roweryzm i inne opowieści środa, lip 29 2009 

Jak zrobić coś z niczego? Tak metaforycznie, bo gdyby mi chodziło o sens dosłowny, nie pytałbym was, a McGayvera; właściwie, to i nie pytam was, bo to było pytanie retoryczne. Jak zrobić, żeby coś, co się nie wybija sponad dna przeciętności, stało się czymś wyjątkowym? Otóż, tak sobie dzisiaj pomyślałem, trzeba zrobić fałszerstwo. Dokonać oszustwa. Takiego, że tak się brzydko wyrażę, marketingowego. Jeżeli przyjmiemy, że 99% czegoś jest marne, a 1% jest dobre, to wtedy zwracamy uwagę na 1%, a resztę olewamy; o czym się nie mówi, tego nie ma, więc wychodzi, że całe coś jest dobre i wszyscy nam tego czegoś zazdroszczą. Tyle teorii mojej filozofii na dzisiejszy wieczór. W praktyce… cóż, może nie będą zazdrościli. Nie wiem, nie troszczę się o to.

Owym czymś dzisiaj jest po prostu dzisiaj. Są wakacje i jedyną wartością, jaką mam pod ręką,  nie są ani pieniądze, bom jest biedny jeszcze-nie-student, a jak wiedzą wszyscy, ta grupa społeczna kasą nie szasta, ani wartości intelektualno-duchowo-zmysłowe, bo te się rodzą w wielkich bólach i przeklinają moje lenistwo, lecz czas. I jak ja swój czas dzisiejszy wykorzystałem, czyli – jak to nazywa, skoro ona innych tak skraca u siebie, to i ją skrócę na podobną modłę, K. – pora na życiową notkę (oczywiście wg mnie wszystkie moje notki są niezwykle życiowe, ale niektórzy tego faktu po prostu nie dostrzegają. Wcisnąłbym tu emotkę, ale tak w notce na blogu o profilu – jak to napisałem Rolkowi (a gdy Roluś to przeczytał, to tak się zachwycił, że aż umieścił cytat mój w opisie na gadu-gadu, czyli największy prestiż w dzisiejszych czasach) “nie grafomańskim, a artystyczno awangardowym”).

Dzisiaj napisałem tekst. Pomyślałem, nie chce mi się pisać niczego poważnego, walnę bzdurę na modłę Kinga. Nie zarzucam przy tym niczego Kingowi, chodzi mi o styl jego pisania, w którym od opisywania najbanalniejszego banału potrafi przejść do dowolnej historii z życia bohatera. Zapytałem, w czerwcu bodajże, jedną nauczycielkę z mojej starej szkoły o opinię na temat moich tekstów (jestem strasznie opiniochłonny, taka moja wada). Usłyszałem, żebym zapomniał o tym, co pisałem dotychczas i szukać czegoś nowego. Eksperymentować. Owszem, jestem opiniochłonny, ale różnie jest ze stosowaniem się do nich czy do rad. To jest coś w stylu – przytaknę, bo w sumie racja, ale później nie za bardzo chce się robić tak, jak rada zaleca. Dla przykładu – dwa lata temu usłyszałem, żeby przez jakiś czas zająć się realizmem, przejrzystością, przezroczystością tekstu i podobnymi bzdurami. Efekt – napisałem jedno opowiadanie w tym stylu, w międzyczasie cały czas poruszając się po swoim poletku. W każdym razie eksperymentowanie brzmi ciekawiej od realizmu i stąd sięgam po nowe rzeczy chętniej niż kiedyś. Stąd chociażby wpis Kontakt, z którego notabene jestem bardzo zadowolony, choć muszę przyznać – szanowny wordpress się do takich rzeczy nie nadaje. W ogóle szanowny wordpress przejawia ostatnio wielką aktywność w dziedzinie irytowania użytkowników. W ramach eksperymentu padło na Kinga, bo z takim podejściem można napisać sporo, nie mając właściwie żadnego pomysłu. Tylko tworzyć ciągi skojarzeń i patrzeć, dokąd wyobraźnia zaprowadzi, a póki jest wyobraźnia, potąd tekstu nie zabraknie. Koleś kupujący płyn do mycia podłóg w markecie zajmuje się tym przez ponad sześć stron. Odręcznie, w zeszycie, więc pewnie wszystko zmieści się na jednej stronie w wordzie, więc tu już tak pokaźnie nie wygląda, ale pisało się naprawdę przyjemnie i szybko – przeskakując z jednego ogniwa skojarzenia na drugie. Na początku myślałem, żeby wrzucić to na bloga, lecz po chwili uznałem, że lepiej będzie zrobić z tego większe odpowiadanie – będę miał przynajmniej konstruktywne zajęcie na dłuższy czas – a na blogu nie będzie omawianego tekstu, ale będzie omawianie tekstu.

