Konstruowanie dekonstrukcji poniedziałek, kwi 27 2009 

c


Dekonstrukcja wywodzi się z filozofii. Co prawda, filozofii nadzwyczaj zaprzyjaźnionej z literaturoznawstwem, nie zmienia to jednak faktu, że do sztuki to pojęcie musiało zostać dodatkowo przekonwertowane. Twórca terminu, Jacques Derrida, nie planował umieszczenia dekonstrukcji wewnątrz obszernego cielska postmodernizmu, ale, z powodu paru wyraźnych podobieństw, tak się stało. Oba twory zapałały do siebie tak wielką sympatią, że krytycy określili pierwszy z nich głównym nurtem drugiego.
Spojrzenie dekonstrukcyjne nie jest skierowane, jak wcześniejsze filozofie, na świat, człowieka czy naturę, ale na pismo. Drobne kruczki, linijki ciemnego tuszu nie są przekaźnikiem wiedzy, łącznikiem człowieka z prawdą, ale celem, sensem, całością, poza którą nie ma niczego. Bo „nie ma nic poza tekstem” (Derrida).
Dlaczego akurat pismo zajęło najbardziej uprzywilejowane miejsce, a nie np. obrazy czy muzyka? Dekonstrukcja przewraca stary porządek do góry nogami. Nie chce być potulna, nie chce też żyć w starych konwencjach w celu ich łamania. Ona tworzy własny świat, stworzony ze starych elementów, ale ułożonych w sposób zgoła nieoczekiwany. Przede wszystkim: pismo jest najdalej od duszy. Zanim pojawi się myśl, część pierwotnego sensu się zatraca. To samo przy kształtowaniu słowa, tak więc kiedy treść dotrze do pisma, jest prawie w całości ogołocona ze swojej esencji. „Zapis jest zawsze na końcu, najdalej od źródłowego sensu” (P. Dehnel). Dekonstrukcja bierze pismo i kładzie je na pierwszym miejscu, ale nie we wcześniejszym znaczeniu, bo takie już nawet nie może być. Treść i forma słów pozostają częściowo niezmienione, ale przekształcona zostaje ich funkcja. Pismo przestaje być znakiem, odzwierciedleniem tego, co pojawia się w duszy lub tego, co postrzegają oczy, ale śladem, i to nie bezpośrednio kierującym do właściwego sensu, lecz odwołującym się do kolejnego śladu, ten z kolei do następnego, i tak dalej. Ślady te są oderwane od rzeczywistości, dlatego też rozpatrywać je należy przede wszystkim w dekonstrukcyjnej dziedzinie: piśmie. Słowo nie wyraża, ale odwołuje. Koń nie oznacza konia, stojącego na łączce i skubiącego trawę, ale przywołuje wierzchowce czterech jeźdźców, drewnianego konia z Troi, odważne zwierzęcia rycerzy, wojowników, cowboyów, siwka Piłsudskiego i mnóstwo innych po drodze. Nawet uściślenie znaczenia słowa do konkretnego przypadku nie uszczupla skojarzeń do jednego jedynego przedmiotu, ponieważ w piśmie mogą znajdować się wielokrotne odniesienia do danego konkretu i to między innymi do nich odwoływać się będą słowa. Dekonstrukcja potęguje wieloznaczność, bo zamiast pokazywać jeden obraz, kojarzy pojęcie z tysiącami innych obrazów, wiszących w porozrzucanych muzeach pisma.

Z dziennika szalonego ogrodnika. poniedziałek, kwi 27 2009 

Który to dzień jest dzisiaj? Wiem, że wiosna, bo kwiaty, bo drzewa, bo bąki, bo słońce. Ale dzień który dalibóg nie wiem zupełnie. Nieprzyjemnie jest zresztą mówić o dniu, kiedy za oknem jest ciemno, jest zimno, jest straszno, nieprzyjemnie. Noc nadchodzi po dniu i ma ten sam numer. Tak być nie powinno.
Przycinałem dziś jabłonkę, bo coś krzywo rosła. Gałązki porozrzucałem po trawniku, obsypanym białym kwieciem jak śniegiem. Zrobiło mi się aż zimno i aż skoczyłem do swojej budki czerwonej o szarym dachu i błękitnych oknach – pięknych moich oknach, widzę przez nie moje rośliny – skoczyłem tam, do siebie, do czerwieni, szarości i przezroczystości, ciepła najbliższego domu – są inne domy, mniej przyjemne moim zdaniem – możecie się nie zgodzić, bo niektórzy przedkładają nad bliskość różnorodność i może zrządzeniem losu natrafiłem na takich osobników dzisiejszego dnia – - nie, nie, nie, nie – - nocy dzisiejszej – nie wybrzydzam bynajmniej i nie segreguję ludzi jak drzewa – bo drzewa są dobre i złe, ładne i brzydkie, choć wszystkie na swój sposób pożyteczne – i to w nich jest cudowne i dlatego zostałem ogrodnikiem: bo drzewa, bo takie, bo takie, bo takie. A gdy wróciłem z nałożoną na plecy koszulą – bo po nią się udałem do siebie – było mi ciepło bardzo i nawet płatki kwiatów jabłoni wyglądających jak śnieg tego nie zmieniły.
Nie spojrzałem na kalendarz dzisiaj, nie spojrzałem wczoraj, już dłuższy czas nie wyrywam kartek. Uznałem to za niepotrzebne. Po co mi to? Pielęgnuję swój ogródek, urodzin nie obchodzę lub obchodzę codziennie. Od gustu i pogody. Źle świętować, gdy pada. I żal teraz, bo nie wiem dobrze co za dzień dzisiaj, czy poniedziałek, czy środa. Mniejsza zresztą o to.

