“Kacze Pióro” czwartek, maj 21 2009 

Nie chciało mi się dzisiaj wstawać. Dzień zapowiadał się pusty, bez żadnych rzeczy wartych wstawania. Oczywiście można tu wziąć pod uwagę fakt, że jak długo się leży, tak długo nie ma niczego wartego do zrobienia, ale który z leżących zdaje sobie z tego sprawę? Gdy wstałem… położyłem się znowu, tym razem już czytajac o tym, co przypomina ryba Yossarinowi, a jakiś czas później włączyłem mój ostatnio najczęściej słuchany zespół:Miriodor, który różnym osobom pewnie też różne rzeczy przypomina.  Ale nie o tym chciałem.

Jedynym wypukłym fragmentem mojego czwartku 21 maja, o którym przez dłuższy czas myślałem, że jest czwartkiem 20 maja, był wypad do szkoły muzycznej, gdzie miałem możliwość pospotykania nauczycieli dysponujących sporą wiedzą o grach komputerowych, nauczycieli spóźniających się i nauczycieli zupełnie nieobecnych, a także mogłem uraczyć się herbatką, o której pod koniec jej picia dowiedziałem się, że może zawierać wirusy świńskiej grypy – nic tam, uśmiechnąłem się i dopiłem do końca – całkiem niezła była w rzeczy samej, następnie po odrobieniu tradycyjnego bezcelowego kręcenia się po szkole udałem się do domu, gdzie zamierzałem kontynuować swoje bezcelowe poczyniania, ale coś mi w tym przeszkodziło i wybiło z rytmu. Nie na długo, jak sądzę.

Tym czymś okazał się list od Pałacu Młodzieży w Katowicach do mojej skromnej osoby, informujący o tym, że zostałem laureatem ogólnopolskiego przeglądu twórczości literackiej dzieci i młodzieży o dźwięcznie brzmiącej nazwie “Kacze Pióro”.  Na ów przegląd moje opowiadanie zostało wysłane przez ogólniak, w którym wcześniej wygrałem konkurs literacki (po raz trzeci z rzędu, tak mniej skromnie dopowiem). Szczegółów typu które miejsce konkretnie zająłem w liście nie zawarli, a strona przeglądu jest “w budowie” od trzech lat, jak nie dłużej, nie liczę więc na szybkie jej uruchomienie. Będę musiał się tego dowiadywać telefonicznie, przy okazji potwierdzając swój przyjazd na “imprezę finałową” w Katowicach.

Jedną z najjaśniejszych stron tego wszystkiego jest dodanie nadziei i otuchy, że to co piszę przemawia też do innych osób poza mną, i że nareszcie coś ruszyło, coś się pojawiło w kwestii pisania, co jest czymś więcej niż własną satysfakcją czy lakonicznym “fajnie, fajnie” postronnych. Może to jednorazowy wybryk, może nie zatrzyma się na tym, na co liczę. Czas pokaże.

Wina wieku Beethovena. poniedziałek, maj 18 2009 

Wstyd, hańba i gromy z nieba lecą, ujrzawszy rzecz tą straszną, niegodną, złą i plugawą – jak PO wedle PiSowskich reklamówek – rzężącą swoją niewybaczalną potwornością. Wstyd przyznać, jak wspomniałem wcześniej, ale mus, ale otwartość i przejrzystość człowieka względem człowieka wymagają, by się przyznać, więc wyboru większego nie mając: przyznaję się. “Wyporzyczyłem” przez “r” gryzące się zajadle z “z”, bluźniące estetyce przecudownej polskiej ortografii. Po czynie tym niecnym chwyciło mnie przygnębienie – bo wstyd, hańba i gromy – ale cóżeż ono? W niczym mi nie pomoże, zbrodni mojej przeciwko językowi nie zetrze i wygląda na to, że nie zostaje mi nic innego jak tylko przedreptanie na klęczkach dookoła najbliższej placówki szkolnej, połączone z ponurym zawodzeniem i uderzaniem się słownikiem po głowie w nadziei, że przebaczone mi moje występki  zostaną.

