Dwie osoby siedzące na ławce przystanku, mającego za szkielet konstrukcję z czerwonego metalu i za skórę – szyby z plastiku, badawczym spojrzeniem omiotły dosiadającego się mężczyznę. Pierwsi, więc i naturalnie prawowici, siedzący byli obojga płci: najwidoczniej znudzona młoda dziewczyna oraz niewiele od niej starszy chłopak. Ona miała długie, tlenione blond włosy, on marynarkę.
Nowoprzybyły miał lat może z czterdzieści. Łysiał. Miał twarz oznaczoną już lekkimi zmarszczkami. I uśmiechał się. Patrzył prosto przed siebie, na zupełnie nie zajmujący pejzaż, niekiedy przerywał, by zerknąć na niebo, podobnie pozbawione wyrazu.
Chłopak odsunął się od uśmiechniętego, przybliżając się tym samym do dziewczyny, z którą stykał się już prawie ramieniem. Ona także by się odsunęła, ale – nie chciało się jej. Spojrzała jedynie z potępieniem na chłopaka. Mężczyzna albo nie zauważył, albo nie przejął się wywołanym przez siebie zamieszaniem, siedział dalej z niewzruszonym uśmiechem na ustał. Dłonie trzymał na kolanach.
Dziewczyna wyjęła komórkę i zaczęła pisać smsa. Na jej twarzy nie pojawiła się najmniejsza nawet oznaka emocji. Kąciki ust lekko wygięte w dół, beznamiętne spojrzenie błękitnych oczu. Chłopak spojrzał na nią, potem na uśmiechniętego. W następnej kolejności na zegarek. Wpatrywał się w tarczę kilka minut, jakby nie był pewien, co oznacza która wskazówka. Może: najdłuższa, ta najbardziej ślamazarna, to czekanie. On siedzi tu, powiedzmy, od pół godziny, autobusu ciągle nie ma, słońce pali twarz, obok niego ludzie, którzy sprawiają, że nie wie, co ze sobą zrobić. Patrzy więc na zegarek, czeka.
Mężczyzna podrapał się za uchem; przestał się uśmiechać. Może wobec swędzenia uśmiech był nietaktowny, może zaczęły go boleć usta. Może po prostu nic, odechciało mu się. To zespolenie dwóch ruchów, zaczęcie jednego i zakończenie drugiego, wywołało – jak się zdaje – łańcuch kolejnych. Lewa dłoń, przestając być odbiciem prawej, uniesionej aktualnie do ucha, nie może znieść zaburzenia symetrii, opada na czerwoną ławkę, postukując palcami o drewno cichym rytmem. Po chwili mężczyzna założył nogę na nogę i spojrzał przelotnie na siedzących obok niego ludzi.
Blondynka pisała, kto wie którą już, wiadomość. Siedziała pochylona, tak że długie włosy zasłaniały jej twarz i rzucały cień na telefon. Nie przeszkadzało to jej jednak w niczym. Kciuki poruszały się szybko, jak jedyne ruchome elementy w mechanicznej konstrukcji.
Muchy brzęczały, słońce płonęło, a śmieci, ruszane wiatrem, przemieszczały się po chodniku. Autobusu nie było. Średnia wskazówka, pomyślał, średnia wskazówka. Ta duża, ta długa i powolna, to czekanie, które wydaje się, że trwa wieczność i że nigdy się nie skończy. Najkrótsza – to było życie. Każde tyknięcie uświadamia kolejną porcję straconego czasu. Tyk, tyk. Minęła sekunda. Tyk, tyk. Minęło życie. Znalezienie znaczenia sekundowej wskazówki nie było trudne. Chłopak uśmiechnął się do siebie. Taki właściwie banał, paradoksalne umieszczenie wiecznego czekania wewnątrz odpowiadającego sekundom życia. Wpatrywał się w zegarek, ale zapomniał, która godzina. Czym jest średnia wskazówka?
Ciche klaśnięcie zamykanej klapki komórki. Dziewczyna wstaje, podchodzi do rozkładu. Przeklina. Ex-uśmiechnięty łysiejący czterdziestolatek przypatruje się jej z zaciekawieniem. Dziewczyna zdejmuje kurtkę, rzuca ją na ławkę, siada obok. Chłopak unosi głowę, widząc, że usiadła dalej od niego niż poprzednio. Zastanawia się dlaczego. Poprawia rękawy marynarki. Ex-uśmiechnięty na nowo staje się uśmiechniętym i patrzy na ziemie niezbadane jeszcze jego wzrokiem – plakat wiszący na boku przystanku. „Solidarność jest Twoją nadzieją”. Uśmiecha się szerzej, wydaje z siebie stłumiony śmiech. Dziewczyna wyjmuje komórkę i pisze smsy, chłopak zapomina o niezidentyfikowanej średniej wskazówce, zapomina o dwóch pozostałych, myśli nad tym, dlaczego ona usiadła dalej od niego.
Podjeżdża autobus. Wsiadają do środka, sytuując się w różnych miejscach i natychmiast przestają o sobie myśleć, teraz, gdy wieczność czekania stała się już popiołem przeszłości, rozwiewanej razem ze śmieciami przez wiatr.
*tytuł zaczerpnięty z plakatu wiszącego w autobusie. Nie ma związku z tekstem, poza oczywiście występowaniem autobusu. Tytuł jednak jest potrzebny, a ten leżał najbliżej.