Zagłuszać – zagłusza – zagłuszam. Słuchawki w uszy i do przodu. Nie zwracać uwagi na ludzi, na otoczenie, na wrażenia czy zjawiska, po prostu zagłuszyć siebie i iść. Myśli skupione na formie, przebiegu melodii, kompozycji utworu, drobnych cząsteczek dźwięków chrzęszczących podczas ocierania się o siebie, tworzących unikalne bogactwo gam barw i odcieni starć różnych odmian tej samej materii. Słowa umysłu umuzycznione nie mają siły do samodzielności – - też zagłuszone. Tracić ciąg myśli zamiast ciągu dźwięków.
Trójkąt Trójprostokątny piątek, mar 6 2009
Rozmaitości geometria, matematyka, trójkąt, trójkąt trójprostokątny 22:41
Przedstawiam Wam, Drogie Panie i Drodzy Panowie, mój wkład w dziedzinę geometrii, który – jak mniemam – zapewni mi nagrodę Nobla z dziedziny matematyki. Jest to odkrycie niezwykle cenne dla nauk ścisłych, pokazuje bowiem niezwykłą rangę istoty ciała matematycznego. Nie jest one, jak uważają laicy, skostniałe i opierające się na martwych formułach; przeciwnie – nie stroni od paradoksów i zdarzeń abstrakcyjnych, rozwijających w wielkim stopniu umysł badacza.
Figura, nad którą pracowałem w pocie czoła ostatnich 10 lat, wreszcie ujrzała światło dzienne. Kiedy kilka dni temu w mojej wyobraźni zaczęły pojawiać się jej zarysy, czułem zarówno zachwyt, jak i strach – co oznaczało, że stoję na progu czegoś doprawdy przełomowego. Zachwyt nad dziełem, którego człowiek nie może objąć rozumem. Obawa – czy podołam tej wielkiej misji, by utrwalić czegoś tak doskonałego i pełnego subtelnej finezji matematycznego ideału. Czegoś, co pokazuje, że nie ma niczego niemożliwego, że wszystko jest w zasięgu rozumu człowieka.
Oto, przed wami przełomowa chwila w historii światowej nauki, szkic Trójkąta Trójprostokątnego!

The Prodigy – Invaders Must Die wtorek, mar 3 2009
Muzyka die, elektroniczna, Invaders, must, Muzyka, prodigy, the 19:41
„We are The Prodigy”. Oto pierwsze słowa, które padają na tym albumie. Podkreślenie powrotu czy też zaznaczenie ciągłości muzycznej? Zespół pozostał ten sam i dźwięki przezeń prezentowane nie różnią się znacznie od tych prezentowanych wcześniej. Nadal jest tu połączenie muzyki elektronicznej z rockowym uderzeniem, punkowa zadziorność, dynamika i (w większości) mało finezyjne linie wokalu.
Ten sam styl jest wyczuwalny, ale na szczęście The Prodigy nie zdecydowało się na powielanie starych patentów. W tym przypadku ewolucja przyniosła więcej zwięzłości i dopracowania poszczególnych motywów, z czym wiążą się również energia oraz różnorodność. Dynamizmu nigdy prezentowanemu zespołowi nie brakowało, tak samo jest i tutaj, z tą różnicą, że inaczej ukształtowane zostały drogi do niego prowadzące. Utwory są krótsze, ale dzieje się w nich dość dużo – zarówno w poziomie (poszczególne części, zmiany temp i nastrojów) jak i w pionie (nowe głosy do pędzącej już maszyny). Różnorodność jest także widoczna pomiędzy poszczególnymi numerami. Są one rozstawione dość szeroko na prodigowskiej palecie stylistycznej.
Takie zestawienie utworów ma swoje plusy i minusy. Do pierwszych zaliczam przede wszystkim to, że ułożona w ten sposób płyta nie nudzi. Dany styl się nie przejada, a w sytuacji, kiedy niektóre zagrania nie trafiają do gustu, można zmienić piosenkę bez strachu, że usłyszy się ponownie to samo. Ważne też jest to, że w każdym z kolejnych wcieleń The Prodigy nie traci swojej świeżości – od rave’owego Omen, przez rockowe Run With The Wolf (z wyróżniającą się perkusją), aż do końcowego Stand Up, który od reszty odbiega przede wszystkim wyjątkowo pogodną atmosferą.
