Ptaki sobota, sie 29 2009 

Życie jest ciekawe. Ale zanim się to zobaczy, trzeba zrobić jedną rzecz, i to nie tyle ile “zrobić”, ale “praktykować”, “trwać”, kontynuować i siłować się ze wszystkimi siłami o przeciwnym zwrocie. Życie jest ciekawe. Ale najpierw trzeba żyć. Wypełznąć ze swojej nory, zburzyć swoje prywatne, ciepłe więzienie, otworzyć szeroko oczy i uszy. Przestać wegetować, pożegnać się ze swoją apatią. Może brzmię teraz skrajnie optymistycznie, mówiąc de facto coś w stylu, że świat jest twój, tylko sięgnij ręką, tylko rozczapierz palce i chciej, a się stanie. Chciej, a się stanie. Bóg rzekł i się stało. My niestety tak różowo nie mamy.

SKRZYDŁA

Siedzieliśmy w Hortexowym coctail barze przy Składowskiej. Miałem bardziej strategicznie usytuowane krzesło, widziałem to, co wtedy trzeba było widzieć. Jedliśmy naleśniki z jabłkami, które sprzedawane były jedynie w parach, podobnie jak ich bracia wypełnieni serem; każde z nas wzięło po dwa, ja dziabdziałem swoje – jak ten niepozorny posiłek okazywał się być sycący! – popijając gęstym truskawkowym koktajlem i podczas luźnej rozmowy obserwowałem wnętrze lokalu, dzięki czemu widziałem dobrze, gdy pewien facet pod krawatem udał, że chce coś kopnąć – może rzeczywiście to zrobił, może jego ruch spowodował tylko panikę w małym ptasim móżdżku, to nie istotne, czym właściwie była przyczyna, gołąb z rozpędem wleciał do środka i zataczając łuk dla nabrania większej prędkości przeleciał nad stolikami i z impetem zderzył się z szybą, którą nieopacznie przyjął za drogę ucieczki. Opadł, wzleciał, zakręcił się i uderzył w kolejne okno. Ludzie zaczynają przeganiać ptaka we właściwą stronę, ale ten, coraz bardziej zastraszony i otumaniony kilkakrotnymi zderzeniami z twardą bądź co bądź powierzchnią, wciąż latał swe masochistyczne kółka. W końcu doleciał do drzwi, ale miast przelecieć przez nie, próbował usiąść na framudze niby na żerdzi, co wyglądało doprawdy komicznie. Chwytał pazurkami drewniany fragment, przechylał się do przodu, by złapać równowagę i nagle natrafiał na niewidzialną ścianę, która go odpychała i nie dawała mu spokoju. Opadł i wyleciał na zewnątrz. To wszystko trwało raptem minutę.

Widziałem potem, gdy zamierzaliśmy już wychodzić, jak gołąb, nie wiem, czy ten sam, czy inny, swym dystyngowanym krokiem przekraczał próg coctail baru, zatrzymywał się, cofał, następnie wracał, jakby nie mogąc się zdecydować, czy obiad zje w tym, czy może w innym miejscu. Najwyraźniej konkurencja miała lepszą ofertę, ponieważ odwrócił się i odleciał.

Potem widziałem jeszcze kicające wróbelki, maleńkie w porównaniu do reszty ptasiego pospólstwa zamieszkującego moje piękne miasto; więcej gołębi, żywiących się okruchami rozsypanymi przy ławce na przystanku i nie bojących się wcale ludzi, chodziły i skubały chodnik tuż przy stopach, do czasu, kiedy nie pojawił się starszy pan i nie odgonił ich ruchem nogi, który następnie usiadł i rozmarzonym wzrokiem podpisanym uśmieszkiem obserwował odlatujące stworzenia.

