11
Przy pierwszej nadarzającej się okazji zabrał swoje rzeczy ze szpitala i wyszedł pospiesznie, nie żegnając się z nikim, mimo że podczas pobytu na oddziale zaznajomił się z kilkoma osobami, z którymi z przyjemnością spędzał czas. Starszy, pogodny mężczyzna z krótko przystrzyżonymi siwymi włosami, który był najczęstszym rozmówcą Marcina, został zwolniony wcześniej i wtedy też pojawiło się krótkie i rzeczowe pożegnanie. Pozostałych – tymczasowe kółko brydżowe składające się z dziesięcioletniego chłopca i dwóch kobiet, z których żadna nie znała w pełni zasad gry i dlatego w trakcie rozgrywki zawsze dyskutowały głośno na temat możliwych ruchów, paru sąsiadów z sali – po prostu ominął. Nie powiedziawszy do nikogo ani słowa załatwił ostatnie formalności i samotnie opuścił budynek.
Dni wcześniejsze spędzał na błąkaniu się po korytarzach, na których często się zatrzymywał i w zadumie wyglądał przez okna. Potrafił stać tak kilkadziesiąt minut i często z takiego stanu wyrywał go głos pielęgniarki, pytającej go, czy dobrze się czuje. Odpowiadał automatycznie i szedł dalej, wyrwany ze swojej medytacji. Im bardziej przybliżał się do zdrowia, tym gorzej się czuł. Początkowo był uśmiechnięty, nawet radosny. Wynikało to po części z nieoczekiwanie szczęśliwego zakończenia dramatycznego epizodu, o którym starał się nie myśleć. Słyszał, że sprawców złapano, i to mu wystarczało. Dalszą częścią był sam widok zatroskanych twarzy bliskich mu ludzi, naoczne doświadczenie wartości jego relacji. Ta głębia ludzkich powiązań, których od zawsze bał się tak bardzo, że siebie widział z perspektywy innych osób. Ten akt jego znaczenia w cudzych oczach bardzo go podniósł na duchu. Chciał zapisać swoje spostrzeżenia w notatniku, ale wtedy z niejakim bólem przypomniał sobie, że jakiś czas temu wyrzucił go, chcąc zerwać z minioną teraźniejszością. W międzyczasie zdarzyła się wizyta z policji, z kilku powodów nieprzyjemna dla Marcina, po której do końca dnia trzymała go w swojej garści zawzięta ponurość.
Następnego ranka wszystko wróciło do normy, uśmiech i entuzjazm. Lecz to było ostatnie wzniesienie, przed ciągnącym się już do końca spadkiem. Każdego kolejnego ranka wstawał z coraz to większym znużeniem, z żalem opuszczał sen i wchodził w dzień opryskiwany bladym słońcem. Zamykał się w sobie, odgradzając się systematycznie od innych. Dlatego też, przy pierwszej nadarzającej się okazji, opuścił szpital, nie żegnając się z nikim i po nikogo nie dzwoniąc. Z niewielką torbą swoich rzeczy udał się prosto na dworzec.
*
Ryby nie brały. Było ich pełno w tym jeziorze, ale uparły się jednomyślnie unikać przynęt tego dnia.
Do takiego wniosku doszedł Marcin obserwując reakcje wędkarzy z sąsiedniego brzegu. Zdenerwowanie niektórych z nich szczerze go rozbawiało. Stał na zalesionej skarpie, z której rozciągał się dobry widok na cały krajobraz.
Słońce zachodziło już za okalające jezioro wzgórza, a po wodzie ciągnęły się czerwone pasma jego gasnącego światła. Bezchmurne niebo stopniowo ubierało coraz ciemniejsze barwy, aż ostatecznie przeobraziło się w granatowe tło gwiazd.
Zadzwonił telefon. Marcin bez spoglądania na nadawcę przerwał połączenie. Dzwonek wyrwał go jednak z cichej medytacji, wstał więc i zanurzył się w ciemny las.