Jak zrobić coś z niczego? Tak metaforycznie, bo gdyby mi chodziło o sens dosłowny, nie pytałbym was, a McGayvera; właściwie, to i nie pytam was, bo to było pytanie retoryczne. Jak zrobić, żeby coś, co się nie wybija sponad dna przeciętności, stało się czymś wyjątkowym? Otóż, tak sobie dzisiaj pomyślałem, trzeba zrobić fałszerstwo. Dokonać oszustwa. Takiego, że tak się brzydko wyrażę, marketingowego. Jeżeli przyjmiemy, że 99% czegoś jest marne, a 1% jest dobre, to wtedy zwracamy uwagę na 1%, a resztę olewamy; o czym się nie mówi, tego nie ma, więc wychodzi, że całe coś jest dobre i wszyscy nam tego czegoś zazdroszczą. Tyle teorii mojej filozofii na dzisiejszy wieczór. W praktyce… cóż, może nie będą zazdrościli. Nie wiem, nie troszczę się o to.
Owym czymś dzisiaj jest po prostu dzisiaj. Są wakacje i jedyną wartością, jaką mam pod ręką, nie są ani pieniądze, bom jest biedny jeszcze-nie-student, a jak wiedzą wszyscy, ta grupa społeczna kasą nie szasta, ani wartości intelektualno-duchowo-zmysłowe, bo te się rodzą w wielkich bólach i przeklinają moje lenistwo, lecz czas. I jak ja swój czas dzisiejszy wykorzystałem, czyli – jak to nazywa, skoro ona innych tak skraca u siebie, to i ją skrócę na podobną modłę, K. – pora na życiową notkę (oczywiście wg mnie wszystkie moje notki są niezwykle życiowe, ale niektórzy tego faktu po prostu nie dostrzegają. Wcisnąłbym tu emotkę, ale tak w notce na blogu o profilu – jak to napisałem Rolkowi (a gdy Roluś to przeczytał, to tak się zachwycił, że aż umieścił cytat mój w opisie na gadu-gadu, czyli największy prestiż w dzisiejszych czasach) “nie grafomańskim, a artystyczno awangardowym”).
Dzisiaj napisałem tekst. Pomyślałem, nie chce mi się pisać niczego poważnego, walnę bzdurę na modłę Kinga. Nie zarzucam przy tym niczego Kingowi, chodzi mi o styl jego pisania, w którym od opisywania najbanalniejszego banału potrafi przejść do dowolnej historii z życia bohatera. Zapytałem, w czerwcu bodajże, jedną nauczycielkę z mojej starej szkoły o opinię na temat moich tekstów (jestem strasznie opiniochłonny, taka moja wada). Usłyszałem, żebym zapomniał o tym, co pisałem dotychczas i szukać czegoś nowego. Eksperymentować. Owszem, jestem opiniochłonny, ale różnie jest ze stosowaniem się do nich czy do rad. To jest coś w stylu – przytaknę, bo w sumie racja, ale później nie za bardzo chce się robić tak, jak rada zaleca. Dla przykładu – dwa lata temu usłyszałem, żeby przez jakiś czas zająć się realizmem, przejrzystością, przezroczystością tekstu i podobnymi bzdurami. Efekt – napisałem jedno opowiadanie w tym stylu, w międzyczasie cały czas poruszając się po swoim poletku. W każdym razie eksperymentowanie brzmi ciekawiej od realizmu i stąd sięgam po nowe rzeczy chętniej niż kiedyś. Stąd chociażby wpis Kontakt, z którego notabene jestem bardzo zadowolony, choć muszę przyznać – szanowny wordpress się do takich rzeczy nie nadaje. W ogóle szanowny wordpress przejawia ostatnio wielką aktywność w dziedzinie irytowania użytkowników. W ramach eksperymentu padło na Kinga, bo z takim podejściem można napisać sporo, nie mając właściwie żadnego pomysłu. Tylko tworzyć ciągi skojarzeń i patrzeć, dokąd wyobraźnia zaprowadzi, a póki jest wyobraźnia, potąd tekstu nie zabraknie. Koleś kupujący płyn do mycia podłóg w markecie zajmuje się tym przez ponad sześć stron. Odręcznie, w zeszycie, więc pewnie wszystko zmieści się na jednej stronie w wordzie, więc tu już tak pokaźnie nie wygląda, ale pisało się naprawdę przyjemnie i szybko – przeskakując z jednego ogniwa skojarzenia na drugie. Na początku myślałem, żeby wrzucić to na bloga, lecz po chwili uznałem, że lepiej będzie zrobić z tego większe odpowiadanie – będę miał przynajmniej konstruktywne zajęcie na dłuższy czas – a na blogu nie będzie omawianego tekstu, ale będzie omawianie tekstu.