To był rowerowy tydzień, o ile oczywiście jako tydzień uznamy trzy dni: od poniedziałku do środy. Jednak nawet umieszczając to jeżdżenie na tle ogólnego mojego jeżdżenia, to ten tydzień (nawet, gdybym do jego końca nie dotknął tyłkiem siodełka) prezentowałby się bardzo dobrze. W poniedziałek pojechałem z Bartkiem do muzyka, ale oczywiście, bo jak od dwóch tygodni planujesz, że coś zrobisz i w końcu to robisz, to nie wychodzi tak, jak miało wyjść, sekretariat był zamknięty, więc we wtorek także pojechałem z Bartkiem do muzyka, a żeby nie nużyć się tą samą trasą, to pozwiedzaliśmy trochę miasta. Zajrzałem nawet do sklepu muzycznego, żeby kupić sobie kabel do efektu, który mam od ponad pół roku, a z którego nie mogłem korzystać z powodu braku owego kabla. Dowiedziałem się ceny, która przekraczała moje fundusze noszone przy sobie, więc kupno przełożyłem na inny dzień – w domyśle dzisiaj – ale w praktyce tak różowo być nie musi. Możliwe, że jutro, tyle że jutro też istnieje kolejne jutro, a w kolejnym jutrze jeszcze następne i tak dalej, aż do nieskończoność+jutro. Dlatego tak mnie urzekł wstęp do Kartoteki Rozrzuconej Różewicza, mówiący jutro się zmienię. Jest tak niesamowicie okrutny i pokazujący beznadziejność starań człowieka do zrobienia czegokolwiek, ponieważ utknięcie w schemacie i nawykach ciągnie się nieustannie, a jutro, kiedy coś ma się stać, coś ma się wydarzyć, zmienić, jest zwyczajnie nieosiągalne. Bo to jest jutro.  Wczoraj sekretariat był otwarty i dostałem garść rad, ogólnie mówiących, że batalia nad PSMem jeszcze nie skończona. Właściwie batalia pod psem, tak jakoś bardziej odpowiednio brzmi. Ten dramatyzm, wiecie, musi mieć odpowiednią nazwą nad sobą, równie dramatyczną jak on sam. Dzisiejszy roweryzm był iście punktem kulminacyjnym. Same atrakcje. Najpierw cud nad białką: zmieniałem z trzy razy przerzutkę i ani razu nie spadł mi łańcuch! Tak, to jest coś, jak pisał pewien poeta, Tak, to jest coś. Ale za to inny łańcuch, którym przywiązuję rower, też nie spadł i musiałem go przepiłowywać. Mój dwukołowy środek lokomocji wygląda nieco antycznie, jeśli ktoś patrzy nieuważnie i zwraca uwagę tylko na powierzchnię, nie dostrzegając jego prawdziwej głębi, dlatego też uznawałem, że plastykowy twór do obwijania roweru wyglądałby aż nazbyt nowocześnie, niesmacznie; postmodernistycznie, ale nie zawsze postmodernizm jest smaczny. Tak sobie myślę, że taki rower mógłbym postawić w muzeum i brać kasę za “artystyczną awangardową” wystawę. Wtedy jednak nie mógłbym jeździć na nim, wszak obiekt muzealny musi stać grzecznie w muzeum, więc zrezygnowałem z nowoczesnych plastykowych ustrojstw i zabezpieczam go łańcuchem. Z kłódką.

A kluczyki się czasem łamią.

