Dzwoni. Mówi, że on. Że jego wina, tylko, tylko. Jakby wstawszy pewnego ranka, otarła ze zdumieniem zaspane jeszcze oczy, dostrzegając, że raj jest piekłem i że już na zawsze nim pozostanie. Krzyknęła? Zapłakała? Zawołała przerażona kłującą świadomością? Cokolwiek, dawno, nieważne. Ale to on. To jedno się liczy. Szatan z drugiej strony łóżka.
„Dzwoni, bez <<dzień dobry>>, bez niczego, pierwsze zdanie – już o nim. I mówi to, co on wcześniej mówił o niej. Mówię jej (…) mówię jej, nie chcę tego słuchać – on mówił to samo o tobie, co ty mówisz teraz o nim (…) wy tak cały czas, uspokójcie się (…) już od razu, w pierwszym zdaniu na niego (…) on o niej, ona o nim (…) dajcie mi spokój”
W wielkim domu, pałacu – niedokończonym, ale za parę lat, kto wie, jak to cudo by wyglądało, a w szczęśliwej rodzinie lata mijają szybko, więc, załóżmy, pomińmy całą rzeczywistość, w szczęśliwej rodzinie szybko mijają lata, więc mgnienie oka – pałac, na górze on, na dole ona, albo odwrotnie, albo w pokojach obok, kogo to obchodzi. Pałac wielki i gościnny, tylko król i królowa siebie nawzajem ugościć nie potrafią. Zgroza. Zgryzota. Zgryzienie. Zgryzanie.
słucham
„Dzwoni ona”
„Sądzę, że jej wina, bo…”
„Ona mówi że jego”
„On mówi, że jej”
bez sensu