Album traci jednak wrażenie jednolitego organizmu – każda z jego części sunie w nieco innym kierunku.
Ale co z tego, skoro The Prodigy anno domini 2009 nadal kopie.
Stwarzanie własnego okręgu niedziela, mar 1 2009
Stwarzanie własnego okręgu. okręgu, porwanie, stwarzanie, własnego 23:52
9
22:25
Zmrużył oczy z bólu i poleciał na ścianę. Instynktownie osłonił rękami głowę przed jej twardą powierzchnią. Nieosłonięte rękawem ramię zaszorowało po szorstkich cegłach, na skórze pojawiła się piekąca krwawa pręga. Kolejne uderzenie. Skulił się. Krzyknął. Nie wiedział, co się dzieje, to niespodziewane, nagłe, kto mógłby…? Kolejny cios. Kopnięcie w odsłonięty brzuch.
Upadł na ziemię, w zębach zachrzęścił mu żwir. Spróbował się podnieść, ale kolejne uderzenie przygniotło go ponownie do ziemi.
Wypluł ślinę zmieszaną z krwią i brudem, który dostał mu się do ust.
Czekał bezsilny i oszołomiony na kolejny cios, ale nie nadchodził. Przez burzę emocji, zagłuszającą wszelką treść, usłyszał cienie głosów, skrawki rozmowy. Uniósł delikatnie głowę. Dwóch mężczyzn, jeden odwrócony do niego, drugi stał parę metrów dalej. Zobaczył swoją szansę. Szybko wstał i wyskoczył do przodu.
*
18:00
Patrycja przeglądała album ze zdjęciami. Między stronami znajdowały się skrawki papieru: krótkie liściki, pocztówki, rysunki. Brała je wszystkie do ręki i przypatrywała się im z cichym uśmiechem budzonym przez ciepłe wspomnienia. Tamta zima, góry, spotkanie Marcina… niezapomniane chwile. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, zdecydowanie nie. Ona go nie zauważała, on kpił z jej chudości i nazywał… zaraz, jak to było… strasznie ją to przezwisko irytowało, ale dzięki temu w końcu dostrzegła go… Patyczak, tak, Patyczak. Chociaż nie, to było Pattyczak – tak ją nazywał. Podobało mu się to. Jej mniej. Przestał jednak tak ją nazywać, później. Zamienił na Pati.
Był zdystansowany. Nawet wtedy, gdy się do siebie zbliżyli. Nie wybuchał nigdy uczuciami, dawkował je umiejętnie, w zależności od sytuacji. Potrafił być słodki i potulny, romantyczny i czuły, ale nigdy nie tracił pewnej więzi z swoim stoickim „ja”, które kazało mu niekiedy stawać się szorstkim i zimnym. Mimo to jednak, to był wspaniały czas. Każda chwila była cudowna i bezcenna.
Był blisko.
Patrycja uniosła jedno ze zdjęć na wysokość oczu – oboje przytuleni do siebie na szczycie wzgórza, nad nimi wznosiło się zachmurzone niebo, a oni, jakby nie dostrzegając nadciągającej burzy, stali szczęśliwi jak symbol optymizmu zakochanych, że żadna życiowa niepogoda nie będzie w stanie zepsuć ich radości.
Był blisko.
Jest daleko.
*
22:27
Silna ręka złapała go za ramię. Marcin machinalnie zrobił półobrót i uderzył pięścią w twarz napastnika. Uścisk zelżał, skorzystał z tego i rzucił się do ucieczki.
„Co się dzieje? całe życie bylem spokojnym chłopakiem, a tu nagle biję się drugi raz w tym miesiącu…”
-Łap go! – usłyszał krzyk. Zmusił się do jeszcze szybszego biegu.
Odwrócił się, by rozpoznać sytuację. Jeden z mężczyzn, osiłek, ten który go zaatakował biegł za nim. Drugi, dziwnie znajomy, wsiadł do samochodu i uruchomił silnik. Tylko mgnienie oka. Musi biec.
Był na tym osiedlu z powodu Andrzeja. Chciał spróbować jeszcze raz się z nim skontaktować. Tym razem drzwi się nawet nie otworzyły. Pogoda była wyśmienita, delikatne ciepło, bez wiatru, postanowił się przejść.
Durne decyzje, durny Andrzej, durne zaangażowanie przyjaciela, durne spacery.
Złapać oddech. Świerze powietrze. A to dobre.
