Żeby się nudzić, należy położyć się łóżku, przywiązać kończyny do jego nóg, a na koniec nałożyć kubeł na śmieci na głowę. Po dokonaniu takiej operacji możemy oczekiwać, że nuda zaraz się pojawi. Oczywiście samo wykonanie w/w manewrów jest nieco karkołomne, przydałyby się dodatkowe ręce do wiązania, ale co później zrobić z nimi, skoro następnie je również trzeba by było unieruchomić? Można poprosić o pomoc drugą osobę, która raczej dość szybko uwinęłaby się z takim zadaniem, jednak później zapewne męczyłaby pytaniami bądź rozrywała rozmową, zdziwiona naszym niecodziennym zachowaniem, a wtedy nudy również nie będzie. Jeśli ktoś jednak jest tak zdesperowanym poszukiwaczem nudy, te wszystkie problematyczne sprawy rozwiąże w jakiś sposób.

Robię wiele niezwykle istotnych rzeczy, które można by zaklasyfikować do jednej kategorii i tak je już później nazywać, a mianowicie „żyję (i staram się żyć dalej)”. Zawartość nawiasu można oczywiście rozszerzyć o takie pojęcia jak „mówimy stanowcze <<nie>> dla śmierci głodowej” albo „jak nie skończyć w parku na ławeczce” i inne tego typu pomocne hasła. Oprócz życia – na różnym poziomie zaawansowania, zależy od kategorii, w jakiej je będziemy rozpatrywać – robię też inne rzeczy. Założyłem sobie taką instytucję jak Mój kochany dzienniczek w którym się wypluwam, odreagowuję, rozmyślam, filozofuję (po dzisiejszej filozofii dowiedziałem się przede wszystkim tego, że phylosophy is a shallow crap; osobiście użyłbym innego rzeczownika – na literę „s” – ale przecież nie będę przeinaczał treści wykładu szacownego pana doktora i jego laptopa kochającego platonicznie Internet), a w głównej mierze bazgrzę coś, by nie wyjść z wprawy. Wpisy do Mojego Kochanego Dzienniczka z dwóch ostatnich dni zaczynają się mniej więcej tak: „Ech, muszę dzisiaj wyrobić normę i napisać tę stronę” – bo muszę wspomnieć, iż zaczynając pisać Mój Kochany Dzienniczek ambitnie postanowiłem pisać co najmniej jedną stronę per dzień. Minął tydzień, mam ponad dwanaście stron, jest dobrze. Poza tym postanowiłem napisać opowiadanie tematyczne i życiowe, studenckie takie. Nosi tytuł Głód.

Na studiach jest miło, już się wtapiam w lingwistykę. Po tym, jak jakaś dziewczyna wyszła z trolejbusu, bo po Lublinie jeżdżą właśnie trolejbusy, i przywitała swoją koleżankę na przystanku wyrazistym „Śśśśśsiema!”, cała nasza trójka, jaka przechodziła mimo, wyniosła z tego zachowania językowego odpowiednie wnioski. Consonant lenght i takie tam. „Co chcesz osiągnąć dzięki tym studiom?” – „Mam nadzieję, że będę mógł się czepiać Bartka o językowe pierdoły bardziej niż on mnie” – „Może coś jeszcze, kariera, podróże?” – „Nie, to wszystko”.

Wracając do rozpoczynającej nudy. Ładnie to będzie wyglądało, jeśli zakończy się tak, jak się zaczęło, taka klamra. Nuda, której nie ma. Co można robić w Lublinie? Można chodzić i poznawać miasto, można deptać po Herbercie i Czechowiczu, można zostać rozjechanym przez trolejbus bądź nadgorliwą osobówkę, można posłuchać, jak koleś dyskutuje ze Strażą Miejską o blokadach na kołach – swoją drogą to nigdzie indziej nie widziałem takiego nagromadzenia owych blokad; można się zgubić i odnaleźć – jeszcze tego nie wykorzystałem, trzymam na czarną godzinę; można pojeździć trolejbusem i kogoś rozjechać, można ulecieć z wiatrem i zaplątać się w gałęzie drzew, można zobaczyć jeża i pana Rektora, można wstawać o 1:41 w nocy na dźwięk sygnału alarmowego, można wyjść na korytarz i dyskutować o nekro- i zoofilii, można kupić książki i je czytać – w tym mieście jest jedna księgarnia na drugiej, a trzecia się wpycha pośrodku; można pościć, można kupować cebulowe pizze od obleśnej pani w obleśnym sklepie, można się bujać na koniku na placu zabaw i patrzeć jak gołębie żartują sobie z ludzkich włosów, można szwędać się po podziemiach budowanego od wielu lat teatru, można grać pokątnie na klarnecie, można pójść do restauracji i przetracić pieniądze na tydzień, można się ukulturalnić i pójść do teatru bądź kina, można dostać ulotkę i wyrzucić ulotkę, bądź zatrzymać ulotkę i po trzech dniach zbierania zrobić sobie sześćdziesięciostronicową książeczkę z ulotek, którą możesz oddać komuś i ten ktoś ją wyrzuci bądź zawiesi na ścianie, na to bym za bardzo nie liczył, można jeść czterodniowe pierogi i co bardziej zielone wyrzucać, można wsłuchiwać się w szum lodówki, która burczy tak, jakby miała właśnie wystartować i polecieć w kosmos, lodówkę w środku której panuje zero absolutne, a ma też zamrażarkę, jeszcze nie sprawdzaliśmy, ale mniemam, że temperatura, która tam mieszka, przeczy głównym prawom fizyki, można zrobić w pokoju kawiarenkę internetową i przyprowadzać nadpobudliwe dziewczyny, ew. człowieka, który mówi, że giełda to świetna sprawa, a równocześnie niesamowicie się denerwuje obserwując akcje, niezależnie od tego czy spadły czy wzrosły – to akurat nie mój patent, bom nie miał wtedy ani Internetu ani nadpobudliwych znajomych; można szukać Minotaura w nowym budynku wydziału humanistycznego… a to tylko fragment tego, co można robić, a trzeba pamiętać, że ja jestem typem statecznym i udomowionym; ogólnie takim, który ciężko znajduje nowe zajęcia, tak więc jestem pewien, że możliwości jest znacznie więcej, a znam takie osoby, które z jednej potencjalnej możliwości wycisnęłyby dziesięć kolejnych, innymi słowy możliwości jest ∞.

W razie przedawkowania kubeł na śmieci mamy w rogu pokoju.