Tadeusz Różewicz sobota, kwi 25 2009 

ta zmiana

musi się dokonać nie tylko we mnie

bo tego nikt nie zauważy

a jeśli nie zauważy

to nie będzie wiedział że się zmieniłem

nawet ja sam mogę

nie zauważyć

że się zmieniłem

z gorszego na lepsze

Kartoteka rozrzucona

posrebrzanie sobota, kwi 18 2009 

Było powietrze. Tyle pamiętam. Bo co poza tym? Ludzie, samochody, chmury, bloki, kroki, głosy, szumy, chrzęsty, zapachy, płotki i słupki od płotków. Idioci, tchórze, szarzy i złoci. Wybrane elementy z przedziału między nieskończonościami rozrzucone w tej, a nie innej przestrzeni. Stateczność obrazu wypełniona ruchem przypadkowo wybieranych losów.

a z drugiej strony karteczki:

Cienkie drzewa przywiązane do kawałków drewna wbitych w ziemię. Drzewo jedno od drugiego przedzielone kilkoma metrami. Płaskie i chude ustępują miejsca innym: słupkom znakom reklamom. [...]. Sucho, duszno. Słońce tuli głowy i wlewa przez uszy otępienie, tak że patrzymy biernie na nadużywane słowa [świat ludzi et cetera]. Problematykę użycia i sensowności. Szukania sensu w wyposzczonej od treści formie.

Dekonstrukcja poniedziałek, kwi 13 2009 

a

W ramach wstępu – opisuję tu własne spostrzeżenia, które zazwyczaj nie są oparte na żadnej z ksiąg teoretycznych, wielkich i wnoszących wiele do rozwoju myśli zajmującej się badaniem innej myśli, która to z kolei rozkłada następną jeszcze myśl na czynniki pierwsze. Owszem, parę odnośników by się znalazło, ale nie „uważałem za niezbędne” – ba! nie chciałem po prostu – zasypać własnego tekstu mnóstwem haczyków intertekstualnych. Widziałem kiedyś książkę, z autorką i tytułem, która była niczym innym jak wyselekcjonowanym zestawem cudzych pomysłów, a na dole każdej strony znajdowało się po pięć odnośników do dzieł, skąd pochodzą właściwe cytaty. Taka taktyka wydaje mi się niekorzystną również z tego powodu, że wymaga ślęczenia w bibliotekach i mozolnego przeczesywania stada pozycji literackich, kserowania lub zapisywania szeregów słów, a to, mimo że z czasem potrafi zafascynować, odbiłoby się niekorzystnie na moim rozkładzie i portfelu, a sięgając do twierdzenia mówiącego: „czas to pieniądz”, oba minusy zespoliłyby się w jeden większy, a do tego – oczywiście – nie chciałem doprowadzić. To, co piszę, nie jest w żadnej mierze pracą naukową, więc i stado książek przedmiotowych nie jest potrzebne. Jest to natomiast zapisem własnych przemyśleń porządkujących porozrzucane zapiski umysłowe i umyślne, i mam jedynie nadzieję, że nie będę zmuszony robić z tekstem tego samego, co Beethoven uczynił z dedykacją Eroici (to jest ścierać, niszczyć i wyrzekać się).

