Życie jest ciekawe. Ale zanim się to zobaczy, trzeba zrobić jedną rzecz, i to nie tyle ile “zrobić”, ale “praktykować”, “trwać”, kontynuować i siłować się ze wszystkimi siłami o przeciwnym zwrocie. Życie jest ciekawe. Ale najpierw trzeba żyć. Wypełznąć ze swojej nory, zburzyć swoje prywatne, ciepłe więzienie, otworzyć szeroko oczy i uszy. Przestać wegetować, pożegnać się ze swoją apatią. Może brzmię teraz skrajnie optymistycznie, mówiąc de facto coś w stylu, że świat jest twój, tylko sięgnij ręką, tylko rozczapierz palce i chciej, a się stanie. Chciej, a się stanie. Bóg rzekł i się stało. My niestety tak różowo nie mamy.
SKRZYDŁA
Siedzieliśmy w Hortexowym coctail barze przy Składowskiej. Miałem bardziej strategicznie usytuowane krzesło, widziałem to, co wtedy trzeba było widzieć. Jedliśmy naleśniki z jabłkami, które sprzedawane były jedynie w parach, podobnie jak ich bracia wypełnieni serem; każde z nas wzięło po dwa, ja dziabdziałem swoje – jak ten niepozorny posiłek okazywał się być sycący! – popijając gęstym truskawkowym koktajlem i podczas luźnej rozmowy obserwowałem wnętrze lokalu, dzięki czemu widziałem dobrze, gdy pewien facet pod krawatem udał, że chce coś kopnąć – może rzeczywiście to zrobił, może jego ruch spowodował tylko panikę w małym ptasim móżdżku, to nie istotne, czym właściwie była przyczyna, gołąb z rozpędem wleciał do środka i zataczając łuk dla nabrania większej prędkości przeleciał nad stolikami i z impetem zderzył się z szybą, którą nieopacznie przyjął za drogę ucieczki. Opadł, wzleciał, zakręcił się i uderzył w kolejne okno. Ludzie zaczynają przeganiać ptaka we właściwą stronę, ale ten, coraz bardziej zastraszony i otumaniony kilkakrotnymi zderzeniami z twardą bądź co bądź powierzchnią, wciąż latał swe masochistyczne kółka. W końcu doleciał do drzwi, ale miast przelecieć przez nie, próbował usiąść na framudze niby na żerdzi, co wyglądało doprawdy komicznie. Chwytał pazurkami drewniany fragment, przechylał się do przodu, by złapać równowagę i nagle natrafiał na niewidzialną ścianę, która go odpychała i nie dawała mu spokoju. Opadł i wyleciał na zewnątrz. To wszystko trwało raptem minutę.
Widziałem potem, gdy zamierzaliśmy już wychodzić, jak gołąb, nie wiem, czy ten sam, czy inny, swym dystyngowanym krokiem przekraczał próg coctail baru, zatrzymywał się, cofał, następnie wracał, jakby nie mogąc się zdecydować, czy obiad zje w tym, czy może w innym miejscu. Najwyraźniej konkurencja miała lepszą ofertę, ponieważ odwrócił się i odleciał.
Potem widziałem jeszcze kicające wróbelki, maleńkie w porównaniu do reszty ptasiego pospólstwa zamieszkującego moje piękne miasto; więcej gołębi, żywiących się okruchami rozsypanymi przy ławce na przystanku i nie bojących się wcale ludzi, chodziły i skubały chodnik tuż przy stopach, do czasu, kiedy nie pojawił się starszy pan i nie odgonił ich ruchem nogi, który następnie usiadł i rozmarzonym wzrokiem podpisanym uśmieszkiem obserwował odlatujące stworzenia.
