Rozłażanie wtorek, wrz 29 2009 

Przeszło mi przez głowę, czy nie poudawać przedawkowanego Joycem i ostatnim rozdziałem Ulissesa człowieka i nie napisać tego tu w bezkropkowanej formie. Powiedzieć wyraźne „nie” dla znaków interpunkcyjnych. Ale ani nie byłoby to szczere, ani nie byłoby to oryginalne, ani nie byłoby to czytelne, ani nie byłoby to mocne, bo monolog Molly Penelopy Bloom mało co przebije. Nie napiszę, że nie przebije tego nic, bo często ideą główną artyzmu dni dzisiejszych jest to, aby być bardziej oryginalnym od tego, co było kiedyś. Przebić i skończyć i się zatrzymać, nie mając poza przebijaniem niczego innego do roboty. Głową w mur, aż pęknie, jedno bądź drugie; jeśli runie mur, szukać kolejnego muru. Czasami myślę, że ich celem nie jest pokonanie przeszkody i rozbicie bariery, ale pokonywanie przeszkody i rozbijanie bariery, a gdy te się zużyją polować na następne.
Sam Ulisses – teraz, zostało mi parę stron do końcowego wyrazu, ale mogę się pochwalić, że jestem w trakcie czytania ostatniego zdania, od dwudziestu? trzydziestu stron?, nie mogę jeszcze powiedzieć czegokolwiek konkretnego. Dlatego pewnie na myśl przyszedł mi bezkropkowany strumień świadomości, mało treściwy, nie dotykający czegoś wprost, rozlany i rozbebeszony. Rzucić jedno słowo, otulić setkami cieniami słów, bez znaczenia, bez treści. Brak zdecydowania i brak opinii. Z jednej strony – dzieło, z drugiej strony – precyzyjne grafomaństwo.
To było wcześniej, planowałem wydać to, hi hi, wczoraj, jednakże tak się niefortunnie złożyło, że przeszkodziły temu zdarzeniu złośliwe przebiegłe intrygi zdradzieckiego losu, ha ha, po prostu mi się nie chciało, piszę dzisiaj z nadzieją, że może dojdę do jakiejś konkluzji. Zmieniło się to, iż skończyłem Ulissesa. Nie zmieniło się to, że zdanie mam o nim jeszcze nie ukształtowane w pełni, może się gdzieś wypełni dopełniając się myślami powstałymi obok tekstu głównego. Skończyłem także wybór z Witkiewicza (S.I.), oddając się lekturze pozostałych mi Szewców. Gombrowicza ledwo napocząłem – 25%, jeden dramat z czterech, jak mi się zdaje, ale nie miałem już kiedy go finiszować, tak więc nie finiszuję. Książki oddałem do biblioteki – hip hip hurra! – nie wypożyczyłem nic i wróciłem bezksiążkowy do domu. Teraz, jak już coś będę czytał, to będzie to dwutomowy słownik angielsko-polski & polsko-angielski Oxfordu. Po drodze spotkałem przemiłego babsztyla chwalącego się przed dyrektorką banku nagraniem z rozmowy między złą złośliwą złowróżebną (i brzydką) pracownicą banku, a jej (przemiłego babsztyla, nie pracownicy) słodkobiednego męża; ale o tym może kiedy indziej.
Jak opanować wszechogarniające uczucie rozłażenia się? Co mogłoby stać się anty-rozłażeniem, syntezą cząsteczek rozanalizowanych i roznegliżowanych, które hopsają sobie z neuronu na neuron, świetnie się przy tym bawiąc. Ja się tak dobrze jak one nie bawię; nie mogę niczego chwycić. Jedno, drugie, idę, zawracam… Stawiam trzy kropki tam, gdzie powinna być kropka.
Nowy rozdział. Życia. Ach, jak to piekielnie dumnie brzmi. Ba bach, nowy rozdział, bohater przenosi się nad inne tło i rozpoczyna Nowość ! Idzie ku Nowości, porzuca Starość, a jednak przez ten chód jego tylko do Starości się zbliża. Nowe, Nowe! krzyczy, a echo mu odpowiada: Stare, Stare! Pewnikiem więc życia zatacza kółko, od prochu do prochu, od ziemi do ziemi, tylko – jak dużo starego będzie w nowym, na ile życie nowe pozostanie starym, czy przypadkiem przebiegły pisarz nie postanowił w kolejnym rozdziale napisać to samo, co było w rozdziale poprzednim, rozpłodzić stron do książki i cały ten szum okazuje się być nic niewartym plympaniem. Tak Jutro się zmienię – ale zmiana musi nastąpić we mnie – … – bo inaczej… – …nawet ja sam mógłbym nie zauważyć – że się zmieniłem (z gorszego na lepsze). Miasto, ludzie, studia – nowe otoczenie nie musi oznaczać, że JA stanę się nowy, że nowy rozdział, hop siup, jak zwał, będzie czymś nowym, a nie powieleniem starego, obłudnym udawaniem kogoś kimś się nie jest. Hydra nakłada kapelusik i udaje, że jest madame.
Przeklęte rozłażenie.
Intrygujące, jak niewiele zostaje w głowie, gdy przychodzi do pisania. Gdzie indziej, myśli płyną, tworzą zdania, gotowe akapity, które wystarczy jedynie przetworzyć, zrobić transkrypcję, kłamliwe tłumaczenie, które kradnie większość tego, co się chciało powiedzieć. Może to, o tamtym, wspomnieć, aluzja, dygresja i się wspinać ku górze, piętrzyć, piętrzyć, piętrzyć i zachwycać, a wszystko takie błyskotliwe. Potem – ach, o czym to ja?
Spakowany, bynajmniej się nie denerwuję. Uczucie tylko (przeklęte rozłażenie!) się podgryza od wewnątrz w kilku miejscach. Słucham Suite Bergamasque Debussego. Kiedyś w kółko. Jak się kończyła, nastawiałem znowu. Jako tło do pisania o Końcu. A teraz, jest ciemno, mnie się rozłażą, i ten cudowny fortepian, każdy dźwięk perfekcyjnie na swoim miejscu, przejmujący obraz, jest tłem, gdy myślę o Początku. Bardziej początku niż o Końcu. Choć jest to celebracja obu, bliżej… dalej… nie wiem sam. Skąd mam wiedzieć, skoro biegnie to równocześnie w obu kierunkach?