b

Wstałem oto pewnego pięknego i słonecznego wiosennego poranka i, obserwując cudowny pejzaż za oknem oraz wsłuchując się w prześliczny świergot ptaków, zapytałem sam siebie: „czym jest dekonstrukcja?”. Pierwszym skojarzeniem, jakie mi przyszło na myśl, było: „coś przeciwnego konstrukcji”, tak więc, przewrotnie nieco, zamiast pisać o sprawdzonej definicji, o rzeczywistym znaczeniu słowa, jego genezie i długim rodowodzie (to zdążyłem jeszcze przeczytać), rozpocznę od wyobrażeń, tworząc taką małą, własną de-mitologię.
Wszystko zaczęło się dawno temu, kiedy wszystkie ludy świata były jeszcze jednym ludem, kiedy mnogość nie stała się czymś powszechnym, i kiedy ludzie potrafili się ze sobą dogadać. Nie chodzi wyłącznie o rozumienie języka, bo jak widać w dzisiejszych społeczeństwach, rozumienie kogoś nie jest jednoznaczne ze zrozumieniem owego kogoś. Wtedy nie odebrano jeszcze nam jednomyślności.
Szczęśliwi jednością postanowili zbudować Wieżę – budowlę potężną i ogromną, o wielkim kunszcie i rozmachu, przeszywającą chmury i sięgającą wyżyn niebios i samego Boga. Jak wiemy, Bóg nie pozostał biernym wobec takiego zuchwalstwa i pomieszał ludziom języki. I na tym historia zwyczajowo się kończy.
Ale mijały lata, dekady i wieki, a pycha ludzi ponownie skłaniała ich do kontynuowania budowy. Na fundamencie antyku układali własnoręcznie kolejne cegły, starając się dojść do wcześniejszego przepychu. Z rozbitego na mnóstwa języki ludu na nowo zaczęła składać się komunikatywna elita, tworząca coraz to wyższe piętra wieży. Czas mijał nieubłaganie, zmieniali się ludzie i podejścia do budowy. Młodsi kpili ze starszych, starsi lekceważyli młodszych, i tak powoli, lecz uporczywie, ciągle przyspieszając, z tego drugiego, starannie wykreowanego konaru jedności zaczęły wyrastać mniejsze gałązki, pędy, a wszędobylski bluszcz otaczał korę. Piszę o sztuce. Na początku, pod wpływem siłą wprowadzonej wspólnoty ideologicznej, wszyscy dokładali swoje cegiełki na Wieżę Babel w skromności i dążeniu do Boga, który znajdował się gdzieś hen, wysoko nad nimi. Następni uznali, że nie dążą do Wszechmocnego, ale do Stwórcy, deus artifex, artysty, do którego sami starają się upodobnić poprzez swoje pełne harmonii dzieła. Dalej – pierwsze zwątpienia; kolejne powroty do proporcji i ładnych idei; rozdrobnienie się na tłumy indywidualistów, którzy cegiełki kładą sami, opuszczeni, dumni i cierpiący.
A Wieża rosła i wznosiła się dumnie do góry. Przeszywała chmury i sięgała niebios. Stała się spełnieniem marzeń pionierów, pierwszych architektów i budowniczych. Była wielka i olśniewająca w swojej różnorodności, pokazywała kunszt poszczególnych pokoleń, przykładających swoje zmęczone ręce do wzniosłego dzieła. Babel stał się potężny, ponadczasowy, a jego twórcy nieśmiertelni – mówili o sobie: „nie cały zginę” i nie ginęli, trwała pamięć o nich, a oni w pamięci, panoszyli się na swoich piętrach i doradzali swoim następcom. Było pięknie?
Głosy sprzeciwu i zawodu się jednak pojawiały i złączały się w obszerny nihilistyczny manifest. Stawali na balkonach i dachach i widząc chmury pod sobą stwierdzali, że nie ma sensu. Brakuje już celu, do którego mogliby zmierzać, Boga nie widzą, sztuka jest bez nadziei, świat jest zły i w ogóle wszystko jest do niczego. Nastąpiło największe rozdarcie od czasów pierwszego pomieszania języków. Pytania o istotę Wieży podzieliły tłumy na kilka walczących ze sobą partii, z których jedna była za kontynuowaniem starych, sprawdzonych tradycji budowlanych, druga za skrajną innowacyjnością polegającą na uderzaniu się cegłami o głowę, trzecia zdania nie miała żadnego, a nihiliści siedzieli sobie i narzekali, że to wszystko nie ma sensu.
Dekonstrukcja na tle tego rozgardiaszu staje się myślą, że skoro zbudowaliśmy to wszystko i nic więcej nie osiągniemy w tej dziedzinie, to zamiast dokładać kolejne cegiełki, cegiełki te zabierajmy. Zamiast piąć się bez celu do góry, powróćmy do korzeni, ale nie w sposób epigoński, ale w nasz własny, dewastatorski i dekonstrukcyjny sposób, zmieńmy pojęcie tego świata.
Gdyby jednak poprzestać w definicji na destrukcji dokonań przeszłości, to rozminęlibyśmy się z dekonstrukcją i uderzylibyśmy z hukiem o dadaistów i abstrakcjonistów. O tak, pełno tego wszystkiego tutaj, a jeden siedzi tuż obok drugiego, więc jest i ścisk, i zamieszanie. Wracając do wcześniej zarysowanego przeze mnie obrazu. Pisząc o tym myślałem o dwóch cechach, z której pierwsza – to niestosowanie się do reguł, przełamywanie tradycji, rozbijanie wcześniej ustalonych form na drobinki i składanie z tych drobinek czegoś nowego – druga – nie sugerowanie się rzeczywistością, naturą i światem widzialnym, ale branie inspiracji z tego, co już wcześniej było stworzone.

Następna strona »