Swój samochód zaparkował obok mieszkania kolegi, ale w zadumie odszedł daleko od tamtego miejsca. Zaczynał panikować. Domy wokoło były stare i w większości pewnie puste – nie paliły się żadne światła. Na ulicach brak ruchu. Oprócz nich.
Gwałtownie skręcił w piaszczystą dróżkę w małym lasku. Samochód tamtędy nie przejedzie, a i trudniej będzie ścigającym dostrzec go wśród drzew.
W głębi potknął się o korzeń wystający z gruntu. Upadł na zranioną rękę. Nie udało mu się powstrzymać jęknięcia. Spojrzał. Osiłek odwrócił głowę w jego stronę i zaczął się zbliżać lekkim truchtem. Znaczyło to, że go jeszcze nie dostrzegł i bał się, że może go przegapić. Marcin wstał i najciszej jak potrafił ukucnął i małymi kroczkami skierował się w prawo. Starał się nie oddychać, nie trącać liści. Uspokoił się trochę dopiero wtedy, gdy zdezorientowany osiłek stanął w miejscu, a on coraz bardziej oddalał się od niego.
Po paru minutach dotarł do ulicy. Rozejrzał się. Nikogo nie zauważył. Ruszył biegiem w stronę, gdzie zaparkował.
To był błąd.
*
18:14
-A, to ty…
-Tak, to ja… Nie chciałeś mnie spotkać?
-Nie, nie o to chodzi…
-Bo wiesz, że bywam tutaj w tych godzinach i mogłeś się mnie spodziewać.
-Tak, wiem o tym… W sumie nawet chciałem się z tobą zobaczyć…
-To dlaczego wyglądasz na zaskoczonego? W ogóle niezbyt dobrze wyglądasz. Coś nie tak?
Machnął ręką.
-Nic. Lekką paranoję mam najwyraźniej.
-Tak?
-Chyba. Nie wiem. Zaczęło to się, bo ja wiem, tydzień temu? Byłem u kolegi… znaczy przed drzwiami stałem, bo on… a tam, nieważne, długa historia… i wydawało mi się, że ktoś mnie obserwuje. Siedzi sobie koleś w samochodzie i bezceremonialnie się na mnie lampi. Nie wiedziałem co o tym myśleć.
-Wiele ludzi lubi sobie podejrzeć innych od czasu do czasu. Ludzie mają rozmaite zafascynowania. A nawet – mógł się nudzić. A popatrzę sobie i tak dalej.
-Wiem… zresztą po chwili przestał. Ale od wtedy miałem kilkakrotnie takie wrażenie, że ktoś się na mnie patrzy.
-Zdaje ci się.
-Pewnie tak…
-I teraz myślałeś, że wchodząc do restauracji wpadniesz na tajemniczego gościa z lornetką? W długim czarnym płaszczu i w kapeluszu na głowie? O, i jeszcze z wąsami, koniecznie wąsy…
-A bródka? – uśmiechnął się.
-Może być i bródka… – Ania odwzajemniła uśmiech i przytuliła Marcina – Nie przejmuj się. Każdemu od czasu do czasu różne dziwne wrażenia się zdarzają. Ja muszę lecieć. Smacznego.
*
22:43
Na pierwszym skrzyżowaniu dostrzegł goniącego go kierowcę. I sam też został dostrzeżony. Uczucie ulgi znowu ustąpiło miejsce przerażeniu. Jedyne, co zyskał, to kilka nic nie znaczących metrów.
Miał już zadyszkę. Biegł z całych sił, wypluwał płuca, ale czuł, że to nie ma sensu. Samochód jechał tuż obok niego, jakby dbając, aby nie zboczył z wyznaczonego toru, a osiłek, który z powrotem pojawił się na ulicy, przybliżał się coraz bardziej.
Ulice były puste, ich zabawa przebiegała bez zakłóceń.
Samochód wjechał na chodnik zagradzając mu drogę. Siłą rozpędu wpadł na maskę i przeleciał nad nią wrzeszcząc rozpaczliwie. Uderzenie o ziemie po drugiej stronie auta zabrało mu oddech. Krzyk zamarł.
Pojawił się głos kogoś innego. Jakiś krzyk. Hałas kolejnego samochodu.
Marcin zobaczył nad sobą osiłka, który przyłożył mu raz jeszcze. Głowa opadła na chodnik i stracił przytomność.