DWUNOŻNI WYPROSTOWANI

Byłem w sklepie po bilety, bo aby dostać się na Węglową trzeba przemierzyć całe miasto, jadąc dwoma autobusami; ostatnio obcinałem koszta przez rezygnację z drugiego z nich na rzecz dwudziestominutowego spaceru po rozkopanych – i tym samym nadzwyczaj piaszczystych – chodnikach. Już wcześniej zauważyłem, że w takich ośrodkach spotkań ludzi z osiedla, jakim jest niezaprzeczalnie wciśnięty w blok mały sklepik, nietrudno o zauważenie ciekawych sytuacji bądź osobliwych ludzi. Przykładowo ja sam, nie wiem z jakiego powodu, zapewne nie było żadnego oprócz mojego kaprysu i przygodnej fanaberii, przez kilka dni robiłem zakupy nie wypowiadając żadnego słowa; wyobrażałem sobie, że jestem niemy albo że nie znam żadnego ze słów, którymi posługują się wszyscy dookoła. Brałem to, co potrzebowałem, kładłem na blat, słyszałem koszt, wyjmowałem pieniądze, płaciłem i wychodziłem. Skończyło się to dość szybko, kiedy przyszedłem po chleb, a po który musiałem poprosić dziewczynę za kasą. Oczywiście, mogłem na upartego wskazać palcem i dalej grać w swoim teatrzyku, ale uznałem to za nazbyt męczące, nie uważałem za sensowne angażowanie się w swoje wymysły. Dzisiaj przede mną stały dwie osoby: mężczyzna młody i mężczyzna stary. Młody mocarz męczył się z źle nakręconą nakrętką od wódki i przyszedł wymienić butelki. Po otrzymaniu zamiany poradzono mu, by na wszelki wypadek spróbował otworzyć na miejscu. Chwilę się siłował; w końcu otworzył i płacąc mówił, że nakrętka zeskoczyła i obawiał się, że sytuacja się powtórzy. Ale nie. Na szczęście wódka jest, wieczór uratowany.

Na początku wydawało m się, że stary mężczyzna patrzy na młodego ze zgorszeniem; jednak okazało się to złudą, jedyne, co mógł stary czuć, to sentyment, że kiedyś też tak mógł, teraz jednak musiał zadowolić się  – w przeciwieństwie do młodego, który opuścił sklep z litrową butlą – małą buteleczką, która skojarzyła mi się z sytuacją, kiedy to posłany zostałem do monopolowego po jajka, bo tam ponoć najlepsze, i gdy odbierałem reklamówkę, usłyszałem żądanie następnego klienta, który prosił o “żuberka za siedem” i nie wiem dlaczego, ale te słowa zapadły mi w pamięć, być może z powodu żuberka, może z powodu siódemki – jak mniemam, to – za całokształt. I stary mężczyzna odszedł ze swoją maleńką buteleczką, ja zaś kupiłem bilety; przez myśl mi przeszło, żeby kupić przynajmniej piwo, bo inaczej nie wypada.

Po drodze, siedząc przy oknie w autobusie, trzymając w dłoni odtwarzacz mp3 na wysokości brody i ujmując w wymyślny sposób kabelki od słuchawek – w innym zestawieniu nie działały – więc wędrowałem po mieście z uniesioną do góry ręką, dostrzegłem motocyklistę, który wpisywał się idealnie w tonację tego wieczoru – siedział na motorze i chował sporą butelkę wewnątrz skurzanej kurtki. Zapewne uśmiechnąłem się do siebie; sam już nie pamiętam.

Ludzie bynajmniej nie są jednostronni, dzień nie był taki tym bardziej, było znacznie więcej rzeczy innych niż ptaki i pijący,  rzeczy ciekawszych, przyjemniejszych, bardziej zajmujących i istotnych, jednak te dwa pojawiły się w unikalnych grupach, zestawach, kolekcjach; katalogach, których nie mogłem pominąć.

*

Sporo biegałem tego dnia. Najpierw, kiedy skracając sobie czas podróży do oczekującej mnie osoby biegłem przez parki, chodniki i ścieżki rowerowe (na których udawałem, że biegam ot tak sobie, poklaskując sandałami, dla sportu, zdrowie, dla joggingu samego w sobie). Osoba owa mówiła, że zaczeka, ale co z tego. Potem, wieczorem, wracając z Węglowej, oszczędzając na biletach szedłem kawałek, dalszy kawałek biegłem, bo nie sądzę, czy kierowca ostatniej 20 też by zaczekał.