Szczęśliwy poniedziałek, wrz 14 2009 

syzyf się nie zatrzymał pchał ile mógł nawet ponad siły
w dół później leciał
cel jego i on
cela jego i on

i choć wiedział, że to na nic, że to go przekracza, że nigdy się nie wybawi, pchał do przodu, pchał i może się łudził, że tym razem, tym szczególnym razem dopchnie do szczytu głaz ciężki jak hades. głos mówił podszepty możliwie najszczerniejsze mu w ucho

i tak nie dasz rady i tak spadnie i tak zleci i tak na nic

co z tego – zdaje się mówić syzyf – skoro tylko to mi pozostało

Współżycie ciał niezależnych. środa, wrz 9 2009 

Schody, parę stopni długich płyt, obok barierka. Josif Wawrzycki przeskoczył je jednym zgrabnym susem i niżej stojąc obejrzał się zasiebie. Idzie, guzdra się jak zawsze. Ile to ja się na nią naczekałem? Ile się jeszcze? Wypuścił powietrze. Barbara podąża za nim, widzi, że czeka, dalej kroczy miarowym krokiem, nie przyśpiesza, niech czeka. Opiera się o barierkę. W sumie dobrze, że wstąpimy do Adama, dawno go nie widzieliśmy. Trzeba dbać o znajomości, a to w sumie równy gość. Równy z ciebie gość, jak mówił Ignacy, zawsze do każdego, równy z ciebie gość. Trzeba było porządnie zajść mu za skórę, żeby powiedział, to nie jest równy gość. Uśmiechnął się. Idzie? Człapie, lezie, wlecze się. Od jak długo pamięta, taki był – pogna, wyprzedzi na kilka długości – a potem wścieka się, że musi czekać. Kiedyś to było na swój sposób urocze: rozmawiamy, a on co sekunda, to dalej. Sukienkę kupiłam, krok dalej, ładna pogoda, on hyc do przodu, cośtamgadam, on nadal przyspiesza, odpowiadając, miła dla oka, podoba mi się, owszem jest ciepło, cośtamodgaduje, a ja zanim, coraz dalej. Coraz bardziej oddalał się, tak żartobliwie. Śmieszne to było, oj. Wtedy. Odwracał się tyłem i patrzał czasami, czy w drzewo czy słup nie uderzy plecami, ale większość czasu obserwował mnie, aż się nieswojo czułam. Nieswojo, a jednak szczęśliwa. On obserwował, mówił, szedł. Oddalając się z każdym krokiem. A potem czekał, czekał.
Czekam, ona człapie, jak człapała zawsze, leniwa krew. Co to ja dzisiaj? to sprawozdanie muszę napisać. Dwa dni temu miało być gotowe, ale urwanie głowy. Nie mogłem, przesunąłem termin, ale teraz będę musiał, wolę nie przeciągać tego za długo, bo źle. Przyszła nareszcie.
Delikatnie zstępowała ze stopnia na stopień, aż w końcu jej bucik dotknął płyty chodnika. Uśmiechnęła się. Josif podaje rękę, wlec z nią się będę, złe to, lepsze od czekania. Tylko kiedy ja to napiszę? Skatalogować wszystko, zestawić, to do tego, podliczyć, podsumować, wykaz strat i zysków, nie lubię tego, ale to potrzebne. Idziemy, pani Barbaro?