DWUNOŻNI WYPROSTOWANI
Byłem w sklepie po bilety, bo aby dostać się na Węglową trzeba przemierzyć całe miasto, jadąc dwoma autobusami; ostatnio obcinałem koszta przez rezygnację z drugiego z nich na rzecz dwudziestominutowego spaceru po rozkopanych – i tym samym nadzwyczaj piaszczystych – chodnikach. Już wcześniej zauważyłem, że w takich ośrodkach spotkań ludzi z osiedla, jakim jest niezaprzeczalnie wciśnięty w blok mały sklepik, nietrudno o zauważenie ciekawych sytuacji bądź osobliwych ludzi. Przykładowo ja sam, nie wiem z jakiego powodu, zapewne nie było żadnego oprócz mojego kaprysu i przygodnej fanaberii, przez kilka dni robiłem zakupy nie wypowiadając żadnego słowa; wyobrażałem sobie, że jestem niemy albo że nie znam żadnego ze słów, którymi posługują się wszyscy dookoła. Brałem to, co potrzebowałem, kładłem na blat, słyszałem koszt, wyjmowałem pieniądze, płaciłem i wychodziłem. Skończyło się to dość szybko, kiedy przyszedłem po chleb, a po który musiałem poprosić dziewczynę za kasą. Oczywiście, mogłem na upartego wskazać palcem i dalej grać w swoim teatrzyku, ale uznałem to za nazbyt męczące, nie uważałem za sensowne angażowanie się w swoje wymysły. Dzisiaj przede mną stały dwie osoby: mężczyzna młody i mężczyzna stary. Młody mocarz męczył się z źle nakręconą nakrętką od wódki i przyszedł wymienić butelki. Po otrzymaniu zamiany poradzono mu, by na wszelki wypadek spróbował otworzyć na miejscu. Chwilę się siłował; w końcu otworzył i płacąc mówił, że nakrętka zeskoczyła i obawiał się, że sytuacja się powtórzy. Ale nie. Na szczęście wódka jest, wieczór uratowany.
Na początku wydawało m się, że stary mężczyzna patrzy na młodego ze zgorszeniem; jednak okazało się to złudą, jedyne, co mógł stary czuć, to sentyment, że kiedyś też tak mógł, teraz jednak musiał zadowolić się – w przeciwieństwie do młodego, który opuścił sklep z litrową butlą – małą buteleczką, która skojarzyła mi się z sytuacją, kiedy to posłany zostałem do monopolowego po jajka, bo tam ponoć najlepsze, i gdy odbierałem reklamówkę, usłyszałem żądanie następnego klienta, który prosił o “żuberka za siedem” i nie wiem dlaczego, ale te słowa zapadły mi w pamięć, być może z powodu żuberka, może z powodu siódemki – jak mniemam, to – za całokształt. I stary mężczyzna odszedł ze swoją maleńką buteleczką, ja zaś kupiłem bilety; przez myśl mi przeszło, żeby kupić przynajmniej piwo, bo inaczej nie wypada.
Po drodze, siedząc przy oknie w autobusie, trzymając w dłoni odtwarzacz mp3 na wysokości brody i ujmując w wymyślny sposób kabelki od słuchawek – w innym zestawieniu nie działały – więc wędrowałem po mieście z uniesioną do góry ręką, dostrzegłem motocyklistę, który wpisywał się idealnie w tonację tego wieczoru – siedział na motorze i chował sporą butelkę wewnątrz skurzanej kurtki. Zapewne uśmiechnąłem się do siebie; sam już nie pamiętam.
Ludzie bynajmniej nie są jednostronni, dzień nie był taki tym bardziej, było znacznie więcej rzeczy innych niż ptaki i pijący, rzeczy ciekawszych, przyjemniejszych, bardziej zajmujących i istotnych, jednak te dwa pojawiły się w unikalnych grupach, zestawach, kolekcjach; katalogach, których nie mogłem pominąć.
*
Sporo biegałem tego dnia. Najpierw, kiedy skracając sobie czas podróży do oczekującej mnie osoby biegłem przez parki, chodniki i ścieżki rowerowe (na których udawałem, że biegam ot tak sobie, poklaskując sandałami, dla sportu, zdrowie, dla joggingu samego w sobie). Osoba owa mówiła, że zaczeka, ale co z tego. Potem, wieczorem, wracając z Węglowej, oszczędzając na biletach szedłem kawałek, dalszy kawałek biegłem, bo nie sądzę, czy kierowca ostatniej 20 też by zaczekał.
Przybyłem na przystanek, czekałem. Potem wsiadłem i ściskając w pięści kamień, nie zielony jak z piosenki, lecz szary jak ja, wróciłem do domu.