To był rowerowy tydzień, o ile oczywiście jako tydzień uznamy trzy dni: od poniedziałku do środy. Jednak nawet umieszczając to jeżdżenie na tle ogólnego mojego jeżdżenia, to ten tydzień (nawet, gdybym do jego końca nie dotknął tyłkiem siodełka) prezentowałby się bardzo dobrze. W poniedziałek pojechałem z Bartkiem do muzyka, ale oczywiście, bo jak od dwóch tygodni planujesz, że coś zrobisz i w końcu to robisz, to nie wychodzi tak, jak miało wyjść, sekretariat był zamknięty, więc we wtorek także pojechałem z Bartkiem do muzyka, a żeby nie nużyć się tą samą trasą, to pozwiedzaliśmy trochę miasta. Zajrzałem nawet do sklepu muzycznego, żeby kupić sobie kabel do efektu, który mam od ponad pół roku, a z którego nie mogłem korzystać z powodu braku owego kabla. Dowiedziałem się ceny, która przekraczała moje fundusze noszone przy sobie, więc kupno przełożyłem na inny dzień – w domyśle dzisiaj – ale w praktyce tak różowo być nie musi. Możliwe, że jutro, tyle że jutro też istnieje kolejne jutro, a w kolejnym jutrze jeszcze następne i tak dalej, aż do nieskończoność+jutro. Dlatego tak mnie urzekł wstęp do Kartoteki Rozrzuconej Różewicza, mówiący jutro się zmienię. Jest tak niesamowicie okrutny i pokazujący beznadziejność starań człowieka do zrobienia czegokolwiek, ponieważ utknięcie w schemacie i nawykach ciągnie się nieustannie, a jutro, kiedy coś ma się stać, coś ma się wydarzyć, zmienić, jest zwyczajnie nieosiągalne. Bo to jest jutro. Wczoraj sekretariat był otwarty i dostałem garść rad, ogólnie mówiących, że batalia nad PSMem jeszcze nie skończona. Właściwie batalia pod psem, tak jakoś bardziej odpowiednio brzmi. Ten dramatyzm, wiecie, musi mieć odpowiednią nazwą nad sobą, równie dramatyczną jak on sam. Dzisiejszy roweryzm był iście punktem kulminacyjnym. Same atrakcje. Najpierw cud nad białką: zmieniałem z trzy razy przerzutkę i ani razu nie spadł mi łańcuch! Tak, to jest coś, jak pisał pewien poeta, Tak, to jest coś. Ale za to inny łańcuch, którym przywiązuję rower, też nie spadł i musiałem go przepiłowywać. Mój dwukołowy środek lokomocji wygląda nieco antycznie, jeśli ktoś patrzy nieuważnie i zwraca uwagę tylko na powierzchnię, nie dostrzegając jego prawdziwej głębi, dlatego też uznawałem, że plastykowy twór do obwijania roweru wyglądałby aż nazbyt nowocześnie, niesmacznie; postmodernistycznie, ale nie zawsze postmodernizm jest smaczny. Tak sobie myślę, że taki rower mógłbym postawić w muzeum i brać kasę za “artystyczną awangardową” wystawę. Wtedy jednak nie mógłbym jeździć na nim, wszak obiekt muzealny musi stać grzecznie w muzeum, więc zrezygnowałem z nowoczesnych plastykowych ustrojstw i zabezpieczam go łańcuchem. Z kłódką.
A kluczyki się czasem łamią.