Ottak środa, lip 29 2009 

Literka po literce

słowo

wyzbyć się fermentu

zostawić słowo

i na nim budować

nie krążyć po utartych szlakach

powtarzane modlitwy

słowa intymne wyuczone

I ten krzyk

tą melodię spadania

graną bez ustanku

Kontakt środa, lip 22 2009 

Wystawia rękę
pięć palców (kciuk i tak dalej)
stoi niedaleko od. Dwa duże kroki, tak że bez stąpnięcia nie dotknie, a dotknąć pragnie, lecz kroczyć się boi
unosi nogę
chwieje się
drugą ręką łapie równowagę skrzydło samolotu drugie

noga wraca

walczy chwilę z grawitacją, „siłuje się na pięści”, burzy się, otwarte oczy i usta lekko rozchylone źrenica czarna kropka plama tuszu na kartce oka spogląda
tu ziemia

tu ja

tu osoba

druga bez rąk, amputowanych kieszeniami – studniami obojętności

oczy

spadły

tam

również

z wielkim pluskiem!

[wiaderko wisi u góry szuka metafory]

DIDASKALATOR:
Z zainteresowaniem,
wrażliwą ciekawością

ale ręka
stopy płasko, nogi w pionie
stoi
nie wie co z ręką
wyciągnięcie jej się nie opłaca grozi upadkiem, umysł ostrzega przed oderwaniem się od ziemi, bowiem to nienaturalne, musi być równo
za lot zapłacisz pełzaniem
o ile nie lecisz pełznąc smakując chrząstką ziemię proch ciało człowieka
siebie

POSTAĆ PIERWSZA

DRUGA

(dwa duże kroki)

pomiędzy.

Wpatrują się sobie w oczy zadurzając się w bezkresach białek i konkretach źrenic. Miłują się nimi, wyrażają jej pragnienie chęć. |oczy!!!|
Postać druga wyjmuje ręce z kieszeni będzie szukać własnego spojrzenia bo serce mówi, że warto. Umysł mówi coś innego – nieważne co – ale człowiek nie jest konsekwentny, nie idzie jednotorowo, jedna droga nudzi – słuchał się nieufnego rozumu teraz posłucha się tęsknego dwukomorowego i parzystoprzedsionkowego.

oczy

korbką

kręcąc

wyławiane ze

studni

patrzą na siebie

PIERWSZA

POSTAĆ DRUGA

ręce wyciągają ku sobie
Paznokcie skrzą się od światła; gdy powieki zasłaniają spojrzenie, zamglają widok, gdy nie widzimy, reszta ciała płonie, świeci się i jaśnieje od blasku, zbyt jaskrawego oczom. Skorupki, zwieńczenia palców lśnią wyraziściej od palców samych, lepsza do tego materia. Ręce vis a vis. nie dotykają jednak linii symetrii. Nadal za daleko, nadal niewystarczający wysiłek.
Pierwsza: łzy w oczach

DIDASKALATOR:

Z bólem, pełna cierpienia oczekuje spotkania i dotyku. Zainteresowanie drugiej postaci dało nadzieję, ale nadzieję z gatunku tych złudnych, palce nie sięgają bowiem swego odbicia, nogom zaś brakuje siły, jaką daje zdecydowanie. Moc do zrobienia kroku niezbędnego do zetknięcia

Drugiej zęby zaciśnięte

DIDASKALATOR:

Niecierpliwi się. Dała tyle wyciąga rękę a nic się nie dzieje. Denerwują ją łzy pierwszej postaci, Ryczy zamiast wstać podejść przestać. RÓB – krzyczy

unosi [Pierwsza] drżącą kończynę opada wierzgając wyciągniętymi rękoma. Leży zimna obok Drugiej, łzami zrasza ziemię, kreaując lepkie błoto.

POSTAĆ DRUGA

PIERwsza

ręka opada do kieszeni
również oczy
plusk do studni
plusk do studni

Andrzej Stasiuk wtorek, lip 21 2009 

A potem jeden z nich wstał i powoli zaczął się zbierać. Drugi jakby się ocknął, popatrzył na tamtego i powiedział: “Gdzie będziesz szedł?”. Wtedy ten, co wstał, rozejrzał się po knajpie i trochę po świecie i powoli usiadł z powrotem.

