light piątek, paź 30 2009 

<kurtyna do góry>

<light>

monsieur sits on the chair and begins to contemplate

servour how can I help you

milczy tj nie mówi nic i nie patrzy nawet we właściwym kierunku. я не знаю, почему у меня единственно только рестораны. Kelnerka stoi nad nim jeszcze chwilę, potem odchodzi precz, on siedzi dalej i dalej duma nad czymś, o czym on jeden wie tylko. Ma na sobie garnitur ładnie wykrojony, na stopach czarne pantofle. Włosy zaczesane na bok, by przykryć łysinę. Taki przynajmniej był cel, praktycznie nie wyszło tak różowo, różowa skóra głowy prześwitywała przez marne kosmyki. Dłonie leżą na kolanach, Pan oparty wpatruje się w coś, o czym on jeden tylko wie. Wyjmuje z kieszonki gumę do żucia i żuje.

servour please stop doin this it is not elegant shouldnt you know that already

monsieur niech pani tak tego nie przeżywa

servour nie przeżywam

monsieur ależ proszę przeżyć, co mi po pani trupie. Pani nie powinna ani przeżywać ani nie nie przeżywać; żucie moje obejść pani nie powinno wcale. Me przeżuwanie przeżywa pani tak, jakby o życie czyjeś się rozchodziło, a to rozchodzi się tylko o żucie.

servour: To może niech Pan zapali jeszcze!

Monsieur: Się zastanawiałem, czy wypada, ale skoro pani zachęca, to nie będę się wzbraniał.

сигарета pojawia się w jego dłoni, na drugiej magicznym sposobem pojawia się zapalniczka, z której wytryskuje ogień. Zapaloną сигаретe unosi do ust.

SERVOUR – No wie pan!

Monsieur – Wiem. Chce pani?

Servour – Well, that’s just

Monsieur – I insist.

Servour –  But…

On patrzy na nią tylko z wyciągniętym papierosem pomiędzy palcem serdecznym i małym, pomiędzy środkowym i wskazującym zaś tli się сигарета pierwsza, którą unosi do ust i gdy żar dotyka jego warg przymyka rozkosznie powieki i marzy o czymś, o czym on sam jeden wie.

Monsieur – no to bierze pani?

Servour – a co mi tam, jest pan taki miły.

Wyjmuje papierosa spomiędzy palców Pana i zapala ogniem z zapalniczki, która w magiczny sposób pojawiła się w jego dłoni.

Servour – Delightful

Monsieur – Youre welcome, madame.

Odsuwa ona krzesełko i siada obok niego. Siedzą i patrzą w różne punkty przestrzeni. Pali, żuje, patrzy, pali. Nogi pan kładzie na stolik.

Z kuchni wychodzi człowiek w fartuchu upaćkanym różnego rodzaju jedzeniem i krzyczy na kelnerkę, by przyszła i posprzątała, bo coś tam się wylało, shit happens, as wise old proverb says.

Madame – Ku*wa.

Monsieur – do not bother, jestem pijany i posprzątam, mi to żadnej różnicy nie robi.

Wstaje, zrzuca marynarkę na krzesło, gasi papierosa w czyjejś zupie, podchodzi do kelnerki, chwyta jej głowę oboma dłońmi i całuje ją namiętnie. Potem chwiejnym krokiem idzie do kuchni, po drodze zakasuje rękawy i wspomina coś, o czym tylko on sam jeden wie.

Madame wyjmuje kwiatka z wazonu i zaczyna gryźć łodygę. Zdobycie zielska bynajmniej nie obyło się bez dodatkowych incydentów, wazon się przewrócił, woda polała się po obrusie i po sukience.

f*ck

she said i wstała nagle z kwiatem w gębie. Potem zadumała się. Przypaliła сигаретa znowu. Uśmiechnęła się i oddumała. Usiadła. Wgryzła się w tulipanka.

Nie podoba mi się to miejsce, to lekkie jedzenie i leccy ludzie. Unoszą się na wodzie. Zmieniam lokal.

the chair said

and then it went away on its tiny legs.