Przybyłem na przystanek, czekałem. Potem wsiadłem i ściskając w pięści kamień, nie zielony jak z piosenki, lecz szary jak ja, wróciłem do domu.

Kamyk (1) sobota, sie 22 2009 

Napisałem; potem kasuję to, co napisałem, wracam słowo po słowie do początku, co jest nieco dziwne, szczególnie, że poprzednie słowa były na temat, zaś to, co powstaje teraz zupełnie się z nim mija, a wziąwszy pod uwagę to, iż ostatnimi dniami, które razem tworzą imponującą liczbę około dwóch i pół lat, pragnę podskórnie i pragnę opornie, nastrajam rozstrajającą się wciąż wyobraźnię, łapię wyrazy i zdania myśli, by wydostały się ze swojej niematerialnej powłoki i przeistoczyły się w konkretne szlaczki na kartce czy litery na ekranie; dążę do tematu, dążę do ścisłości, która cały czas mi się wymyka.

Piątek. Postanawiam pójść na Węglową, zwaną przez wielu “węglówką”, co – jak słyszałem – rozsierdza właściciela. Przywdziewam szaty wolontariusza; nie z pomocnego serca, nie z chęci wzniesienia świątyni, w której sam bym się mógł kisić w kolejnych miesiącach, nawet nie po to, by zostawić ślad po sobie, indywidualny trop, odcisk mej duszy wśród setek innych indywidualnych tropów, odcisków ludzkich dusz. Nie było to pomocne serce, bo takiego nie mam, moje jest gnuśne, egocentryczne i stabilne jak ruchome piaski. Rozwojowi tego miejsca przyglądać się będę z sympatią, ale sam nie będę korzystał z jego dobrodziejstw, bo niedługo opuszczę już to miasto… Nie pojechałem na Węglową też by zostawić część siebie. Swój podpis na drzwiach złożyłem w niedzielę, podczas inauguracyjnego koncertu, gdy gwiazdami wieczoru był białoruski Nagual. Nie, po prostu się nudziłem; chciałem spędzić czas inaczej niż na chimerycznym dążeniu do czegokolwiek.

Wyjazd z Białegostoku dociera to do mnie nagłymi zrywami świadomości, każdy od poprzedniego jest brutalniejszy. Wymarzone nowe życie wyścieła swoje wejście czerwonym dywanem wykonanym ze skrawków przeszłości; tonę w nostalgii, tonę jak nigdy wcześniej. Wspominam, myślę, śnię sny doprawdy cudaczne; we wszystkim odnajduję echa przeszłości. Wczoraj widziałem zdjęcie satelitarne mojej okolicy, na początku nawet jej nie rozpoznałem – była obskurna i brzydka, kojarzyła mi się z kopalnią na Śląsku, wykopki, wyjeżdżone trasy, dookoła błoto i brud, szare plamy baraków. Było dużo bieli pozbawionej czystości, skalanej, bardziej odrażającej od pasm brązu. Zima sprzed kilku lat: zamiast wielkiej hali, którą zobaczyłbym na nowszej fotografii widziałem siatkę wydeptanych ścieżek, trasy do cioci, do znajomych rodziców, do biblioteki, szlaki ludzi z psami, szlaki osiedlowych pijaczków do monopolowego i do pobliskich melin. Nigdy ich nie brakowało, chociaż zimą chłód gnał ich do zamkniętych pomieszczeń; za to latem odbywały się całodniowe sjesty w krzakach i wędrówki niepewnym krokiem, które wywoływały zgorszony śmiech mieszkańców. Pamiętam, że swego czasu postawiono na łąkach duży śmietnik bez górnej części, cały czas wypełniony rupieciami, które zimą przykrywane były grubą warstwą śniegu. Przechodziłem wielokrotnie obok niego zastanawiając się, po co ktoś go tu postawił. Całe łąki, rzecz jasna za wyjątkiem brunatnych ścieżek, porastały kępy chwastów, latem bujnych i wysokich jak człowiek, natomiast w porze, kiedy robione było zdjęcie, były to gołe badyle, porozstawiane małymi grupkami po zaśnieżonych miejscach. Duży kościół, którego czerwień zdawała się przyblakła, szare ulice. Przyzwyczajam oczy do zdjęcia, rozpoznaję coraz więcej szczegółów, które mój umysł na bieżąco łączy ze wspomnieniami. Ale nie tylko rzeczy związane z przeszłością przypominają mi o tym, co już minęło, lecz wszystko, co odbieram, wywołuje bodźce pełne tęsknoty i nostalgii; to jak człowiek, czekający po długiej zimie wiosny, w każdym dźwięku słyszy pierwszy śpiew ptaków, pod każdym kamieniem widzi zieleniejącą się trawę.