Jako że z wrodzonego lenistwa nie chce mi się wyprawiać tego ascetycznego ceremoniału – za dużo zachodu, będą mnie kolana bolały i gardło od ponurego zawodzenia, ponadto jest zimno i mogę przeziębić się jeszcze bardziej, skutkiem czego może być osmarkanie komisji maturalnej, a to nie jest bynajmniej moim największym marzeniem – postanowiłem poszukać innego wyjścia. Spojrzałem w niebo i widząc jego bezgraniczność zacząłem dumać, w jaki sposób mógłbym się wykręcić od całej nieprzyjemnej sytuacji. Mógłbym, na przykład, próbować udowadniać, że “r” pomyliło mi się z kropeczką nad “z” i że w ogólnym roztargnieniu znaki zlały mi się ze sobą tworząc taki niesmaczny twór – albo: napisałem poprawnie, przez “z” z krągłym punktem na górze, ale te złe i niecne gg przekształciło ów wyraz do równie brzydkiej postaci. Druga koncepcja miała by to za sobą, że gg znane jest z różnego typu złych i niecnych występków, bez większych przeszkód mógłbym więc przypisać jemu także i to. Ale nawet mimo to żadna z nich nie przypadła mi bezgranicznie do gustu. Dumałem więc dalej, a wstyd, hańba i gromy gromadziły mi się uporczywie nad głową, napominając mnie do niewygodnych kroków z ponurym zawodzeniem w roli głównej. Nie poddałem się jednak i znalazłem coś, na co mógłbym zrzucić owe nieszczęsne “wyporzyczenie”. Rozwiązanie było idealne nie tylko dlatego, że mnie uniewinniało i oddalało widmo ponurego klęczącego zawodzenia, ale również z tego powodu, że wymiganie się od odpowiedzialności i zrzucenie ją na kogoś innego, zwłaszcza, gdy ktoś inny jest Niemcem, dodaje mi dużo punktów do patriotyzmu. Bo tak… tak…. to wszystko jest winą wieku Beethovena.

Już wyjaśniam. W związku z egzaminem dyrektorskim z historii muzyki, a konkretniej to z Wesołej Gromadki z Wiednia oraz różnych pomniejszych gromadek z innych miejscowości, zacząłem się uczyć. Nieco spazmatycznie, bo bez wiary w jakikolwiek większy sukces, a bez wiary w jakiś większy sukces, bo zacząłem czytać notatki tego samego dnia, którego był egzamin, a zacząłem czytać notatki tego samego dnia, ponieważ miałem maturę z matematyki, a także ponieważ panom B. Wright i R. C. Cooper uwidziało się nakręcić Stargate Atlantis.  Trwałem więc jakiś czas w beznadziejnym wkuwaniu, gdy nagle wyszperałem pewną notatkę, która pokazała jednego z członków Wesołej Gromadki z Wiednia w zupełnie innym świetle. Wchłaniałem treść niewielkiego wydrukowanego tekstu czując, że stoję na progu prawdziwego olśnienia, aż w końcu wyjątkowość tego, co czytałem, opanowała mój umysł.

Że Beethoven był geniuszem, wiemy wszyscy, bo nas nauczyli, ale prawdziwa wielkość tego kompozytora zajaśniała przede mną dopiero dzięki owej notatce. Pierwszym niezbitym faktem, który wprawił mnie w zachwyt była informacja o wieku sławnego kompozytora. Tak naprawdę urodził się w 1720 roku i umierając w 1827 osiągnął piękny wiek 107 lat. Teraz pojawia się następujące pytanie: skoro przez tyle lat wszyscy uważali mylnie, iż Beethoven narodził się dopiero w 1770 roku (chociaż w rzeczywistości miał już wtedy 50 lat!), to czy w świetle nowych faktów nie powinniśmy kwestionować drugiej daty? Skoro wielce utalentowanemu Ludwigowi, żyjącemu już pół wieku udało się przekonać wszystkich dookoła, że jest niemowlakiem, to czymże dla niego byłoby upozorowanie własnej śmierci? Dzięki w/w pytaniu zacząłem się zastanawiać: a co jeżeli Beethoven był nie tylko kompozytorem, ale i alchemikiem, któremu udało się stworzyć kamień filozofów, upragnione marzenie nieśmiertelności? Przyjmując prawdziwość tej tezy dochodzimy do konkluzji, że ten wielki artysta może wciąż żyć!

Nie koniec na tym. Beethoven uważany był za prekursora romantyzmu. To prawda, ale nie cała. W świetle nowych faktów wiemy, że on nie tylko rozpoczął romantyzm, ale także stworzył jego program, ramy, nadal ostateczny kształt i zdążył go jeszcze zanegować. Widać w tym zabiegi dekonstrukcyjne, które przecież pojawiają się dopiero w XX wieku! Wedle znalezionych przeze mnie odkrywczych notatek, w roku 1800 Beethoven odszedł zupełnie od standardów wieku XIX, co znaczy, że całą twórczość romantyczną zarówno wykreował jak i skrytykował, wyznaczając nową wizję sztuki, jeszcze zanim romantyzm sensu stricte się zaczął.