Obok trawnik, pas zieleni szeroki na dwa metry, dalej asfalt. Wąska ulica, zastawiona w większości zaparkowanymi samochodami. Robi się ciemno. Szybko zapada zmierzch o tej porze roku. To lato było piękne, cudowne… do dziesiątej było widno i cały czas było takie rozkoszne ciepło! Już za nim tęsknie. Nie był to upał, spalający mnie do cna, ale przyjemnie ciepełko, otulające mnie całą, przygarniające mnie do siebie. Nawet Josif był milszy niż zazwyczaj, nie gnał sam, chadzał i myślał wolniej… a może żar słońca podziałał na nią orzeźwiająco, ożyła, nowa fala energii wstąpiła w mięśnie, nowe myśli przesączyły się przez gęste powietrze do jej głowy.
Na ławce pod blokiem grupka młodzieży. Dresy, piją piwo i klną. Jak ja nienawidzę tych śmieci! Kto to wychowywał? Barbara przeciwnie uśmiecha się lekko. Irytuje się także i na nią – wszystko musi robić lekko. Delikatnie. Subtelnie. Lecą przecinkowe bluzgi, przerywniki między przemyślanymi wiązankami. A ta – lekko! Niechżeto… i zrozum taką, pojmij ją! Odwraca głowę od. Adam, tak, widzieliśmy się ostatnio tydzień temu, wtedy nas zaprosił, mnie i Basię, tylko gdzie dokładnie się spotkaliśmy wtedy, nie pamiętam. Bank? Ulica? Może gdzieś w pracy, nieważne. Pociągnął żonę za rękę, żeby przyspieszyła kroku. Młodzi nawet nie zwrócili na nich uwagi, przechodnie jakich wielu przeszło tym chodnikiem. Wielu przeszło, wielu przejdzie, co za różnica, wy się ruszacie, my siedzimy na tej ławce, takie życie. Mamy fajki i piwo.
Skrzyżowanie. Prują, jakby kilka żyć mieli, nie jedno. Nie patrzą, nie myślą, naciskają pedał gazu i lecą. Zupełnie jak mój Josi. Kiedyś go to zabije, mówiłam mu wielokrotnie, ale on nie słucha. Nigdy mnie nie.
-Patrz, na czerwonym.
-Jeszcze żółte było, co miał hamować? – odpowiada ze zdziwieniem. Naciska, by przejść. Zapala się czerwona lampka. Czekają.
-Słyszałaś o tym nowym filmie, ta komedia, ten… taki z bródką gra, no, wiesz który…
-Wiem. Słyszałam. Czyżbyś chciał mnie zaprosić do kina?
-O tak, moja droga żono – zestawić, wypisać, wyliczyć i zapisać na czystej kartce liczbę, którą przedstawię szefowi, długo już czekał – Chciałbym gdzieś wyskoczyć z tobą czasem.
-Cieszę się. – odezwała się. Już nie kiedyś. Aż dziś. Takie teraz. Wtedy! Wtedy… kwiaty, kwiaty i ptaki, różnobarwne ptaki śpiewające takie wspaniałe melodie, ich świergot zawsze już od tamtej chwili uderzał ckliwy ton w jej duszy. Ale już tak nie śpiewały. Przystojny Josif, który klękał i czarował przed nią, to nie ten stary zgred, który cały czas się gdzieś śpieszy. Zielone światło, idziemy, Adam – kto to w ogóle jest za typ? Z kim on się zadaje, nie wiem sama.
-Cieszę się, Josifie.