Węglowa to stare magazyny. Duży, murowany budynek, jeszcze niedawno cichy, pusty i otoczony kordonami chwastów. Kraty, metalowe drzwi; niedostępny i obcy. Z naprzeciwka dobiega zgiełk skateparku. Pierwszy koncert był zorganizowany w sali na końcu budynku; muzycy grali stojąc na drewnianych paletach ułożonych w rogu, dookoła przemysłowa, pusta biel, jednolite ściany, sufity, kolumny, podłogi. W paru miejscach odpadał tynk. Publiczność siadała albo na przyniesionych przez siebie krzesełkach albo bezpośrednio na betonie – ja tak zrobiłem; taszczenie stołka przez całe miasto nie brzmiało dla mnie zbyt przyjemnie. Pod sufitem zawieszone lampy – jedyny akcent normalności w tym miejscu. Z tyłu pomieszczenia ktoś robił zdjęcia, grupy ludzi pojawiały się w różnych miejscach przestronnego budynku. Na zewnątrz – zimne i ciężkie metalowe drzwi, o podpisanie się na których wszyscy byli proszeni – i prowizoryczne schody zrobione z palet (na samym dole cała, na niej była kolejna z uciętą czwartą częścią, następne na tej samej zasadzie).

Publiczność niejednorodna. Różni ich wiek, wygląd, zainteresowania, różni ich nawet cel przybycia na to miejsce, ale nieważne, tym, co ich łączy jest to, że są tutaj, tego dnia. Dziecko, mające na oko trzy lata, kroczące przed sceną, chłopczyk, kilka lat starszy, dźwigający wielki aparat i robiący zdjęcia, ludzie siedzący, ludzie stojący, ludzie piszący na drzwiach “szczęście” i ludzie dopisujący “tego nie ma”; ludzie pchani ciekawością, chęcią zobaczenia znajomych, nudą. Parę osób rozpaliło ognisko za magazynami, pielęgnowane raczej starannie, ponieważ rozpalono je przed rozpoczęciem koncertu, a płonęło jeszcze, kiedy publiczność zaczynała już się rozchodzić. Jeden chłopak, z bandaną na głowie i uśmiechem na ustach, po nader grzecznym przywitaniu się (noga za nogę, lekkie ugięcie, skłonienie głowy), mówi, że nie chce, żeby było pogo i pyta czy jest. Odpowiadam, że nie. Uspokojony, zadaje kolejne dwa pytania, czy sprawdzają przy wejściu i czy można sączyć.

Potem wszedłem do środka i usiadłem po turecku na betonie; złożyłem dłonie pod brodę i przypatrując temu, co działo się na scenie, wsłuchiwałem się muzyce.

