Wstyd, hańba i gromy z nieba lecą, ujrzawszy rzecz tą straszną, niegodną, złą i plugawą – jak PO wedle PiSowskich reklamówek – rzężącą swoją niewybaczalną potwornością. Wstyd przyznać, jak wspomniałem wcześniej, ale mus, ale otwartość i przejrzystość człowieka względem człowieka wymagają, by się przyznać, więc wyboru większego nie mając: przyznaję się. “Wyporzyczyłem” przez “r” gryzące się zajadle z “z”, bluźniące estetyce przecudownej polskiej ortografii. Po czynie tym niecnym chwyciło mnie przygnębienie – bo wstyd, hańba i gromy – ale cóżeż ono? W niczym mi nie pomoże, zbrodni mojej przeciwko językowi nie zetrze i wygląda na to, że nie zostaje mi nic innego jak tylko przedreptanie na klęczkach dookoła najbliższej placówki szkolnej, połączone z ponurym zawodzeniem i uderzaniem się słownikiem po głowie w nadziei, że przebaczone mi moje występki zostaną.
Jako że z wrodzonego lenistwa nie chce mi się wyprawiać tego ascetycznego ceremoniału – za dużo zachodu, będą mnie kolana bolały i gardło od ponurego zawodzenia, ponadto jest zimno i mogę przeziębić się jeszcze bardziej, skutkiem czego może być osmarkanie komisji maturalnej, a to nie jest bynajmniej moim największym marzeniem – postanowiłem poszukać innego wyjścia. Spojrzałem w niebo i widząc jego bezgraniczność zacząłem dumać, w jaki sposób mógłbym się wykręcić od całej nieprzyjemnej sytuacji. Mógłbym, na przykład, próbować udowadniać, że “r” pomyliło mi się z kropeczką nad “z” i że w ogólnym roztargnieniu znaki zlały mi się ze sobą tworząc taki niesmaczny twór – albo: napisałem poprawnie, przez “z” z krągłym punktem na górze, ale te złe i niecne gg przekształciło ów wyraz do równie brzydkiej postaci. Druga koncepcja miała by to za sobą, że gg znane jest z różnego typu złych i niecnych występków, bez większych przeszkód mógłbym więc przypisać jemu także i to. Ale nawet mimo to żadna z nich nie przypadła mi bezgranicznie do gustu. Dumałem więc dalej, a wstyd, hańba i gromy gromadziły mi się uporczywie nad głową, napominając mnie do niewygodnych kroków z ponurym zawodzeniem w roli głównej. Nie poddałem się jednak i znalazłem coś, na co mógłbym zrzucić owe nieszczęsne “wyporzyczenie”. Rozwiązanie było idealne nie tylko dlatego, że mnie uniewinniało i oddalało widmo ponurego klęczącego zawodzenia, ale również z tego powodu, że wymiganie się od odpowiedzialności i zrzucenie ją na kogoś innego, zwłaszcza, gdy ktoś inny jest Niemcem, dodaje mi dużo punktów do patriotyzmu. Bo tak… tak…. to wszystko jest winą wieku Beethovena.
Już wyjaśniam. W związku z egzaminem dyrektorskim z historii muzyki, a konkretniej to z Wesołej Gromadki z Wiednia oraz różnych pomniejszych gromadek z innych miejscowości, zacząłem się uczyć. Nieco spazmatycznie, bo bez wiary w jakikolwiek większy sukces, a bez wiary w jakiś większy sukces, bo zacząłem czytać notatki tego samego dnia, którego był egzamin, a zacząłem czytać notatki tego samego dnia, ponieważ miałem maturę z matematyki, a także ponieważ panom B. Wright i R. C. Cooper uwidziało się nakręcić Stargate Atlantis. Trwałem więc jakiś czas w beznadziejnym wkuwaniu, gdy nagle wyszperałem pewną notatkę, która pokazała jednego z członków Wesołej Gromadki z Wiednia w zupełnie innym świetle. Wchłaniałem treść niewielkiego wydrukowanego tekstu czując, że stoję na progu prawdziwego olśnienia, aż w końcu wyjątkowość tego, co czytałem, opanowała mój umysł.
Że Beethoven był geniuszem, wiemy wszyscy, bo nas nauczyli, ale prawdziwa wielkość tego kompozytora zajaśniała przede mną dopiero dzięki owej notatce. Pierwszym niezbitym faktem, który wprawił mnie w zachwyt była informacja o wieku sławnego kompozytora. Tak naprawdę urodził się w 1720 roku i umierając w 1827 osiągnął piękny wiek 107 lat. Teraz pojawia się następujące pytanie: skoro przez tyle lat wszyscy uważali mylnie, iż Beethoven narodził się dopiero w 1770 roku (chociaż w rzeczywistości miał już wtedy 50 lat!), to czy w świetle nowych faktów nie powinniśmy kwestionować drugiej daty? Skoro wielce utalentowanemu Ludwigowi, żyjącemu już pół wieku udało się przekonać wszystkich dookoła, że jest niemowlakiem, to czymże dla niego byłoby upozorowanie własnej śmierci? Dzięki w/w pytaniu zacząłem się zastanawiać: a co jeżeli Beethoven był nie tylko kompozytorem, ale i alchemikiem, któremu udało się stworzyć kamień filozofów, upragnione marzenie nieśmiertelności? Przyjmując prawdziwość tej tezy dochodzimy do konkluzji, że ten wielki artysta może wciąż żyć!
Nie koniec na tym. Beethoven uważany był za prekursora romantyzmu. To prawda, ale nie cała. W świetle nowych faktów wiemy, że on nie tylko rozpoczął romantyzm, ale także stworzył jego program, ramy, nadal ostateczny kształt i zdążył go jeszcze zanegować. Widać w tym zabiegi dekonstrukcyjne, które przecież pojawiają się dopiero w XX wieku! Wedle znalezionych przeze mnie odkrywczych notatek, w roku 1800 Beethoven odszedł zupełnie od standardów wieku XIX, co znaczy, że całą twórczość romantyczną zarówno wykreował jak i skrytykował, wyznaczając nową wizję sztuki, jeszcze zanim romantyzm sensu stricte się zaczął.
Zachwycony i wciągnięty bez reszty w odkrywczą zawartości notatki, przejąłem automatycznie wady kronikarza, który spiesząc się przekazać światu te wszystkie rewelacje nie dbał o zasady ortografii.