1-2-3-4-5-6-7-8-9-10-11-F

…i nadal stał. Księżyc wisiał wysoko na niebie; każdy, kto był tu za dnia, dawno już wrócił do własnego ciepłego życia; wiatr muskał ciemną powierzchnię jeziora. Nic nie zakłócało ciszy. Marcin stał.
Poczuł dotyk na ramieniu.
-Cicho… – usłyszał szept w uchu.
Nawet się nie poruszył, nawet się nie zdziwił, nawet nie odwrócił głowy. Czysta obojętność.
Ręka powędrowała z ramienia na policzek, druga objęła mężczyznę. Szept powtarzający jedno słowo – „cicho” – jak mantrę, pojawił się znowu. Marcin rozpoznał głos, położył swoją dłoń na cudzej dłoni, leżącej na jego policzku. Otrzymał pocałunek w drugi policzek. Obce dłonie wędrowały po jego ciele. Nic nie mówił, spoglądał tylko dalej na jezioro. I niebo odbite w wodzie. I wodę odbitą w niebie.
A później stali, nieruchomi jak rzeźba, ustało nawet miarowe poruszanie ust, wypowiadających słowo. Głowa wsparta o głowę, ręce na ciele. I cisza, cisza, cisza.
Potem…
To było szybkie, prawie błyskawiczne. Wyciągnięta w mgnieniu oka szmatka nasączona płynem o silnej woni zasłania usta i nos ofiary, która wierzgnąwszy opada bez czucia.
*
Marcin otworzył oczy. Znajdował się w jakiejś piwnicy. Było zimno i ciemno, a jednym źródłem światła była goła żarówka zwisająca z cienkiego kabla uczepionego na środku sufitu. Roztaczała wokół siebie słabą aurę, która nie była zdolna do rozproszenia mroku w kątach pomieszczenia. Ściany były niewidoczne za osłoną ciemności. Jedyne, co mógł zobaczyć, to siebie, siedzącego na krześle, wybetonowaną podłogę pomieszczenia i dyndającą bezczelnie żarówkę. Kręciło mu się w głowie, mimo przebudzenia się nadal czuł się senny, a prócz mroku zewnętrznego, gęsta ciemność kłębiła się również i w jego umyśle – nie był w stanie uchwycić się choćby jednej myśli.
Spróbował wstać. Nadgarstki zahaczyły o sznur, którym były związane za oparciem fotela, podobnie nogi, przymocowane do nóg krzesła. Szarpnął się kilkakrotnie, ale równie bezskutecznie. Językiem wyczuł knebel. Zatrząsł się z oburzenia. Jego półprzytomny umysł wysyłał polecenia do mięśni, aby walczyły z całych sił z więzami. Mięśnie jednak były jak zwiotczałe, a sznury wokół jego kończyn były ciasno związane. Mimo to szamotał się dalej.
Krzesło upadło na bok, zadygotało, ale nie pękło. Prawe ramię Marcina, które pierwsze przyjęło skutki upadku, zaczęło przekrzykiwać się bólem na zmianę z głową, która także z impetem uderzyła o beton. Na brudnej podłodze pojawiła się niewielka ilość krwi. Marcin zmrużył oczy z bólu. Ponownie stracił przytomność.
*
Z mroku wyłoniła się postać. Przywróciła krzesło i więźnia do początkowej pozycji. Pomacała skroń Marcina, by zobaczyć, jak duże jest nowe zranienie. Najwyraźniej nie było niebezpieczne, ponieważ postać opuściła rękę i powróciła w ciemności.
*
-Gdzie jestem?
-Nieważne.
-Dlaczego…?
-Cicho… cicho. Jak się czujesz?
-Ciągle kręci mi się w głowie, błyska mi coś przed oczyma, piekielnie boli mnie głowa… ramię zresztą też… a co ciebie obchodzi moje sam…
-Cicho.
Ręce sprawnie naciągnęły knebel na usta.
*
Gdy otworzył oczy po raz kolejny, na scenie pojawił się kolejny rekwizyt. Półtora metra przed Marcinem pojawił się niewielki drewniany taboret, na którym leżał niebieski notatnik. Zobaczywszy go, Marcin szerzej otworzył oczy, jakby zobaczył dawno niewidzianego przyjaciela. Przyjaciela, którego nie spodziewał się już nigdy zobaczyć.
Nie mogąc uwierzyć w to, co widzi, myślał nad innymi rozwiązaniami. Może się pomylił i to nie jest TEN notatnik, a inny, podobny, ba! na zewnątrz taki sam, ale nie wypełniony tą samą treścią. Podpis na okładce wykluczał jednak taką możliwość. Może tamtego wieczoru był tak roztargniony, że nie wyrzucił go, a – może – serwetkę, czy coś innego… ale znowu – skąd by on się tu wziął?
Marcin szarpnął się ponownie. Tak jak wcześniej – bezskutecznie.
*
Wszystko mu się przypomniało. Cokolwiek go uśpiło, już przestało działać. Dlatego, gdy postać zdjęła mu knebel, od razu zawołał:
-Anka!
-Słucham cię, kochanie. Widzę, że już z tobą lepiej.
-W co ty się ze mną bawisz?!
-To nie zabawa. Chyba, że ciebie to śmieszy, to mogę to przeciągnąć, urozmaicić i w ogóle uprzyjemnić atmosferę.
-Kur…
Dostał w policzek.