. czwartek, sie 20 2009 

Z doświadczenia wiem, że doświadczenia lubują się w zatracaniu samych siebie i zapominaniu zawartego w nich świadectwa, tak że człowiek z tak wypranymi wspomnieniami nadal będzie wpadał w ten sam dół i zderzał się z tą samą przeszkodą, którymi mogą być zdarzenia, zachowania, ludzie, włącznie z samą zainteresowaną personą.
Ludzka dusza zdaje się być otchłanią – ale powstaje pytanie – czy dlatego, że naprawdę jest bezdenna, czy może dlatego, że za każdym razem po zdobyciu pewnego doświadczenia wracamy do punktu wyjścia i zaczynamy eksplorację od początku, jakby to, co jest w nas broniło się przed nami, nakładało barwy ochronne, straszyło – nie uciekało, lecz skłaniało do ucieczki poszukującego, przeszkadzało nam na każdym kroku w wędrówce, której celem jest jej zbadanie, blokując nam przejście i utrudniając nam drogę. Cały czas trzeba być świadomym, podszczypywać własną uwagę, by nie usnęła i nie straciła kontroli, by nie doprowadziła do tej samej, tradycyjnej, klęski, po której człowiek wstaje, otrzepuje proch z kolan i deklamuje, iż już nigdy komuś nie zaufa, że będzie pamiętał o tym, co się stało, powie oskarżycielko: “na nim nie można polegać!” lub przez łzy suche jak sumienie, które wytarte do cna nie nadaje się już do niczego, jego rolę zaś przejął umysł, szturchając resztę co jakiś czas (to już za dużo, nie wypada), zagrzmi, że już nigdy więcej tego nie zrobi. Miliony “tego”, miliony “tych”, miliony “kogoś”.
Póki nieświadomość nie przychodzi swobodnym krokiem, póki jeszcze nie wyśpiewuje słodko swojej piosenki, szarmancko zakrywając dłonią w rękawiczce oczu, to trwa. Ale ta zawsze się pojawia i robi to, co do niej należy, burząc jakąkolwiek wartość zapewnień.
Czasem, przewrotnie, zostawia jedną myśl, jedną urazę, która napełniwszy się siłą uraz wymarłych pęcznieje, gotując się i buchając wewnątrz życia obleczonego w skórę; całokształt staje się daleko bardziej nieznośny.