O Hrabalu z Teksturowy samolot

[słowoklucz] poniedziałek, lip 20 2009 

Nie. Takie słowo klucz. Chciałem zacząć od “nie było mnie”, ale po napisaniu pierwszego słowa dostrzegłem, iż nie muszę go uzupełnić tak, jak planowałem. Nie mogę go spuentować w taki sposób. Bo “nie” okazuje się być słowem kluczem, które jeżeli chce się już czymś zwieńczyć, to nie jednoznacznie, ponieważ z niego wypływa wiele możliwości, wariantów, odchyleń, wersji i tak dalej.

Nie byłem

Nie słuchałem

Nie widziałem

Nie czytałem

Nie pisałem

Nie interesowałem się

A jednocześnie można by wszystkie te przeczenia wykasować i nadal byłaby to prawda. Tyle że inna. Dwie ścierające się ze sobą prawdy jednak się ze sobą nie ścierają. Ciekawe, postmodernizm jest wszędzie. Sztuka i filozofia and stuff perfekcyjnie wpasowane do obecnych czasów, gdzie “tak” to zarazem “tak” jak i “nie”, a jeszcze dodatkowo “tak” na zupełnie inne pytanie od początkowo zadanego.

Byłem

Słuchałem

Widziałem

Czytałem

Pisałem

Interesowałem się

Zaczynając postmodernistycznie nie mogę tak skończyć, chociaż zmiany i różnorodność też wpisują się w ów nurt, tak więc może w rzeczywistości nadal będę się poruszał po tym bagienku pisząc, iż istnieje zdecydowane “nie”, które zauważyły zapewne też i zaglądające tu osoby. Na blogu nie pisałem, nie dodawałem żadnych notek ani innych atrakcji. Za to dowiedziałem się, iż moja notka wywołała strach i jest brutalna. Jak miło (i piszę to bez ironii).

Powrót mój nastąpił był 18 lipca w sobotę i już wtedy zauważywszy problem, jakim jest brak nowych treści na moim poletku, postanowiłem wydostać się na spacer z domu by dumać bezdomnie, nadymać się dumnie wydumanymi treściami i krocząc dumny, ale nie domny, dumać, wydumać rozdumane dumy i dumania, i tak idąc od-domnie do mnie przychodziły rozmaite myśli, rozdumane mniej lub bardziej, bo zaprzeć się nie mogę tego – dużo się działo między lipcem 1 a lipcem 18, a działy się rzeczy interesujące, z których można wyciągnąć wiele inspiracji – tak bezpośrednio, jak klapkiem o muchę bzyczącą do snu walić nie chcę, bo po cóż się odkrywać niepotrzebnie, ale co nieco napomknąć by nie zawadziło, nie to jednak – uznałem dumnie nie-domnie rozdumowywyjąc – powinienem napisać; wtem przyszły myśli inne, idee hydr strasznych wielkich grubych zębatych i wielogłowych! — ach, ach — aczkolwiek po chwili wydało mi się to małe i niskie i niedopracowane i zużyte i takie, które na zapchajdziurę się nijak nie nadaje, bo temat przedni, ale bez żadnych kośćości smacznym nie będzie, lecz niesmacznym, niestrawnym i niepotrzebnym – kolejne nagromadzenie słówkluczy – więc skoro nie to – tak dumam, oddalając się od domu – to co – i dumam, i idę, i dumam, i idę, a po drodze, widząc mnie tak zadumanego i oddomnego, ktoś mnie o zmowy i spiski oskarża, nic ino, idę i dumam dalej, lecz nic wydumać nie mogę, wracam do domu mijając po drodze setki i tysiące istot i przedmiotów o których napisać by można, a które nie przeszły wstępnych eliminacji.

Lipca 19 też pojawiły się kwestie o których można by  napiać, nawet nawet myślałem o tym, ale jakoś się rozmyło, niedziela rozpłynęła się w parze, upale, niezadanych pytaniach, jedynej bluzie, wpatrywaniach się w oczy, muzyce, zdjęciach, deszczu – o jak miło; i straconym czasie na bezsensownym wracaniu do własnych śmieci.

Czy będzie jakaś puenta?

[słowoklucz]