Moje barany. piątek, wrz 4 2009 

Skaczą bo muszą niejako z definicji. Łączka zielona, półokrągła, tak jakby one wraz z płotkiem miały do dyspozycji własną, niedużą planetę. Po przeskoczeniu przeszkody biegną kilkadziesiąt metrów i znikają za horyzontem; sądzę, że przebywają trasę okalającą kulę i pojawiają się ponownie z przodu drewnianej zapory, przy czym pojawia się pewna refleksja, że utrudnienia nie da się pokonać – bo kiedy będziesz już za nim, to tak naprawdę jesteś jeszcze przed nim – zmieniasz tylko dystans, który musisz pokonać by się doń dostać. Barany podążają w kółko bezustannie czekając w tej samej kolejce przed tym samym płotkiem, po którym biegną tą samą trasą dookoła. Z drugiej strony, jeśliby biegały cały czas nie przeskakując nad niczym, szybko to zajęcie by się im znudziło i popadłyby w apatię z której nie wyrwałby ich nawet tuzin nowych płotków. Z trzeciej strony zaś dochodzę do wniosku, że zawsze będzie dało się ułożyć obrazek do najbzdurniejszej choćby teorii.

Ale skaczą i skacząc tak mają się bawić w niańkę, lulacza ludzi bezsennych, ekonomicznym wyjściem dla tych, którzy nie chcą kupować proszków „uspakajających i ułatwiających zasypianie”, jak to mają na opakowaniu. Nie można też wykluczyć przypadków, kiedy proszki okazują się nie działać na obiekt, który w takiej sytuacji zmuszony jest do zwrócenia się ku baranom i ich skokom. Barany, ach moje barany, skaczcie, lulajcie i dajcie mi spokój, jakiego nic innego dać mi nie może!