środa, paź 28 2009 

Wznosi się kręci ulata się rozdziera i pędzi ku bez zahamowań się śmieje tak wznosząc się tak myśli się sumuje zderza z powietrzem samym tylko przez chmury przeszywa je ku słońcu by się spalić by się spopielić by zmarnieć by zniknąć zatracić się się zgubić zgubić czas czas zabić zabić wznosząc wznosząc upadać upadać myśląc o tym że tak naprawdę idzie się w przeciwnym kierunku

znaczy. podmiot do przedmiotu, podmiot do idei, podejść i ruszyć. Siedzę i myślę, można zrobić to i to i jeszcze pęczek innych bzdur, a w tle do tego wyskakuje jeszcze coś innego, świetnego w skali zupełnie nieznanej, marzenie odległe jak ciało niebieskie. Sięgnięcie po nie będzie stratą pewnego luksusu, pozbawieniem się czegoś co się przykleiło i się odkleić nie powinno, się wszak lubimy z tym; walka o pokój o stałość i tą samą tożsamość będzie zaprzeczeniem niebieskiego ciała, pójściem na łatwiznę i staczaniem się wraz z innymi staczającymi. się. Jedyna różnica między pierwszym a drugim to stok, po którym się turla na dół i o które kamienie się obija.

zagadką to, czy spadnie się, gdzie spaść się chciało

(na dół spaść i spaść się do granic, spasionym biegać po pasiastych łąkach)

Audrey’s Dance czwartek, paź 22 2009 

Audrey tańczy w tle sennej muzyki, ‘that’s dreamy’ she says, śni na jawie, zamyka oczy i rozłożywszy ręce wzdłuż boków łagodnie się porusza, rozkoszuje się czuciem swego ciała, zatopiona w muzyce jak w myślach, głębokich i lepkich, w których wszystko jest mało wyraziste, każdy przedmiot, rzecz każda i abstrakcje przesuwają się wolno, krocząc jak muchy w smole, które unoszą swe kończyny i machają skrzydełkami, ale zmierzają doprawdy donikąd, my doprawdy chcemy się sunąć statecznie do prawdy, ale idzie nam tak samo jak im, stoimy w jednakim miejscu, unieruchomieni w czarnej mazi, my idziemy, Wędrowcy i Pielgrzymi z celem w oku, a ona się kręci powoli, z głową odchyloną ku górze, jej ręce u boków, przeciąga się jakby się budziła, w tle słychać muzykę, która śpi, a Audrey tańczy i tylko echa dźwięków jak echa myśli jak odbicia idei jak cieni na ścianie, kontrabas wspina się swingującym kołysaniem, potem tym samym tanecznym krokiem zmierza ku dołowi, kręci się w koło, tańczy jak lunatyk, śni, miotełki głaszczą werbel, dęte przekomarzają się ze sobą, tu odzywa się jeden, tam drugi, rozmawiają, nadają snowi wyrazistość, nadają mu esencję i konkretność, i jeszcze te dźwięki, rozmarzone brzmienia, dzięki którym that music is so dreamy, klienci się patrzą, jak w małej kawiarni ona tańczy po środku parkietu, szafa gra, ona śni i tańczy, ona tańczy i śni, jak śni całe miasteczko, wewnątrz którego ona tańczy i obraca się wzdłuż nieregularnej linii śniącej melodii.

Gemini środa, paź 21 2009 

Pod kapucynami stoją dwaj mężczyźni. Jeden bliżej ściany, drugi jest od niej bardziej oddalony. Stoją w jednej linii z twarzami skierowanymi w stronę ulicy. Przechodzę pomiędzy nimi, dwoma słupkami na szerokim chodniku.

Mają taki sam wzrost, takie same siwe brody. Twarzy jednego z nich, tego stojącego bliżej ulicy, nie widzę, jest ode mnie za daleko, by zobaczyć jego rysy twarzy musiałbym go obejść i stanąć z nim vis a vis. Rezygnuję z tego, ponieważ ta czynność zaburzyłaby całą strukturę obrazka. Ten ruch, to szarpnięcie jednostki, zamigotanie i zgrzyt barw. Oczywiście nikt poza mną i poza nimi nie zwróci na to uwagi, my jesteśmy anonimowi, wszyscy jak my są anonimowi, wszyscy choć mają imię starają się go wyprzeć i wszyscy chcą wyprzeć się imion cudzych. Nie znamy się zupełnie, świadomość ruchu zabłyszczy i jak supernowa zniknie. Ale zniszczy to moją wizję, zepsuje mój obrazek – dwóch panów na Krakowskim. Więc się nie zatrzymuję, nawet się nie odwracam. Z resztą jest zimno, muszę iść dalej.

Twarze mają podobne. Skąpane w zmarszczkach, zmęczone ciężarem lat oblicza. Krzaczaste białe brwi.

Stoją bliźniacy w jednej linii pod kapucynami, idę prostopadle wobec nich, przechodzę przez bramkę, jaką tworzą.

Wzdłuż chodników rozsadzeni są żebracy, klęczą, trzymają kartkę i kubeczek. Wędrują bliźni i bliźni mijają rozsadzonych żebraków i przechodzą przez bliźniaczą linię wyrytą jak blizna na chodniku, która ciągnie się od bliźniaka do bliźniaka, bliźni między bliźniakami bieżą.