Zachwycony i wciągnięty bez reszty w odkrywczą zawartości notatki, przejąłem automatycznie wady kronikarza, który spiesząc się przekazać światu te wszystkie rewelacje nie dbał o zasady ortografii.

Pourqoui vol.2 poniedziałek, maj 11 2009 

Zmiana mająca na celu pewne uporządkowanie i przestania dublowania samego siebie. Teksty muzyczne wędrują na The Sounds Of Reality, gdzie też jest ich miejsce, tu zaś nie będę ich zamieszczał wcale. No, może okazjonalnie, bo znając siłę swoich postanowień nic, ale to nic, nie jest pewne. Chociaż nie powinno mnie ciągnąć do wrzucania owych tekstów i tutaj, ale kto wie, może pojawi się jakiś upierdliwy głosik powstały na przekór mojemu postanowieniu.

Czyżby dzięki temu stało się na moim Pastwisku czyściej, schludniej i bardziej poukładanie? Skądże. Gdzie tam. Nie ta osoba po prostu. Nadal będzie na blogu chaos tematyczny i foremny. Muzyka znajduje swoje ujście w TSOR, reszta rozepcha się z sukcesem na powstałej przestrzeni. Co do tematyki, gdy zakładałem tego bloga, planowałem przeznaczyć go jedynie jako przestrzeń ćwiczebną, zbiorem prób i bazgrołów, natchnień i planów, krótko: wszystkiego niemalże, co napiszę. Z małym zastrzeżeniem, że ma to być oderwane ode mnie jak tylko to możliwe. Patrząc na ponadroczne efekty, dochodzę do wniosku, że lekka personifikacja nie zaszkodzi (wcześniej też się pojawiała, teraz może będzie jej nieco więcej). Kategoryzację wpisów może, jak będę miał czas i jak nie zapomnę i jak będzie mi się chciało, może przeprowadzę, teraz Drodzy Czytelnicy działajcie na zasadzie zgaduj-zgadula, kto, co i o czym świeża notka traktuje. Paście się dobrze.

Monotematyczność, żółte piłeczki i strzelanie sportowe do kluczy. poniedziałek, maj 4 2009 

Pierwsza. Potem już z górki. Następnie taki letarg, nieświadomy za bardzo otoczenia. A jeszcze później rosnąca ciągle irytacja, że już prawie koniec miesiąca, a to dalej się ciągnie. Tak, tak, cały miesiąc zakryty przez ciemne maturalne chmury.

Dzisiaj polski. Po przeczytaniu swoich tematów, pisałem rozszerzenie, i po zapoznaniu się z tematami na podstawie doszedłem do wniosku, że ów osobnik tworzący te zadania był zmęczony życiem w mieście i nie marzył o niczym innym jak tylko wyjechać na wieś, na łono przyrody, “do kraju tego, gdzie winą jest dużą gniazda bocianiego popsowanie”, “do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych”. Wszystkie cztery tematy mają, jeśliby już szukać takowego, jeden wspólny mianownik, a mianowicie: wieś. Przypadków Chłopów oraz Myśliwskiego komentować nie muszę, trochę bardziej dogłębna rzecz się ma z Mickiewiczem i Kochanowskim, ponieważ, o ile dobrze się orientuję, do Pana Tadeusza dano za temat porównanie postaci, u poety z Czarnolasu zaś sprawę rozumu. W tle epopei jednak cały czas gna przyroda, a renesans widzi człowieka jako zarządcę natury, zarządcę rozumnego.

Może jeszcze cuś. Dano nam, maturzystom – w białym przynajmniej, nie wiem jak gdzie indziej – antystresowe żółte piłeczki na gumce. Panie i panowie szykownie ubrani, pod krawatami i w czerni, przyszłość narodu polskiego, majtają żółtymi kuleczkami dookoła, przez co wyrażenie “wieś na maturze” zyskuje bardziej dosłowne znaczenie. Nie żebym krytykował, bom sam stał i majtał, ale majtanie nie wyklucza spostrzegania, że inni też majtają i tego jak to wszech-majtanie wygląda. Może się czepiam, bo jakby to Rogucki ujął: “majtanie jest nieistotne z perspektywy absolutu”.

