a
W ramach wstępu – opisuję tu własne spostrzeżenia, które zazwyczaj nie są oparte na żadnej z ksiąg teoretycznych, wielkich i wnoszących wiele do rozwoju myśli zajmującej się badaniem innej myśli, która to z kolei rozkłada następną jeszcze myśl na czynniki pierwsze. Owszem, parę odnośników by się znalazło, ale nie „uważałem za niezbędne” – ba! nie chciałem po prostu – zasypać własnego tekstu mnóstwem haczyków intertekstualnych. Widziałem kiedyś książkę, z autorką i tytułem, która była niczym innym jak wyselekcjonowanym zestawem cudzych pomysłów, a na dole każdej strony znajdowało się po pięć odnośników do dzieł, skąd pochodzą właściwe cytaty. Taka taktyka wydaje mi się niekorzystną również z tego powodu, że wymaga ślęczenia w bibliotekach i mozolnego przeczesywania stada pozycji literackich, kserowania lub zapisywania szeregów słów, a to, mimo że z czasem potrafi zafascynować, odbiłoby się niekorzystnie na moim rozkładzie i portfelu, a sięgając do twierdzenia mówiącego: „czas to pieniądz”, oba minusy zespoliłyby się w jeden większy, a do tego – oczywiście – nie chciałem doprowadzić. To, co piszę, nie jest w żadnej mierze pracą naukową, więc i stado książek przedmiotowych nie jest potrzebne. Jest to natomiast zapisem własnych przemyśleń porządkujących porozrzucane zapiski umysłowe i umyślne, i mam jedynie nadzieję, że nie będę zmuszony robić z tekstem tego samego, co Beethoven uczynił z dedykacją Eroici (to jest ścierać, niszczyć i wyrzekać się).
b
Wstałem oto pewnego pięknego i słonecznego wiosennego poranka i, obserwując cudowny pejzaż za oknem oraz wsłuchując się w prześliczny świergot ptaków, zapytałem sam siebie: „czym jest dekonstrukcja?”. Pierwszym skojarzeniem, jakie mi przyszło na myśl, było: „coś przeciwnego konstrukcji”, tak więc, przewrotnie nieco, zamiast pisać o sprawdzonej definicji, o rzeczywistym znaczeniu słowa, jego genezie i długim rodowodzie (to zdążyłem jeszcze przeczytać), rozpocznę od wyobrażeń, tworząc taką małą, własną de-mitologię.
Wszystko zaczęło się dawno temu, kiedy wszystkie ludy świata były jeszcze jednym ludem, kiedy mnogość nie stała się czymś powszechnym, i kiedy ludzie potrafili się ze sobą dogadać. Nie chodzi wyłącznie o rozumienie języka, bo jak widać w dzisiejszych społeczeństwach, rozumienie kogoś nie jest jednoznaczne ze zrozumieniem owego kogoś. Wtedy nie odebrano jeszcze nam jednomyślności.
Szczęśliwi jednością postanowili zbudować Wieżę – budowlę potężną i ogromną, o wielkim kunszcie i rozmachu, przeszywającą chmury i sięgającą wyżyn niebios i samego Boga. Jak wiemy, Bóg nie pozostał biernym wobec takiego zuchwalstwa i pomieszał ludziom języki. I na tym historia zwyczajowo się kończy.
Ale mijały lata, dekady i wieki, a pycha ludzi ponownie skłaniała ich do kontynuowania budowy. Na fundamencie antyku układali własnoręcznie kolejne cegły, starając się dojść do wcześniejszego przepychu. Z rozbitego na mnóstwa języki ludu na nowo zaczęła składać się komunikatywna elita, tworząca coraz to wyższe piętra wieży. Czas mijał nieubłaganie, zmieniali się ludzie i podejścia do budowy. Młodsi kpili ze starszych, starsi lekceważyli młodszych, i tak powoli, lecz uporczywie, ciągle przyspieszając, z tego drugiego, starannie wykreowanego konaru jedności zaczęły wyrastać mniejsze gałązki, pędy, a wszędobylski bluszcz otaczał korę. Piszę o sztuce. Na początku, pod wpływem siłą wprowadzonej wspólnoty ideologicznej, wszyscy dokładali swoje cegiełki na Wieżę Babel w skromności i dążeniu do Boga, który znajdował się gdzieś hen, wysoko nad nimi. Następni uznali, że nie dążą do Wszechmocnego, ale do Stwórcy, deus artifex, artysty, do którego sami starają się upodobnić poprzez swoje pełne harmonii dzieła. Dalej – pierwsze zwątpienia; kolejne powroty do proporcji i ładnych idei; rozdrobnienie się na tłumy indywidualistów, którzy cegiełki kładą sami, opuszczeni, dumni i cierpiący.
A Wieża rosła i wznosiła się dumnie do góry. Przeszywała chmury i sięgała niebios. Stała się spełnieniem marzeń pionierów, pierwszych architektów i budowniczych. Była wielka i olśniewająca w swojej różnorodności, pokazywała kunszt poszczególnych pokoleń, przykładających swoje zmęczone ręce do wzniosłego dzieła. Babel stał się potężny, ponadczasowy, a jego twórcy nieśmiertelni – mówili o sobie: „nie cały zginę” i nie ginęli, trwała pamięć o nich, a oni w pamięci, panoszyli się na swoich piętrach i doradzali swoim następcom. Było pięknie?
Głosy sprzeciwu i zawodu się jednak pojawiały i złączały się w obszerny nihilistyczny manifest. Stawali na balkonach i dachach i widząc chmury pod sobą stwierdzali, że nie ma sensu. Brakuje już celu, do którego mogliby zmierzać, Boga nie widzą, sztuka jest bez nadziei, świat jest zły i w ogóle wszystko jest do niczego. Nastąpiło największe rozdarcie od czasów pierwszego pomieszania języków. Pytania o istotę Wieży podzieliły tłumy na kilka walczących ze sobą partii, z których jedna była za kontynuowaniem starych, sprawdzonych tradycji budowlanych, druga za skrajną innowacyjnością polegającą na uderzaniu się cegłami o głowę, trzecia zdania nie miała żadnego, a nihiliści siedzieli sobie i narzekali, że to wszystko nie ma sensu.
Dekonstrukcja na tle tego rozgardiaszu staje się myślą, że skoro zbudowaliśmy to wszystko i nic więcej nie osiągniemy w tej dziedzinie, to zamiast dokładać kolejne cegiełki, cegiełki te zabierajmy. Zamiast piąć się bez celu do góry, powróćmy do korzeni, ale nie w sposób epigoński, ale w nasz własny, dewastatorski i dekonstrukcyjny sposób, zmieńmy pojęcie tego świata.
Gdyby jednak poprzestać w definicji na destrukcji dokonań przeszłości, to rozminęlibyśmy się z dekonstrukcją i uderzylibyśmy z hukiem o dadaistów i abstrakcjonistów. O tak, pełno tego wszystkiego tutaj, a jeden siedzi tuż obok drugiego, więc jest i ścisk, i zamieszanie. Wracając do wcześniej zarysowanego przeze mnie obrazu. Pisząc o tym myślałem o dwóch cechach, z której pierwsza – to niestosowanie się do reguł, przełamywanie tradycji, rozbijanie wcześniej ustalonych form na drobinki i składanie z tych drobinek czegoś nowego – druga – nie sugerowanie się rzeczywistością, naturą i światem widzialnym, ale branie inspiracji z tego, co już wcześniej było stworzone.