce kierunki. Ich bliskość nie przybliżała ich. Czuli się inaczej niż wcześniej. Czuli, że zatracili to, co wcześniej. Czuli to wszystko! a jednak uśmiechali się do siebie w nadziei, że takie małe płomienie ciepła pozwolą im uwierzyć w zniszczenie dystansu między nimi. Zniszczenie dystansu małymi kroczkami bliskości.

Zgasło światło. Adam odłożył lornetkę i spojrzał na zegarek. Dopiero 23. Zapowiada się kolejna nudna noc. Obiekt pewnie poszedł spać już i będzie spokój. Jak wczoraj, jak przedwczoraj, jak dzień jeszcze wcześniej. Najchętniej by poczekał pół godziny – tak dla świętego spokoju – ale cóż, taka praca. Zapłacono mu by pilnował do 4 – będzie pilnował do 4. Co nie zmieniało faktu, że noc będzie nudna.

Ciemność. Mrok na ulicy był rozpraszany przez światła latarń, Adam zaparkował jednak w miejscu, gdzie było ich stosunkowo najmniej. W samochodzie świeciły się zielono zarysy napisów i wskaźników. By nie zasnąć, włączył radio – leciał stary rock. Adam wyciągnął się wygodniej na fotelu i obserwował.

Rana Marcina goiła się szybko, tak że dwa tygodnie po zdarzeniu nie było po niej już prawie śladu. Żonę zbył krótką wymówką, w pracy milczeniem omijał pytające spojrzenia. Chwila głupoty, niewyjaśnionej wściekłości – po co zaprzątać tym głowę innym. Wystarczy, że on o tym wiedział. I… ta Ania. Spotkał ją od tego zdarzenia raz na mieście. Minęli się bez słowa, powitali się delikatnymi skinieniami głów.

Zaczynał wracać do normy. Czuł jakby od nowa uczył się oddychać po długim okresie bezdechu. Wcześniej, mimo tego, że wszystko wokoło było w porządku, czuł się źle. Kiedy jednak pojawiły się zgrzyty, uderzenia, jego melancholia została zburzona, a on został z niej wyrwany siłą – wpadł w jeszcze większy smutek, który graniczył niemalże z rozpaczą, lecz potem… po chwilach bólu i zwątpienia… odbił się i powoli wypływał na wierzch. Przybliżał się do spragnionego spokoju. Do niedawnych problemów się przyzwyczaił – Staś okazał się nie być taki zły, praca – przecież i tak miała być tylko pracą; znajdował więcej czasu dla rodziny. Idzie ku dobremu.

Jedynie Andrzej ciągle nie odbierał jego telefonów.

Zatrzymał się pod mieszkaniem przyjaciela. Andrzej żył w jednym z małych, łączonych ścianami domów, do których wejścia mieściły się naprzeciwko ulicy. Wysiadł i podszedł do drzwi. Zapukał. Raz. Drugi. Cisza.

-Andrzej?! – zawołał i uderzył pięścią o drzwi – Jesteś?

Nadal nic. Marcin przyłożył ucho do drzwi, by usłyszeć jakieś znaki tego, że ktoś jest po drugiej stronie. Niestety, hałas miasta skutecznie mu w tym przeszkadzał. Szum przejeżdżających samochodów, krzyki ludzi (czy oni muszą się tak wydzierać?). Nie słyszał nic za drzwiami, bezwiednie więc zwrócił swoją uwagę na detale miejskiego rozgardiaszu. Tam para kłóciła się na jakiś niezidentyfikowany temat – zdawało się, że w walce sami zatracili jej sens – uniesione głosy co chwila przeszywały przestrzeń. Równolegle do nich grupa znajomych rozmawiała o czymś hałaśliwie w swoim gronie. Piesi wędrujący we wszystkich kierunkach – wolno, szybko, zwarcie i szeroko, głośno i cicho. Z wszystkich stron wydobywała się masa dźwięków. Marcin spoglądał na tłumy ludzi na chodnikach, aż nagle poczuł wyraźną anomalię. Usłyszał wysepkę ciszy, dostrzegł wpatrzone w siebie spojrzenie. Mężczyzna siedzący w samochodzie na drugiej stronie ulicy nie spuszczał go z oczu. Po chwili opuścił wzrok, Marcin jednak dalej patrzył zaciekawiony w tamtą stronę.

Nagle drzwi się poruszyły.

-Nadal tu jesteś? – zacharczał Andrzej. Marcin odwrócił się szybko ku niemu i przytaknął.

-Mogę wejść?

-A po co. Po co w ogóle przyłaziłeś. Daj mi spokój.

Marcin zlustrował szybko kolegę.

-Jeszcze się nie pozbierałeś? Andrzej! Musimy pogadać… koniecznie.

-Daj mi spokój. – spróbował zamknąć drzwi, jednak Marcin przytrzymał je.

-Musimy pogadać!

-Spadaj… – popchnął Marcina całą masą ciała, ten cofnął się parę kroków. Andrzej zachwiał się, ale oparłszy się o ścianę zachował równowagę. Marcin stał obok obserwując z niedowierzaniem zachowanie przyjaciela.

-Jesteś pijany?

-Spadaj… – powtórzył Andrzej i wszedł do mieszkania, głośno zatrzaskując drzwi.

Marcin, po momencie oszołomienia tą sceną, rozejrzał się. Obserwatora już nie było.

Poczuł się dziwnie. Jak? Nie wiedział sam.