Pod kapucynami stoją dwaj mężczyźni. Jeden bliżej ściany, drugi jest od niej bardziej oddalony. Stoją w jednej linii z twarzami skierowanymi w stronę ulicy. Przechodzę pomiędzy nimi, dwoma słupkami na szerokim chodniku.

Mają taki sam wzrost, takie same siwe brody. Twarzy jednego z nich, tego stojącego bliżej ulicy, nie widzę, jest ode mnie za daleko, by zobaczyć jego rysy twarzy musiałbym go obejść i stanąć z nim vis a vis. Rezygnuję z tego, ponieważ ta czynność zaburzyłaby całą strukturę obrazka. Ten ruch, to szarpnięcie jednostki, zamigotanie i zgrzyt barw. Oczywiście nikt poza mną i poza nimi nie zwróci na to uwagi, my jesteśmy anonimowi, wszyscy jak my są anonimowi, wszyscy choć mają imię starają się go wyprzeć i wszyscy chcą wyprzeć się imion cudzych. Nie znamy się zupełnie, świadomość ruchu zabłyszczy i jak supernowa zniknie. Ale zniszczy to moją wizję, zepsuje mój obrazek – dwóch panów na Krakowskim. Więc się nie zatrzymuję, nawet się nie odwracam. Z resztą jest zimno, muszę iść dalej.

Twarze mają podobne. Skąpane w zmarszczkach, zmęczone ciężarem lat oblicza. Krzaczaste białe brwi.

Stoją bliźniacy w jednej linii pod kapucynami, idę prostopadle wobec nich, przechodzę przez bramkę, jaką tworzą.

Wzdłuż chodników rozsadzeni są żebracy, klęczą, trzymają kartkę i kubeczek. Wędrują bliźni i bliźni mijają rozsadzonych żebraków i przechodzą przez bliźniaczą linię wyrytą jak blizna na chodniku, która ciągnie się od bliźniaka do bliźniaka, bliźni między bliźniakami bieżą.

Dwaj mężczyźni nie są identyczni. De facto to kontrast pomiędzy ich podobnymi sylwetkami był tym, co mnie w nich zaintrygowało. Ten bliżej kościoła był odziany w czarne dresy i beżową kurtkę. Trzymał ręce w kieszeniach, by rąk wiatr nie dręczył. Ten od ulicy miał beret na głowie, a wszystko poniżej zakryte było pod elegancką jesionką, tylko nogi z dołu wystawały. Czarne spodnie i pantofle. Czerń ubrania i siwość włosów, piękne połączenie.

I stoją tak jak posągi na chodniku przed kościołem, i patrzą tak na park, jakby tłumy łososiowych bliźnich przemykających pomiędzy nimi nie miały najmniejszego znaczenia.