-Nie przeklinaj. To nie wypada. – upomniała go – A teraz – dlaczego tu jesteś. Pewnie się o to wielokrotnie pytałeś sam siebie. A ja wspaniałomyślnie udzielę tobie odpowiedzi. Nie wiem czy wiesz, ale prowadzę małą autorską akcję terapeutyczną, uświadamiającą wartość życia potrzebującym tego ludziom.
-Że jak?
-Siedź cicho i słuchaj…
-O CO…
Ania założyła mu ponownie knebel.
-Siedź cicho powiedziałam. Wracając do tematu – niektórzy ludzie zaczynają się dziwnie zachowywać, tracą chęć do życia i staczają się powoli na dno. Dzięki temu – wskazała na notatnik, który wzięła teraz do ręki, sama zaś usiadł na taborecie, na wprost rozwścieczonych oczu Marcina – dowiedziałam się, że jesteś jednym z takich przypadków. Pewnej nocy byłeś w restauracji, w której pracuję, usiadłeś, zamówiłeś coś i zacząłeś się wpatrywać w ten notatnik. Wyglądałeś marnie, ale kiedy go wyrzuciłeś – było z tobą jeszcze gorzej. Z ciekawości wyjęłam go i przeczytałem. Dużo dla ciebie znaczył, prawda?
Brak reakcji.
-Dużo. Na końcu zadałeś pytanie o to, kto zapłacze po twojej śmierci. Zaczęłam się tobie przyglądać i doszłam do takiego wniosku, że jak tak dalej pójdzie, to nikomu nie będzie się chciało. Więc wkroczyłam do akcji, starając się ciebie jak najlepiej poznać i zrozumieć. Zobaczyć, co tobą zawładnęło, co spowodowało twoją głupotę. I wiesz, co się okazało? Nie było przyczyny. Po prostu jakbyś wstał pewnego ranka i pomyślał: „pada deszcz, nie chce mi się żyć, zgłupieję”. Z czasem było coraz gorzej, pobiłeś jakiegoś Bogu ducha winnego przechodnia, znaczy: zacząłeś się bić, ale on skończył. – uśmiechnęła się szyderczo – Były chwile poprawy, ale ogólnie upadałeś na dno i gdyby nie to teraz, upadałbyś przez kolejne kilkadziesiąt lat. To by było straszne, co nie? Gdy nic nie skutkowało, postawiłam na bardziej drastyczne środki – uznałam, że jeśli pomyślisz, że twoje życie jest zagrożone, to po jego odzyskaniu zaczniesz się z niego w końcu cieszyć. Ale gdzie tam, życie to banał przecież – jak mówisz. Wysłałam za tobą tych pożal się Boże detektywów-bandytów, w ostatniej chwili zadzwoniłam anonimowo na policję i pogotowie.
Marcin wyglądał na zaskoczonego.
-Ty myślałeś, że to twoja żona. Nie zdziwiłabym się, gdyby to zrobiła, bo to musiało być trudne żyć z taką osobą jak ty. Co do przezwiska twojej żony – znalazłam go tu – uniosła niebieski notatnik – bo gdzieżby indziej. I co z mojego eksperymentu wyszło? Nic – odzyskane życie obchodziło cię tyle, co nic, na żonę nawet nie oburzyłeś. Żadna z twoich reakcji nie pokazywała na to, że spotkało cię coś, na co nie zasłużyłeś, co znaczy, że tak, zasłużyłeś sobie na to wszystko. Pamiętasz, co mówiłam o okręgu? Na górnym biegunie jest teraźniejszość, na dolnym – przeszłość. Ale ty widziałeś to inaczej, u ciebie nie było czegoś takiego, jak teraźniejszość, jak teraz, jak ta chwila, ten moment, to życie. Nie, u ciebie był banał. Zarówno na górze, jak i na dole. Wszędzie. Twój okrąg zbliża się do dopełnienia, banał zetknął się z banałem, a twoja teraźniejszość stanie się niedługo przeszłością.
Wyciągnęła knebel.
-Zabiję cię! – krzyknął.
-Nie, to ja zabiję ciebie. – powiedziała słodko.
-Zabijesz mnie? – gorzki śmiech niedowierzania.
-Tak. Nie będziesz ani pierwszym, ani ostatnim. Ja to tak widzę – gdybym ciebie nie zabiła, staczałbyś się coraz niżej, aż do końca życia, przez wiele, wiele lat, byś cierpiał potwornie, będąc niezdolnym do jakiegokolwiek działania. Byś się męczył. Nie chciałabym cię mieć na sumieniu.
-Ja chcę żyć, jeśli ci o to chodzi!
-Za późno. Jesteś beznadziejnym przypadkiem, niezdolnym do emocji. Byłam przyjaciółką, byłam strachem, a tam, nad jeziorem, stałam się kochanką. Wystarczyło by cokolwiek – tak lub nie, pocałunek lub odepchnięcie. Ale musiało być coś. A ty… utopiłeś się w swojej apatii.
Założyła mu ponownie kabel.
-Wiesz, w sumie nie stanie się nic. Nie pozbawię ciebie życia, bo i tak już go nie miałeś. Okrąg się dopełnia, początek staje się końcem, wszystko się dzieje samoistnie, samorodnie.
Weszła w cień. Po chwili wróciła z dużym nożem. W oczach Marcina pojawił się strach. Kobieta podeszła do niego i wbiła mu ostrze w ciało. Gdy nóż zagłębił się aż po rękojeść, pochyliła się do ucha Marcina.
-Jeśli chodzi o twoje pytanie… ja zapłaczę.
Wyjęła nóż i wbiła go ponownie w pierś mężczyzny.