Schody, parę stopni długich płyt, obok barierka. Josif Wawrzycki przeskoczył je jednym zgrabnym susem i niżej stojąc obejrzał się zasiebie. Idzie, guzdra się jak zawsze. Ile to ja się na nią naczekałem? Ile się jeszcze? Wypuścił powietrze. Barbara podąża za nim, widzi, że czeka, dalej kroczy miarowym krokiem, nie przyśpiesza, niech czeka. Opiera się o barierkę. W sumie dobrze, że wstąpimy do Adama, dawno go nie widzieliśmy. Trzeba dbać o znajomości, a to w sumie równy gość. Równy z ciebie gość, jak mówił Ignacy, zawsze do każdego, równy z ciebie gość. Trzeba było porządnie zajść mu za skórę, żeby powiedział, to nie jest równy gość. Uśmiechnął się. Idzie? Człapie, lezie, wlecze się. Od jak długo pamięta, taki był – pogna, wyprzedzi na kilka długości – a potem wścieka się, że musi czekać. Kiedyś to było na swój sposób urocze: rozmawiamy, a on co sekunda, to dalej. Sukienkę kupiłam, krok dalej, ładna pogoda, on hyc do przodu, cośtamgadam, on nadal przyspiesza, odpowiadając, miła dla oka, podoba mi się, owszem jest ciepło, cośtamodgaduje, a ja zanim, coraz dalej. Coraz bardziej oddalał się, tak żartobliwie. Śmieszne to było, oj. Wtedy. Odwracał się tyłem i patrzał czasami, czy w drzewo czy słup nie uderzy plecami, ale większość czasu obserwował mnie, aż się nieswojo czułam. Nieswojo, a jednak szczęśliwa. On obserwował, mówił, szedł. Oddalając się z każdym krokiem. A potem czekał, czekał.
Czekam, ona człapie, jak człapała zawsze, leniwa krew. Co to ja dzisiaj? to sprawozdanie muszę napisać. Dwa dni temu miało być gotowe, ale urwanie głowy. Nie mogłem, przesunąłem termin, ale teraz będę musiał, wolę nie przeciągać tego za długo, bo źle. Przyszła nareszcie.
Delikatnie zstępowała ze stopnia na stopień, aż w końcu jej bucik dotknął płyty chodnika. Uśmiechnęła się. Josif podaje rękę, wlec z nią się będę, złe to, lepsze od czekania. Tylko kiedy ja to napiszę? Skatalogować wszystko, zestawić, to do tego, podliczyć, podsumować, wykaz strat i zysków, nie lubię tego, ale to potrzebne. Idziemy, pani Barbaro?
Obok trawnik, pas zieleni szeroki na dwa metry, dalej asfalt. Wąska ulica, zastawiona w większości zaparkowanymi samochodami. Robi się ciemno. Szybko zapada zmierzch o tej porze roku. To lato było piękne, cudowne… do dziesiątej było widno i cały czas było takie rozkoszne ciepło! Już za nim tęsknie. Nie był to upał, spalający mnie do cna, ale przyjemnie ciepełko, otulające mnie całą, przygarniające mnie do siebie. Nawet Josif był milszy niż zazwyczaj, nie gnał sam, chadzał i myślał wolniej… a może żar słońca podziałał na nią orzeźwiająco, ożyła, nowa fala energii wstąpiła w mięśnie, nowe myśli przesączyły się przez gęste powietrze do jej głowy.
Na ławce pod blokiem grupka młodzieży. Dresy, piją piwo i klną. Jak ja nienawidzę tych śmieci! Kto to wychowywał? Barbara przeciwnie uśmiecha się lekko. Irytuje się także i na nią – wszystko musi robić lekko. Delikatnie. Subtelnie. Lecą przecinkowe bluzgi, przerywniki między przemyślanymi wiązankami. A ta – lekko! Niechżeto… i zrozum taką, pojmij ją! Odwraca głowę od. Adam, tak, widzieliśmy się ostatnio tydzień temu, wtedy nas zaprosił, mnie i Basię, tylko gdzie dokładnie się spotkaliśmy wtedy, nie pamiętam. Bank? Ulica? Może gdzieś w pracy, nieważne. Pociągnął żonę za rękę, żeby przyspieszyła kroku. Młodzi nawet nie zwrócili na nich uwagi, przechodnie jakich wielu przeszło tym chodnikiem. Wielu przeszło, wielu przejdzie, co za różnica, wy się ruszacie, my siedzimy na tej ławce, takie życie. Mamy fajki i piwo.
Skrzyżowanie. Prują, jakby kilka żyć mieli, nie jedno. Nie patrzą, nie myślą, naciskają pedał gazu i lecą. Zupełnie jak mój Josi. Kiedyś go to zabije, mówiłam mu wielokrotnie, ale on nie słucha. Nigdy mnie nie.
-Patrz, na czerwonym.
-Jeszcze żółte było, co miał hamować? – odpowiada ze zdziwieniem. Naciska, by przejść. Zapala się czerwona lampka. Czekają.
-Słyszałaś o tym nowym filmie, ta komedia, ten… taki z bródką gra, no, wiesz który…
-Wiem. Słyszałam. Czyżbyś chciał mnie zaprosić do kina?
-O tak, moja droga żono – zestawić, wypisać, wyliczyć i zapisać na czystej kartce liczbę, którą przedstawię szefowi, długo już czekał – Chciałbym gdzieś wyskoczyć z tobą czasem.
-Cieszę się. – odezwała się. Już nie kiedyś. Aż dziś. Takie teraz. Wtedy! Wtedy… kwiaty, kwiaty i ptaki, różnobarwne ptaki śpiewające takie wspaniałe melodie, ich świergot zawsze już od tamtej chwili uderzał ckliwy ton w jej duszy. Ale już tak nie śpiewały. Przystojny Josif, który klękał i czarował przed nią, to nie ten stary zgred, który cały czas się gdzieś śpieszy. Zielone światło, idziemy, Adam – kto to w ogóle jest za typ? Z kim on się zadaje, nie wiem sama.
-Cieszę się, Josifie.
Współżycie ciał niezależnych. środa, wrz 9 2009
exer joyce, próba, stylizacja, ulisses 01:43
10 wrzesień 2009 o 16:27 |
bo to kobieta była.