Ciekawa rzecz: kiedy nie musisz, nie potrzebujesz, ba! nie chcesz nawet, to uśpienie samego siebie nie jest niczym trudnym. Przykładasz głowę do poduszki i zasypiasz, a nawet w warunkach niezmiernie gorszych – zdarzało mi się, że jadąc autobusem, nie mając nawet oparcia dla głowy w postaci szyby, w trakcie dnia, pod wpływem kołysania, warkotu silnika i słońca, powieki zaczynały się lepić, czyniąc otwarcie oczu prawie nadludzkim zadaniem. Nie byłem zmęczony, bo wtedy, kiedy jest już ciepło i przyjemnie nie miałem dużo obowiązków, a jednak usypiałem, budząc się usilnie co parę minut, by sprawdzić, czy nie minąłem przystanku, na którym miałem wysiąść: otwierałem oczy i rozglądałem się, niekiedy poznawałem okolicę dopiero po paru sekundach, potem, często tego nie chcąc, zamykałem oczy i kontynuowałem swoją drzemkę. A z drugiej strony, ten sam warkot silnika, to samo kołysanie, blady księżyc na nocnym niebie życzący dobrych snów, podróż przez prawie całą Polskę przy oknie w PKSie, zmęczony po półtoratygodniowym zajmowaniu się piątką ośmiolatków na obozie – nic, ani krzty snu. Oczy nie zamykają się same, ściskam je siłą, przywołuję sen, odpoczynek, marzę o chwili wytchnienia od jawy, nic nie skutkuje. Abstrahując od autobusów – w noce, kiedy nie robię nic, po których następują dnie, w których nie robię nic i w których mogę się zbudzić o dowolnie późnej porze, w noce, kiedy jem, piję i napawam się promieniowaniem – czyli wszystko to, co powinno mi zabierać sen – kładę się, sprężyna w materacu wbija mi się w tyłek – pięć minut, usypiam. A tej nocy, po której miałem wstać w okolicach ósmej rano, kiedy zrezygnowałem z wszystkich złodziei snu i poszedłem spać wcześniej… musiałem przywitać się z moimi baranami. Każdy, zanim przeskoczył, dał mi kopyto, które uścisnąłem i, przedstawiwszy się krótko, życzyłem powodzenia. Potem baran kładł kopyto ponownie na ziemi, beczał i wziąwszy rozpęd przeskakiwał zgrabnym susem płot.

Skakały. Skakały. Skakały. Skakały tak uporczywie, tak uparcie, tak miarowo, że z nudów wyć mi się chciało, ostinato ich kopyt miast mnie usypiać, budziło mą irytację. Oczywiście też nużyło, dręczyło, męczyło swoim lunatyckim tańcem, ale co z tego, kiedy wyobrażając sobie każdego poszczególnego barana myślałem, że to jest monotonne – co jest tego głównym celem – ale co z tego, skoro myślenie o tym zgrzyta, i to zgrzyta głośno nie pozwalając robić nic innego prócz dalszego zgrzytania.

Skaczą. Skaczą. Skaczą. Przeskoczył, potoczył się po trawie i skręcił nogę, zabeczał donośnie. Jęk jego pogłębiły uderzenia jego rogatych przyjaciół, którzy dziwnym trafem miast go wyminąć, zderzali się z nim wręcz bezpośrednio. Uśmiecham się złośliwie. Biegną następni, jeden skacze, leci, ale nie ląduje, wyrastają mu puchate skrzydełka i wznosi się ku niebiosom śpiewając Well…Not Chickenshit, drugi przepełza pod płotkiem zamiast go przeskoczyć, trzeci biegnie obok. Te barany, które się wywróciły jako pierwsze, rozkładają kocyk i robią sobie piknik, wyjmują z koszyków kanapki i herbatę w termosach. Parę obowiązkowych dalej biegało i skakało i biegało i skakało jak tradycja przykazała, ale większość gdzieś się rozlazła robiąc doprawdy dziwaczne rzeczy.

Nie usnąłem wtedy – bo jak można usnąć w takim rozgardiaszu? – lecz dopiero po zniknięciu owiec, gitarze, Witkacym, przewrotach paru z boku lewego na przeciwny i w drugim kierunku, kładzeniu się wzdłuż, w poprzek, wspak czy na podłodze, po dłuższych zmaganiach, zamknąłem oczy, by otworzyć je dopiero po paru godzinach, kiedy mrok mojego pokoju rozganiało już poranne światło.

I tak sobie myślę czasami: co tam u moich baranów? Czy hasają dalej po swojej małej, zielonej planetce, czy odpoczywają, rozłożywszy się na kocach w kratkę, czekając na kolejną bezsenną noc moją lub czyjąś – mogę pożyczyć je w razie potrzeby. A może, znużone nieustannym bieganiem i skakaniem nad drewnianym płotkiem, zmęczone ciągłym katalogowaniem, gdy nudni ludzie odliczają je nudnymi liczbami, położyły swe łby na trawie i nie zwracając uwagi na ludzkie zapotrzebowanie na barany, zamknęły oczy i poszły spać.