Jest gorąco, wchodzę do sklepu po loda. Wyjmuję go z lodówki i staję w kolejce, przede mną jest małżeństwo w średnim wieku. Cherlawa kobieta i wysoki troglodyta do niesienia toreb. Zwracają się do siebie z irytującą obojętnością, co pewien czas podnosząc głos, jakby partner cierpiał na niebywałą tępotę. Działa to w obie strony.
Kobiecie co chwila przypomina się kolejna rzecz, którą ma kupić. Wiedzę, że zejdzie im na zakupach trochę czasu, wrzucam więc loda z powrotem do lodówki, w innym wypadku zmieniłby się w niejadalną papkę, mokrą i obrzydliwą. Stoję i obserwuję, bo co mam robić. Do pomieszczenia wchodzi kolejny klient – starszy mężczyzna.
Para dalej zamawia. Pytają się o piwa, narzekają na niezwrotne butelki. Mówią, że w Polsce większość jest niezwrotnych. Kobieta rozgrzebuje pamięć , próbuje znaleźć w niej informacje o potrzebnych jej produktach. Mężczyzna patrzy na torby i pyta z wyrzutem, jak on ma to wszystko ponieść? Bierze, podnosi, sprawdza. Mówi, że idzie do domu, ale jest strofowany przez małżonkę, że i tak nie ma kluczy. Nie widzę jego twarzy, ale wyobrażam sobie, jakim spojrzeniem obdarza kobietę – zirytowanym i niezadowolonym, a jednocześnie bezsilnym i uległym. Odkłada torby na ziemię.
Stoją u kasy jeszcze chwilę, potem płacą i wychodzą.
A potem i ja biorę to, co miałem wziąć, płacę i wychodzę.
Dzień po Houellebecq czwartek, cze 11 2009
Przezroczystość and exer małżeństwo, obserwacja, scenka rodzajowa, sklep 15:18