Dwaj mężczyźni nie są identyczni. De facto to kontrast pomiędzy ich podobnymi sylwetkami był tym, co mnie w nich zaintrygowało. Ten bliżej kościoła był odziany w czarne dresy i beżową kurtkę. Trzymał ręce w kieszeniach, by rąk wiatr nie dręczył. Ten od ulicy miał beret na głowie, a wszystko poniżej zakryte było pod elegancką jesionką, tylko nogi z dołu wystawały. Czarne spodnie i pantofle. Czerń ubrania i siwość włosów, piękne połączenie.

I stoją tak jak posągi na chodniku przed kościołem, i patrzą tak na park, jakby tłumy łososiowych bliźnich przemykających pomiędzy nimi nie miały najmniejszego znaczenia.

Kawiarnia. środa, paź 14 2009 

Kawiarnia pięknym miejscem jest. Leżą łyżeczki, stoją filiżanki, filologowie siedzą dookoła na obitych miękkimi poduszkami krzesłach, które otaczają okrągły stolik niczym uczniowie otaczający mistrza; zgromadzają się wokół niego i słuchają go z wywalonymi oczyma i niedowierzającym zachwytem opętującym ich umysł powoli lecz nieubłaganie. Scholarzy wpatrują się w zawartości filiżanek trzymanych w obu dłoniach. Bez zachwytu – zapasy tej herezji zostały spalone dawno temu na publicznych placach w ramach przedstawienia i samostanowienia nas-mądrych; odróżnienia się od pospólstwa. To było zachwycające, to było rozkoszne, poza tym nie było już niczego innego, co by dawało podobne emocje, nie mogło być już niczego innego.

Trzymają się uszami za języki, wyczuleni na drobnostki o kolosalnym znaczeniu, mówią pięknie i uśmiechają się, uvula ich drga za zębami. Trzaskają językami jak z bicza, dźwięczne powietrze przepływa między wargami, ulatnia się z ust. Wypowiedź składa się z perfekcyjnie skomponowanych zdań, każde jest pulchne i kształtne, każde składa się ze starannie dobranych słów.

Krzesełko odsuwa Hydra i rozsiada wygodnie. Zamawia kawę. Po chwili przychodzi kelner z parującym wywarem. Hydra dziękuje, ale gdy kelner się odwraca, kłuje go w tyłek ogonem z ostrymi łuskami. Trzy głowy obserwują zgromadzonych, pozostałe są w uśpieniu. Obślizgłe łby leżą na stoliku i pochrapują z cicha, od powietrza wylatującego przez podłużne nozdrza drżą serwetki, przez co filologowie obdarzają Hydrę dziwnym spojrzeniem. Pierwsza z głów się uśmiecha, łapą łapie serwetkę i ociera usta, następnie zgniata ją i kładzie obok talerzyka, a na koniec mówi mądrość okolicznościową, dzięki której towarzystwo się uśmiecha i oklaskuje rzęsami. Nie śmieją składać w tym celu rąk, to zbyt barbarzyńskie, zbyt prostackie jest takie uzewnętrznianie się. Druga głowa, dla zrównoważenia lekkości, opowiada o Kunderze. Nic głębokiego, nie ma czasu na to, tylko kilka słów pokazujących jakość istoty wielogłowej. Głowa trzecia, łeb trzeci, kolejny ryj szorstki poligłowicznego jaszczura nie mówi nic; jest to bowiem specyficzna głowa, esencja hydry, wonność i wnętrzność hydrzej duszy. Głowa ta milczy, bo obserwuje i myśli. Analizuje gdzie łeb który wsadzić.

Chytra hydra zachwala herbatę herbaciarzom, zohydza ją za to kawoszom, zyskując sympatię stron obu.

Siedzą w kółeczku – ludzie i jaszczur – i dumają, gaworzą i się śmieją. Poklepują gada po ramionach, gad gada i gad odpowiada im tym samym. Podczas luźniejszej chwili, gdy wszyscy już czują się swobodnie, dłubie ogonem w zębach. Filologowie się też już nie krępują, również dłubią. Nie ma co się krępować, wszak to najlepsi przyjaciele, dla każdej duszy bratnia dusza, dla każdej głowy oddzielna głowa. Budzą się kolejne łby, by móc przypodobać się wszystkim. Scholarzy radują się tak, że aż nie wypada. Potem wstają, śpieszą się na wykład. Dziękują za czas i ręką łapę ściskają z uśmiechem. Razem z nimi wstaje Hydra, pożera jednego po drugim, uiszcza rachunek

Kawa raz — 13,20;
Filologowie x6 —- gratis;
zapraszamy ponownie!

po czym odchodzi i znika w gęstym jak dżungla mieście.

Następna strona »