Przeszło mi przez głowę, czy nie poudawać przedawkowanego Joycem i ostatnim rozdziałem Ulissesa człowieka i nie napisać tego tu w bezkropkowanej formie. Powiedzieć wyraźne „nie” dla znaków interpunkcyjnych. Ale ani nie byłoby to szczere, ani nie byłoby to oryginalne, ani nie byłoby to czytelne, ani nie byłoby to mocne, bo monolog Molly Penelopy Bloom mało co przebije. Nie napiszę, że nie przebije tego nic, bo często ideą główną artyzmu dni dzisiejszych jest to, aby być bardziej oryginalnym od tego, co było kiedyś. Przebić i skończyć i się zatrzymać, nie mając poza przebijaniem niczego innego do roboty. Głową w mur, aż pęknie, jedno bądź drugie; jeśli runie mur, szukać kolejnego muru. Czasami myślę, że ich celem nie jest pokonanie przeszkody i rozbicie bariery, ale pokonywanie przeszkody i rozbijanie bariery, a gdy te się zużyją polować na następne.
Sam Ulisses – teraz, zostało mi parę stron do końcowego wyrazu, ale mogę się pochwalić, że jestem w trakcie czytania ostatniego zdania, od dwudziestu? trzydziestu stron?, nie mogę jeszcze powiedzieć czegokolwiek konkretnego. Dlatego pewnie na myśl przyszedł mi bezkropkowany strumień świadomości, mało treściwy, nie dotykający czegoś wprost, rozlany i rozbebeszony. Rzucić jedno słowo, otulić setkami cieniami słów, bez znaczenia, bez treści. Brak zdecydowania i brak opinii. Z jednej strony – dzieło, z drugiej strony – precyzyjne grafomaństwo.
To było wcześniej, planowałem wydać to, hi hi, wczoraj, jednakże tak się niefortunnie złożyło, że przeszkodziły temu zdarzeniu złośliwe przebiegłe intrygi zdradzieckiego losu, ha ha, po prostu mi się nie chciało, piszę dzisiaj z nadzieją, że może dojdę do jakiejś konkluzji. Zmieniło się to, iż skończyłem Ulissesa. Nie zmieniło się to, że zdanie mam o nim jeszcze nie ukształtowane w pełni, może się gdzieś wypełni dopełniając się myślami powstałymi obok tekstu głównego. Skończyłem także wybór z Witkiewicza (S.I.), oddając się lekturze pozostałych mi Szewców. Gombrowicza ledwo napocząłem – 25%, jeden dramat z czterech, jak mi się zdaje, ale nie miałem już kiedy go finiszować, tak więc nie finiszuję. Książki oddałem do biblioteki – hip hip hurra! – nie wypożyczyłem nic i wróciłem bezksiążkowy do domu. Teraz, jak już coś będę czytał, to będzie to dwutomowy słownik angielsko-polski & polsko-angielski Oxfordu. Po drodze spotkałem przemiłego babsztyla chwalącego się przed dyrektorką banku nagraniem z rozmowy między złą złośliwą złowróżebną (i brzydką) pracownicą banku, a jej (przemiłego babsztyla, nie pracownicy) słodkobiednego męża; ale o tym może kiedy indziej.
Jak opanować wszechogarniające uczucie rozłażenia się? Co mogłoby stać się anty-rozłażeniem, syntezą cząsteczek rozanalizowanych i roznegliżowanych, które hopsają sobie z neuronu na neuron, świetnie się przy tym bawiąc. Ja się tak dobrze jak one nie bawię; nie mogę niczego chwycić. Jedno, drugie, idę, zawracam… Stawiam trzy kropki tam, gdzie powinna być kropka.
Nowy rozdział. Życia. Ach, jak to piekielnie dumnie brzmi. Ba bach, nowy rozdział, bohater przenosi się nad inne tło i rozpoczyna Nowość ! Idzie ku Nowości, porzuca Starość, a jednak przez ten chód jego tylko do Starości się zbliża. Nowe, Nowe! krzyczy, a echo mu odpowiada: Stare, Stare! Pewnikiem więc życia zatacza kółko, od prochu do prochu, od ziemi do ziemi, tylko – jak dużo starego będzie w nowym, na ile życie nowe pozostanie starym, czy przypadkiem przebiegły pisarz nie postanowił w kolejnym rozdziale napisać to samo, co było w rozdziale poprzednim, rozpłodzić stron do książki i cały ten szum okazuje się być nic niewartym plympaniem. Tak Jutro się zmienię – ale zmiana musi nastąpić we mnie – … – bo inaczej… – …nawet ja sam mógłbym nie zauważyć – że się zmieniłem (z gorszego na lepsze). Miasto, ludzie, studia – nowe otoczenie nie musi oznaczać, że JA stanę się nowy, że nowy rozdział, hop siup, jak zwał, będzie czymś nowym, a nie powieleniem starego, obłudnym udawaniem kogoś kimś się nie jest. Hydra nakłada kapelusik i udaje, że jest madame.
Przeklęte rozłażenie.
Intrygujące, jak niewiele zostaje w głowie, gdy przychodzi do pisania. Gdzie indziej, myśli płyną, tworzą zdania, gotowe akapity, które wystarczy jedynie przetworzyć, zrobić transkrypcję, kłamliwe tłumaczenie, które kradnie większość tego, co się chciało powiedzieć. Może to, o tamtym, wspomnieć, aluzja, dygresja i się wspinać ku górze, piętrzyć, piętrzyć, piętrzyć i zachwycać, a wszystko takie błyskotliwe. Potem – ach, o czym to ja?
Spakowany, bynajmniej się nie denerwuję. Uczucie tylko (przeklęte rozłażenie!) się podgryza od wewnątrz w kilku miejscach. Słucham Suite Bergamasque Debussego. Kiedyś w kółko. Jak się kończyła, nastawiałem znowu. Jako tło do pisania o Końcu. A teraz, jest ciemno, mnie się rozłażą, i ten cudowny fortepian, każdy dźwięk perfekcyjnie na swoim miejscu, przejmujący obraz, jest tłem, gdy myślę o Początku. Bardziej początku niż o Końcu. Choć jest to celebracja obu, bliżej… dalej… nie wiem sam. Skąd mam wiedzieć, skoro biegnie to równocześnie w obu kierunkach?
Rozłażanie wtorek, wrz 29 2009
Rozmaitości białystok, lublin, nowy rozdział, rok akademicki, studia, wyjazd 22:05
30 wrzesień 2009 o 14:45 |
Wszystko pięknie, ale ja bym napisał, że nie “Intrygujące”, a “Irytujące”. Taka refleksja, po zderzeniu tekstu z własnymi, bolesnymi doświadczeniami :-)
Oby Ci tam dobrze było :-) Wracaj do nas czasami – żaden Koniec nie oznacza zamknięcia “Nowej Hetmańskiej” :D