Czytanie ze zrozumieniem w miarę proste (choć nigdy nie wiadomo, co autor klucza uznaje za “prawidłowe odpowiedzi”). Wypracowanie napisałem na podstawie Myśliwskiego, parę stron, to i tamto, parę słów o formie, formulikach i formuliczkach, o tym co jest dobre i warte pochwały i o tym co jest be, uzasadnienie i kropki. Gorąca nadzieja, że egzaminatorowi uda się mnie rozczytać. Treść, którą zawarłem jest w sporej mierze banalna i bzdurna, liczę więc, że trafię jako tako do klucza.

Stwarzanie własnego okręgu piątek, maj 1 2009 

11

1-2-3-4-5-6-7-8-9-10-11-F

Przy pierwszej nadarzającej się okazji zabrał swoje rzeczy ze szpitala i wyszedł pospiesznie, nie żegnając się z nikim, mimo że podczas pobytu na oddziale zaznajomił się z kilkoma osobami, z którymi z przyjemnością spędzał czas. Starszy, pogodny mężczyzna z krótko przystrzyżonymi siwymi włosami, który był najczęstszym rozmówcą Marcina, został zwolniony wcześniej i wtedy też pojawiło się krótkie i rzeczowe pożegnanie. Pozostałych – tymczasowe kółko brydżowe składające się z dziesięcioletniego chłopca i dwóch kobiet, z których żadna nie znała w pełni zasad gry i dlatego w trakcie rozgrywki zawsze dyskutowały głośno na temat możliwych ruchów, paru sąsiadów z sali – po prostu ominął. Nie powiedziawszy do nikogo ani słowa załatwił ostatnie formalności i samotnie opuścił budynek.

Dni wcześniejsze spędzał na błąkaniu się po korytarzach, na których często się zatrzymywał i w zadumie wyglądał przez okna. Potrafił stać tak kilkadziesiąt minut i często z takiego stanu wyrywał go głos pielęgniarki, pytającej go, czy dobrze się czuje. Odpowiadał automatycznie i szedł dalej, wyrwany ze swojej medytacji. Im bardziej przybliżał się do zdrowia, tym gorzej się czuł. Początkowo był uśmiechnięty, nawet radosny. Wynikało to po części z nieoczekiwanie szczęśliwego zakończenia dramatycznego epizodu, o którym starał się nie myśleć. Słyszał, że sprawców złapano, i to mu wystarczało. Dalszą częścią był sam widok zatroskanych twarzy bliskich mu ludzi, naoczne doświadczenie wartości jego relacji. Ta głębia ludzkich powiązań, których od zawsze bał się tak bardzo, że siebie widział z perspektywy innych osób. Ten akt jego znaczenia w cudzych oczach bardzo go podniósł na duchu. Chciał zapisać swoje spostrzeżenia w notatniku, ale wtedy z niejakim bólem przypomniał sobie, że jakiś czas temu wyrzucił go, chcąc zerwać z minioną teraźniejszością. W międzyczasie zdarzyła się wizyta z policji, z kilku powodów nieprzyjemna dla Marcina, po której do końca dnia trzymała go w swojej garści zawzięta ponurość.

Następnego ranka wszystko wróciło do normy, uśmiech i entuzjazm. Lecz to było ostatnie wzniesienie, przed ciągnącym się już do końca spadkiem. Każdego kolejnego ranka wstawał z coraz to większym znużeniem, z żalem opuszczał sen i wchodził w dzień opryskiwany bladym słońcem. Zamykał się w sobie, odgradzając się systematycznie od innych. Dlatego też, przy pierwszej nadarzającej się okazji, opuścił szpital, nie żegnając się z nikim i po nikogo nie dzwoniąc. Z niewielką torbą swoich rzeczy udał się prosto na dworzec.

*

Ryby nie brały. Było ich pełno w tym jeziorze, ale uparły się jednomyślnie unikać przynęt tego dnia.

Do takiego wniosku doszedł Marcin obserwując reakcje wędkarzy z sąsiedniego brzegu. Zdenerwowanie niektórych z nich szczerze go rozbawiało. Stał na zalesionej skarpie, z której rozciągał się dobry widok na cały krajobraz.

Słońce zachodziło już za okalające jezioro wzgórza, a po wodzie ciągnęły się czerwone pasma jego gasnącego światła. Bezchmurne niebo stopniowo ubierało coraz ciemniejsze barwy, aż ostatecznie przeobraziło się w granatowe tło gwiazd.

Zadzwonił telefon. Marcin bez spoglądania na nadawcę przerwał połączenie. Dzwonek wyrwał go jednak z cichej medytacji, wstał więc i zanurzył się w ciemny las.