Rynek Kościuszki piątek, sie 7 2009 

Nie wiem dlaczego, ale okolice centrum Białegostoku zawsze przyprawiały mnie o pewien niepokój. Nie samo centrum, ale jego okolice, zarówno obrzeża, jak i wewnętrzne wypustki pomiędzy głównymi ulicami. Tak samo, jak nie mogę wykazać przyczyny tego uczucia, nie mogę również określić jego charakteru. Nie jest to żadnego rodzaju lęk ani niechęć. Dziwne wrażenie kontrastu, styku wiadomego z niewiadomym, granicy powszechnego z prywatnym. Echa zgiełku między przytłumionymi kwadratami bloków.
Siedzę za ratuszem, naprzeciwko mnie widzę zielony szyld „Esperanto cafe”. Wokół napisu prosty zawijas, kojarzący się bardziej z Zorbą niż z Zamenhoffem. W ogródkach, pod beżowymi parasolami z logiem Żubra, siedzi kilka osób. Nie ma tłumów, tak z resztą jak na całym rynku, ale właściciele lokalu nie mogą narzekać na brak klientów. Tylko dwa stoliki nie są zajęte.
Ciekawa sprawa z parasolami – w każdym ogródku przy restauracji czy kawiarni znajduje się parę – wszystkie z nich mają tą samą, podobną do koloru ścian ratusza, beżową barwę. Różnią się tylko umieszczonym na nich logami – oprócz Żubra na placu uświadczyć można jeszcze Żywca, Heinekena, Pilsnera. Lecha nie ma, pusta i porzucona zielona butelka leży na chodniku między blokami, kilkadziesiąt metrów dalej.
Nasz klasowy, chyba już też i ogólnie białostocki, celebrity gra we frisbee na placyku rozciągającym się przede mną. Nie poznałem go, dopóki sam do mnie nie podszedł i się przywitał; siedziałem i pisałem zapatrzony w zeszyt. Planowałem napisać o chłopakach – jeden w zielonej, drugi w fioletowej czapce, rzucających dwudziestopierwszowieczną wersją dysku – później, ale życie mało kiedy respektuje nasze plany.
Za drzewem, zabudowanym betonowymi płytami, widzę człowieka grającego na akordeonie. Przeciągłe, ciche dźwięki instrumentu dolatują do mnie poprzez rynek; zdaje się, że tylko ja jeden zwracam uwagę na tę muzykę. „Esperanto cafe” ma włączone głośno radio, dwie melodie konkurują ze sobą. Jest po trzeciej, ludzie zaczynają napływać. Dzisiaj oficjalne otwarcie rynku – koncerty, zabawy i wiele wspaniałych atrakcji. Mam nadzieję tego uniknąć.
Frisbee szybuje wysoko w powietrzu, rynek przeszywają na ukos zagraniczni turyści, dwaj rowerzyści przejeżdżają obok – są ubrani w obcisłe gatki i koszulki – tak jak kolarze na Tour de Pologne, który miał miejsce kilka dni temu. Para staruszek przechodzi obok mojej ławki, jedna z nich mówi, że będzie słońce. Dźwięki akordeonu próbują przebić przestrzeń.
Szedłem tutaj mniej popularną trasą – przez okolice centrum, omijając, kiedy tylko mogłem, główne ulice. Musiałem odwiedzić jeden z rozlicznych urzędów miasta poukrywanych w Białymstoku. Ten – w przeciwieństwie do znanej mi reszty: wielkich, okazałych budowli – mieścił się w bloku leżącym w jednej z takich wypustek, przy ulicy wypływającej z Lipowej, przecinającej Aleję Piłsudskiego i ciągnącej się dalej, mimo to pustej i ciężko dostępnej. Obok czerwonej, urzędowej tablicy informacja: „Wejście od ulicy Częstochowskiej”, obok czarna brama wbudowana w tunel w budynku.
Po załatwieniu swoich spraw zastanawiałem się, czy nie wracać od razu do domu, uznałem jednak, że warto by pójść na rynek i zobaczyć, co się tam wyprawia. Przechodziłem przez wymarłe rejony pomiędzy rozkwitającymi ulicami centrum. Tynk sypie się z dawno nie odnawianych budynków, ściśnięte bloki, pomiędzy nimi wąskie uliczki i chodniki, na których nie widzę wiele osób. Staruszek pochylony w cieniu nad czarną walizeczką przeciera mokre od potu czoło, paru śmieciarzy wjeżdżających śmieciarką przez ciasną bramkę, kobietę, która maszeruje szybkim krokiem.
Słyszę dialog za sobą. Chłopak, na oko nieco ponad dziesięć lat, siedzący okrakiem na rowerze i kobieta; być może syn i matka. Kłócą się o rower. Padają osoby (ojciec pozwolił), godziny (do 18 zdążysz).
-Kto ci pozwolił?
-Ty.
-Nie pozwoliłam, ja za niego płacić nie będę.
-Kiedy Przemek przyszedł i zapytał, czy możemy wyjść na rowery… a ja przecież za nim biegać nie będę…
-Zamknij gębę.
Opuszczam okolicę beżowych parasoli. Radio w esperanckiej knajpce przemogło akordeonistę, który nadal stoi, grając głuche dźwięki. Po drugiej stronie ratusza, za fontanną szerokim przejściem dla pieszych, stojący na cokole Piłsudski zadumanym wzrokiem obserwuje wystawę fotografii. Po podestach wokoło marszałka skaczą skejci, niektórym nawet co nieco z tego wychodzi. Obok jest przykościelne kino Ton. Na froncie wisi plakat filmu „Popiełuszko”. Postawa głównego aktora wygląda jak na wyciętą z katalogu z modą, brakuje tylko napisów po bokach: „szalik zimowy” – i cena, „płaszcz męski” – i cena, i tak dalej. U modela niezwykle tępy wyraz twarzy. W kinach od 27 lutego. Jest 7 sierpień. Długo się trzyma.
Pod Farą (teraz remontowaną), za szeregiem fotografii – znalazłem tam jedną cudowną, przedstawiającą budynek z takiej perspektywy, że wyglądał on abstrakcyjnie, pozbawiony kątów i racjonalnych linii, podstawy, ścian czy stron, a równocześnie sprawiał wrażenie kunsztownego i historycznego, ze swoimi murami ułożonymi ze starych cegieł, słońcem odbijającym się od wiekowych powierzchni; zdjęcie niestety było pozbawione podpisu – leży sporych rozmiarów mapa świata, po której można chodzić, bez butów wstęp wolny. Niezwykła gratka dla podróżników amatorów. Jakiś mężczyzna w średnim wieku z brzuszkiem stoi na oceanie atlantyckim i dzwoni przez telefon. Zgaduję, że mówi: -Kochanie, zgadnij, gdzie jestem?
Na białostockim rynku, a cały świat leży u mych stóp.