Jeżdżenie całymi dniami po województwie stawia w dość męczącym w dłuższej mierze stanie połowicznej uwagi, który polega mniej więcej na tym, że nie wykorzystuje się jej wiele do jazdy, na trasie trzeba pilnować jedynie, by zmieścić się w pasach i pomiędzy samochodami z przodu i z tyłu, co jednak owocuje pojawieniem się nudy po kilku godzinach, która zaczyna przebąkiwać i postukiwać w szybkę, mówiąc – całkiem sensownie – że przyjemniej byłoby zająć się już czymś innym, na przykład czytaniem książki, a tu połowiczna uwaga wyskakuje niczym polizei zza krzaków: na czytanie nie wystarczy uwagi, wykorzystywanej już do kontrolowania odpowiednich dystansów do linii czy karoserii. Gdy więc słuchanie kaset i Radia Maryja, jako jedynego, które odbiera wszędzie, zbrzydnie, nie pozostaje nic innego, by pochlapać się w bajorku własnych myśli w nadziei, że wśród szumowin banałów uda się wypatrzeć jakieś świecidełka, utrzymujące umysł w jakiejkolwiek aktywności.
Tym, co najbardziej rzucało mi się w oczy podczas tych paru tygodni, to podlasko-warmińsko-mazurska fauna i krajobraz – flora jakoś zupełnie przechodziła obok niedopieszczona przez moje zainteresowania – wyjątkami były tylko krzaczory, które tu i ówdzie niektórzy prześwietli ludzie poustawiali na rogach przy podporządkowanych skrzyżowaniach, nie sądzę mimo to, by takim afektem z mojej strony poczuła się flora dopieszczona. Faunę zdominowały bociany, których ostatnio jest całe mnóstwo. Czy to siedzą w swoich gniazdach, czy przelatują nad szosą na wysokości tira, wyglądaja po prostu pięknie, co mówię bez żadnej ironii czy kpiny. Dość ciekawym zjawiskiem, przynajmniej jak dla mnie, bocianologa-amatora, było to, że co poniektóre z nich z lubością stawały na lampach. Pierwszy taki nietypowy postój zauważyłem w Zabłudowie, ale wtedy uznałem, że było to związane z tym, że w tym mieście lampy palą się nawet równo w południe, i chodzące cały czas urządzenia muszą te bociany jakoś przyjemnie smyrać w nogi. Czy łapy, czy odnóża, czy jak te kończyny ich się fachowo zwą. Jak się okazało później, bociany lampowe nie są jedynie zabłudowskim fenomenem.
Co się tyczy krajobrazów, to muszę przyznać, że mamy w bliższej/dalszej okolicy naprawdę urzekające widoki. Okręg gołdapski na ten przykład jest okolicą zdecydowanie dalszą, ale ma w sobie dużo powabu, tak że nawet pewnego razu gdy GPS wywiódł mnie w pole to nawet nie byłem bardzo zły na niego, bo przynajmniej jadąc po nędznych wioskowych uliczkach mogłem spokojnie popatrzeć na pofałdowane tereny. W ogóle złamał się mój stereotyp, że wyżyny i niziny odtąd aż do Obwodu układają się szerokimi pasmami (niby że mniej więcej do Ełku jest płasko, pomijając drogi w Grajewie, a dalej już jest wyżynnie). Owszem, jest coś w tym, że im dalej na północ, tym wzniesień jest więcej, ale i tak są ona bardziej poroskładane takimi kępkami niż jednolitymi pasami. W krajobraz wpisują się też dzieła człowieka, z których obecnie najbliższe mi są drogi i tu muszę wspomnieć też o paru typach dróg, kategoryzujac je pod względem pejzażowo-estetycznym. Są drogi proste, takie jak z Augustowa do Lipska, gdzie się jedzie i jedzie i ani ludzi, ani zakrętów, ani ciut bardziej przyciętych drzew, tak że wszędzie równomiernie wpadają na szosę (tak a propo niedocenionej flory). Są i drogi kręte – pozdrowienia dla mazur. Ale jest jeszcze i taki odcinek pełen cud i dziwów od Szczuczyna do Białej Piskiej z tą ostatnią włącznie, gdzie trasa przypomina trasę dobrze wstawionego gościa, zakręty wyrastają z zakrętów, a przelotówka w Białej Piskiej nie wiem czy ma dłuższy prosty kawałek. Ha, za to aktywuje to większą część uwagi, więc mam, com chciał. A gdy jeszcze kierowcy zaraz za zakrętem (o!) nie frasując się niczym zatrzymują się na ulicy i wysiadają, to już zupełnie powodów do narzekań żadnych nie można mieć.
Wstrzymywane było przez czas jakiś, to i jak się polało, to obfitym strumieniem; połowę tego, co zamierzałem napisać muszę przechować do następnego razu, o ile następny raz będzie, a pastwisko na nowo mi nie zarośnie do tego czasu.